POWRÓT/WSTECZ
Utkani z pasji Gabi i Wiesław Prządka w swojej nowej przystani w Szemudzie

Na zdjęciu: Gabi i Wiesław Prządka. Fot. Maciej Gas

 

 

Utkani z pasji
Gabi i Wiesław Prządka w swojej nowej przystani w Szemudzie

Kiedy spotyka się ich razem, ma się wrażenie, że obcuje się z dwiema zupełnie różnymi energiami, które jednak układają się w jedną, zaskakująco spójną całość. Gabi i Wiesław Prządka – ona tworzy przestrzeń, on wypełnia ją dźwiękiem. Ona buduje wielkoformatowe instalacje, on gra na najbardziej intymnych instrumentach świata. Ona myśli obrazem, on emocją. 

To para artystów, którzy potrafią zaczarować rzeczywistość na dwa różne sposoby: Gabriela – powiększając ją, Wiesław – zagęszczając. Razem tworzą duet, w którym wyobraźnia i wrażliwość są nie konkurencją, lecz rozmową. Rozmową, do której — z przywilejem zaglądania za kulisy — zapraszamy w tym wywiadzie, opowiadającym o ich podróży z Poznania do Szemudu pod Gdynią.

 

Kobieta, która mierzy przestrzeń wyobraźnią
Gabriela Prządka, dla najbliższych Gabi, jest historyczką sztuki, artystką i założycielką firmy ArtSize, specjalizującej się w personalizowanej scenografii wydarzeń — od ślubów i wesel po duże eventy i aranżacje wnętrz. Tworzy z miłości do piękna, harmonii i opowieści o ludziach. ArtSize to marka wybierana przez gwiazdy, celebrytów, świat biznesu i sztuki oraz wszystkich, którzy cenią w życiu estetykę z charakterem. Gabi łączy artystyczną wrażliwość z przedsiębiorczą odwagą. 
Od lat udowadnia, że wyobraźnia może być solidnym fundamentem biznesu, opartego na innowacyjnych rozwiązaniach i odważnych formach. ArtSize pojawia się tam, gdzie mowa o dużych formach i nietypowych realizacjach. Firma wyznacza kierunki na rynku dekoracji wielkoformatowych, łącząc kreatywność z praktyczną znajomością produkcji. Dzięki temu wypracowała opinię jednej z najbardziej oryginalnych i odważnych firm dekoracyjnych w Polsce. 
Pod jej kierownictwem ArtSize zyskało reputację marki, która potrafi zamieniać wizje w spektakularne realizacje — od scenografii eventowych i elementów reklamowych po artystyczne instalacje w branży weddingowej i aranżacje wnętrz w wyjątkowych miejscach. Prządka słynie z dbałości o detal oraz umiejętności łączenia nowoczesnych technologii z rękodziełem. Jej realizacje coraz częściej wykraczają poza granice kraju, a marka ArtSize staje się rozpoznawalna w całej Europie. Styl zarządzania Gabi opiera się na współodpowiedzialności: zamiast „zróbcie”, częściej mówi „zróbmy”. W branży, w której presja czasu potrafi niszczyć kreatywność, to ogromna wartość. Gabriela Prządka to przedsiębiorczyni, która działa jak artystka, projektantka myśląca jak analityk i liderka, która woli słuchać niż mówić.

 

Między dwoma światami instrumentów
Wiesław Prządka pojawia się na scenie bez pośpiechu, jak ktoś, kto nie musi niczego udowadniać. Wystarczy, że weźmie instrument w dłonie, a na sali zapada cisza – nie z oczekiwania, ale z szacunku. To muzyk, który nie tyle gra, co opowiada dźwiękiem. Jego muzyka ma barwę, temperaturę i puls, których nie da się pomylić z żadnym innym. Nie zamyka się w jednej stylistyce – jego koncerty są podróżą od francuskiego musette, przez jazz i tango, po własne aranżacje inspirowane muzyką świata.
Wiesław Prządka jest jednym z najwybitniejszych polskich akordeonistów i jedynym Polakiem grającym na bandoneonie diatonicznym – instrumencie nierozerwalnie związanym z argentyńskim tangiem. Wirtuoz, kompozytor, aranżer i dyrektor artystyczny dużych produkcji muzycznych. To artysta, który wprowadził akordeon jako instrument solowy na sale koncertowe i do filharmonii. Jako pierwszy Polak z taką swobodą gra na nim muzykę z całego świata, tworząc własne projekty i aranżacje. Współpracował z wieloma orkiestrami, zespołami i solistami, odnajdując się zarówno w kameralnych składach, jak i w dużych projektach symfonicznych. Ci, którzy z nim pracowali, mówią, że jest muzykiem „z korzeniami” – takim, który nie zapomina o źródle własnego brzmienia. Nie chodzi tu o geografię, lecz o szacunek do melodii, tradycji i warsztatu.
Jego tango bywa pełne ognia, ale nigdy agresji. Jazz — swobodny, lecz nie gubi melodii. Muzyka filmowa — zyskuje w jego interpretacji dodatkową warstwę emocjonalną. Prządka to artysta o spokojnym spojrzeniu i opanowanych gestach. Pod tą powierzchnią kryje się intensywność emocji, którą publiczność opisuje jako „napięcie bez patosu”. Najważniejszy jest dla niego kontakt z widzami — gra tak, jakby każda osoba była jego jedynym słuchaczem. W jednym z wywiadów powiedział: „Muzyka jest formą rozmowy bez języka”. I trudno się z tym nie zgodzić. Bo do tanga trzeba dwojga… a czasem po prostu dwóch Prządek: Gabi i Wiesława.


-----------------------

 

Bałtyk i Trójmiasto były Waszym marzeniem. Ile lat czekaliście na jego realizację? Co sprawiło, że w końcu się udało?
Gabi: Marzenie o mieszkaniu w Trójmieście chodziło za mną od 32 lat – od czasów, gdy zdawałam na studia. Chciałam iść do Gdańska, ale nie było tam historii sztuki, więc wylądowałam w Poznaniu. Mimo to wracałam tu, kiedy tylko mogłam – zawsze czułam, że to moje miejsce.
Kilka lat temu poczułam, że czas spełnić to marzenie. Zaczęłam temat z Wiesiem na nowo. Najpierw się zgodził, potem poprosił o czas – to uszanowałam. A potem… algorytm podrzucił mi biały dom w Szemudzie. Zakochałam się od pierwszego wejrzenia i powiedziałam: „Wiesiu, on będzie nasz”. Od pierwszego obejrzenia w internecie do podpisania umowy przedwstępnej minęły dwa tygodnie. Po pół roku przygotowań mieszkaliśmy już w naszym domku marzeń, blisko morza i kaszubskich jezior. Ja spełniłam swoje marzenie — a jak czuje się Wiesiu, niech powie sam.
Wiesław: Jestem bardzo związany z Poznaniem — tu dorastałem, uczyłem się muzyki, tu jest moja scena. Dlatego na początku byłem oporny. Ale kiedy zobaczyłem ten dom, poczułem dokładnie to, co Gabi. Dziś jestem szczęśliwy. Lubię dbać o dom i ogród, lubię ten „powiew nowego życia”. Czasem to powiew dość chłodny, bo kocham ciepło, ale przyzwyczajam się. Zaczynam też czuć to, o czym Gabi zawsze mówiła, że Trójmiasto jest inne mentalnie — portowe, otwarte. Mam nadzieję rozwinąć tu skrzydła muzycznie i dać się zainspirować temu miejscu.

Trójmiasto nie jest Wam obce. Jakie były Wasze wcześniejsze doświadczenia z Pomorzem?
Gabi:
Moja miłość do Trójmiasta nigdy nie wygasła. Na studiach pisałam prace o sopockich kamienicach i dworach patrycjuszy gdańskich, godzinami siedziałam w archiwach w Gdańsku. Niedawno mój przyjaciel ze studiów, który porządkował spuściznę profesora Skuratowicza, znalazł moją starą pracę o kamienicach Sopotu i mi ją oddał — po 30 latach. To był bardzo wzruszający moment. Myślę, że ten „fokus” na Pomorze miał wpływ na to, że dziś tu jesteśmy. No i mam tu swoje dziewczyny – Betty, Olę i wiele cudownych florystek.
Wiesław: Z Trójmiastem łączy mnie wiele ważnych „pierwszych razów”. Tutaj odbył się premierowy koncert z międzynarodową grupą Distango w Filharmonii Bałtyckiej — początki tanga na najwyższym poziomie w Polsce. Tu spełniło się też jedno z moich największych marzeń — zagrałem z Richardem Galliano, moim mistrzem, również w Filharmonii Bałtyckiej. Bardzo bliski jest mi Teatr Atelier w Sopocie, gdzie często grałem. A mój koncert z kwintetem Tango Nuevo z Waldkiem Malickim zakończył się świętowaniem moich 40. urodzin w sopockim SPATiF-ie… Reszty wieczoru już nie pamiętam. [śmiech]

Osiedliliście się w Szemudzie, tuż obok Gdyni. Jak wybraliście właśnie Szemud i jak mijają Wam pierwsze miesiące w kaszubskim klimacie?
Gabi:
Szemud pojawił się trochę przypadkiem — to dom był magnesem. Właścicielka zrobiła tak dobre zdjęcia, że wyglądał jak z bajki. Okolica jest przepiękna, a do jeziora Kamień mamy dosłownie rzut beretem. Jestem uzależniona od wody, więc latem kąpię się, kiedy tylko jestem na miejscu.
Mamy cudownych sąsiadów, a między nami piękny las — więc i blisko, i z dystansem. Lato spędziliśmy głównie na Kaszubach i w domu, który wciąż „dopieszczamy” – roślinami z projektów, detalami. I mam wrażenie, że to się nigdy nie skończy.
Wiesław: Pierwsze, co mnie zachwyciło, to akustyka domu. Ćwiczę codziennie, więc dobry dźwięk to podstawa. Możemy grać minikoncerty dla przyjaciół. Sam dom okazał się też nowym wyzwaniem: maluję płot, zajmuję się drobnymi pracami budowlanymi i ogrodem. W dzieciństwie mieliśmy szklarnie kwiatowe, więc trochę to wraca. Odkrywam w sobie „gospodarza”, o którego się nie podejrzewałem. Gabi tworzy piękne strefy relaksu, ja jej przy tym pomagam. Uznała, że skoro mam dobry gust do ubrań, to sprawdzę się też przy wnętrzach — i zostałem awansowany na współprojektanta. Znam już pana od opon, pelletu, ogrodnika, elektryka i „złotą rączkę” — mamy tu świetne zaplecze ludzi, na których możemy liczyć.

Dwójka artystów, ciągłe wyjazdy, różne dziedziny. Jak buduje się tak solidny związek jak Wasz?
Gabi:
Na przyjaźni, szczerości, wolności i szacunku. Ja naprawdę potrzebuję Wiesia jak powietrza. Jest spokojny, nieinwazyjny, nie muszę od niego odpoczywać — nazywam go moim SPA. Nauczyliśmy się „nasycać sobą” przed wyjazdami, żeby potem łatwiej znieść rozłąkę. Miesiąca bym nie zniosła, wtedy po prostu jadę z nim. Oboje mamy za sobą trudniejsze historie, dlatego doceniamy normalność i to, co mamy dziś.
Wiesław: Nie jestem technologiczny, ale Gabi namówiła mnie na wspólny kalendarz — i to był strzał w dziesiątkę. Widzimy, gdzie nasze drogi się przecinają i jak możemy połączyć trasy. Kiedy jesteśmy w domu, dużo czasu spędzamy tylko we dwoje, żeby się sobą nacieszyć. Raz w roku wyjeżdżamy na dłużej, najczęściej do Tajlandii, gdzie przez dwa miesiące jesteśmy tylko dla siebie. Każde z nas ma pasję i rozumie pasję drugiego. Gdyby Gabi pracowała w banku, byłoby trudniej, ale oboje mamy nienormowany czas pracy — dzięki temu nasza niedziela może wypaść w środę.

Plany artystyczne i marzenia na rok 2026 — w co chcecie wejść razem?
Gabi i Wiesław:
Chcemy dalej łączyć nasze światy – tworzyć wspólne widowiska wizualno-muzyczne, w Polsce i za granicą. Od ośmiu lat współtworzymy „Koncert pod Wieżą Widokową” w Krynicy-Zdroju, a w 2026 roku planujemy tam spektakl „Romeo i Julia” — zapraszamy 25 lipca. Prywatnie marzymy o tym, by opanować jakiś sprzęt wodny i pływać razem po zatoce i morzu. No i wrócić na nasze tajskie wyspy.

Gabi, realizujesz marzenia ludzi. O czym dziś marzą Polacy? Jak chcą świętować ważne momenty? Jak zmieniła się Twoja branża?
Gabi:
Pracujemy w branży miłości. Ludzie marzą, by dzień ślubu był naprawdę „najpiękniejszy w życiu”, wyjątkowy i „ich”. Dostajemy kolory, styl, historię — a my szukamy głębiej, zaglądamy w ich emocje. Tworzymy dekoracje, które są bardziej przeżyciem niż tłem. Często są łzy wzruszenia, gdy para po raz pierwszy wchodzi na salę. Po pandemii pojawiła się potrzeba głośnych, spektakularnych wydarzeń — czuliśmy się w tym jak ryba w wodzie. Teraz świat trochę zwolnił, a klienci szukają „cichego luksusu” i jakości. To jest kierunek, który bardzo czujemy: mniej, ale lepiej.

ArtSize coraz mocniej zaznacza swoją obecność w Europie. Gdzie już realizujecie projekty i jakie są plany?
Gabi:
Mamy za sobą kilka bardzo ciekawych realizacji za granicą, m.in. na Lazurowym Wybrzeżu, w prywatnym zamku nad morzem. Już wtedy zobaczyliśmy, że świetnie odnajdujemy się na międzynarodowym gruncie. Przez ostatnie lata skupialiśmy się na Polsce, bo tu rynek bardzo się rozwijał, a my mieliśmy na to realny wpływ. Jestem dumna, że pomogliśmy „odczarować” polskie wesela i eventy — ograniczyć kicz, podnieść poprzeczkę. Po ponad 20 latach czuję, że mamy strukturę i doświadczenie, żeby szerzej wyjść w świat. Sezon 2025 był już bardzo międzynarodowy, „włosko-francuski”. To dopiero początek.

W jakiej ekipie dziś pracujecie? Ilu ludzi tworzy ArtSize? Jak wygląda Wasza kreatywna współpraca?
Gabi:
Na początku wszystko robiłam sama. Z czasem zrozumiałam, że bez zespołu nie da się rosnąć. Nauczyłam się nie tylko wymagać, ale też doceniać. Dziś mam obok siebie fantastycznych ludzi: Betty — mistrzynię florystyki i główną koordynatorkę, Olę — od precyzji i liczb, Iwonę i Sławka — strażników magazynu i logistyki. Do tego stali freelancerzy od projektów, wizualizacji, foto i video oraz ekipy wyjazdowe: floryści, technicy, alpiniści. Przy jednym projekcie pracuje od 10 do 50 osób, pełne wydarzenie obsługuje około 100. Każdy dokłada cząstkę siebie — i to czuć.

Myślałaś o tym, by przekazać innym swoją wiedzę?
Gabi:
Tak, dlatego powstała SCHOOL OF DECO by Gabi Prządka. Szkolimy ludzi z branży w sposób holistyczny: od kreacji, przez produkcję, po biznes, PR i psychologię. Uczymy, że dobry scenograf musi umieć „odejść od własnego dzieła”, żeby nie stracić perspektywy — także tej życiowej. Pracujemy też z trenerką mentalną Anetą Opałą. Ja otwieram ludziom głowy na odwagę, polot i dyscyplinę, ona pomaga im odnaleźć własny potencjał. To również moja osobista uczta edukacyjna — szczególnie, gdy na zajęciach pojawia się Jacek Santorski. To dla mnie sygnał, że warto było się rozwijać.

Wiesław, z którymi muzykami z Trójmiasta współpracujesz?
Wiesław:
Przez filharmonię i różne projekty poznałem wielu trójmiejskich muzyków, ale szczególne miejsce ma w moim sercu Dominik Bukowski — wybitny wibrafonista z Gdańska. Od 2016 roku współtworzy ze mną zespół Tango Jazz Project (z Piotrem Baronem, Rafałem Karasiewiczem i Zbigniewem Wromblem). Spotykamy się też przy innych produkcjach, np. muzyce filmowej. Bardzo chciałbym teraz, kiedy mieszkam bliżej, częściej grać z Dominikiem i zrobić nowe projekty.

Projekt koncertów wokół tanga cieszy się ogromnym zainteresowaniem. Skąd tak silne przyciąganie do tanga? I jak było z bandoneonem?
Wiesław:
Moja przygoda z tangiem zaczęła się w 2000 roku, kiedy Waldemar Malicki zaprosił mnie do nagrania programu z muzyką Piazzolli. Kilka godzin z tą muzyką wystarczyło, żeby zakochać się na zawsze. Tango działa jak narkotyk. Na początku grałem je na akordeonie, ale szybko zrozumiałem, że Piazzolla wymaga bandoneonu. Zdobyłem oryginalny bandoneon diatoniczny i zacząłem naukę niemal od zera. Układ guzików jest nielogiczny, na każdą rękę inny, inne dźwięki na otwarciu i zamknięciu miecha. To była mozolna robota. Dziś jestem szczęśliwy, że mogę grać tango na właściwym instrumencie. Bandoneon chromatyczny, który bywa w rękach innych muzyków, brzmi inaczej. Ja chcę grać „prawdziwe” tango. Nie wyobrażam sobie życia ani bez tanga, ani bez bandoneonu.

Akordeon i bandoneon mają podobny rodowód, ale zupełnie inny temperament. Opowiedz krótko historię bandoneonu.
Wiesław:
Bandoneon powstał w XIX wieku w Niemczech, skonstruował go Heinrich Band — stąd nazwa. Najpierw zastępował organy w małych kościołach. Na przełomie XIX i XX wieku emigranci z Europy zabrali go do Argentyny. To instrument mały, wygodny w podróży. Argentyńczycy pokochali jego brzmienie i wciągnęli go do tanga. Tak stał się symbolem Buenos Aires i narodowym instrumentem tanga.

Współpracujesz z francuskim wokalistą Chrisem Schittullim. Co gracie i gdzie będzie można Was usłyszeć w 2026 roku?
Wiesław:
Obok tanga moją wielką miłością jest muzyka francuska. Spotkanie z kompozytorem Francisem Laiem (autorem „Love Story”, „Kobiety i mężczyzny”, „Emmanuelle”) utwierdziło mnie, że ta muzyka znika z ulic i że trzeba ją pielęgnować. Obiecałem sobie, że będę ją grał, póki gram w ogóle. Chris Schittulli ma podobną wrażliwość. Tworzymy wspólnie projekty poświęcone m.in. Aznavourowi. W 2026 roku zagramy w Filharmonii Bałtyckiej koncert „Aznavour”, a w styczniu zaprezentuję tam również tango. Można więc powiedzieć, że zaraz po nowym roku w Gdańsku pokażę dwie swoje twarze: argentyńską i francuską.

Aldona Długokiecka-Kałuża

Wiesław Prządka i Orkiestra Kameralna Polskiego Radia „Amadeusz” pod dyr. Anny Duczmal-Mróz. Fot. Magdalena Adamczewska

Wiesław Prządka ze swoim słynnym bandoneonem. Fot. Robert Hajduk

Gabi Prządka. Fot. Magdalena Adamczewska

Wiesław Prządka i jego ukochany akordeon. Fot. Magdalena Adamczewska

 

POWRÓT/WSTECZ