„Twarz 100-lecia Gdyni: o kulturze, która buduje miasto”
Z Mają Gadzińską, aktorką Teatru Muzycznego w Gdyni rozmawia Tomasz Podsiadły

Maja Gadzińska, aktorka Teatru Muzycznego w Gdyni, została wybrana twarzą 100-lecia miasta. To rola wyjątkowa, bo łączy artystyczne doświadczenie z osobistą historią dorastania w miejscu, które jej zdaniem nie tylko nadąża za kulturą, ale samo ją tworzy. W rozmowie opowiada, jak Gdynia ukształtowała ją jako człowieka i artystkę.
Zacznę od konkretu. Słyszysz czasem opinie, że „kultura w Gdyni jest dodatkiem”. Co wtedy myślisz?
Zazwyczaj liczę do trzech, żeby nie przewrócić oczami [śmiech]. Kultura jest absolutnie podstawą. To nie ozdobnik, tylko tożsamość — coś, co sprawia, że wiemy, skąd jesteśmy. A Gdynia? To przecież fenomen: morze, modernizm, port, Kaszuby, robotnicze korzenie… wszystko wymieszane jak w kotle. Ja sama wychowałam się tutaj, choć pochodzę z Grudziądza. Już w przedszkolu śpiewałam kaszubskie pieśni, przebierałam się za marynarza, przeszłam chrzest morski. To nie są ozdoby — to korzenie. Kultura nie jest tu dodatkiem — ona jest paliwem, które to miasto napędza.
Czyli rola w jubileuszu to dla Ciebie bardziej misja niż dekoracja?
Misja to może za duże słowo, ale... coś w tym jest. Czuję się łącznikiem. Tu żyję, tu pracuję, więc naturalnie opowiadam historię Gdyni, ale także w niej uczestniczę. To nie jest rola z plakatu, tylko żywy proces. Teraz pracujemy nad koncertem, który pokaże dzieje miasta inaczej — nie patetycznie, tylko żywo, z musicalową energią i emocjami, które ludzie naprawdę czują. A ja… cóż, kombinuję, jak wpleść w to moje morsowanie i nurkowanie. Jeszcze nie wiem jak, ale Gdynia bez morza? No nie da się! (śmiech)
A gdybyś mogła jedną rzecz z gdyńskiego temperamentu schować na dno Bałtyku?
Ojej, żeby tylko jedną! Ale tak serio — malkontenctwo. Ta gotowość do narzekania jeszcze zanim coś powstanie. I te podziały: „starzy”, „nowi”, „nasi”, „nie nasi”. To niczego nie buduje. Zmiany bolą, wymagają pracy, czasu i środków. A mimo to oczekujemy efektu „na wczoraj”. Gdybyśmy częściej zaczynali rozmowę od „posłuchajmy się”, a nie „wiem lepiej”, mielibyśmy energię na tworzenie, nie na krytykowanie.
Brzmisz tak, jakbyś już teraz była kronikarką miasta. A nie kusi Cię, żeby zostać kimś, kto zapisze się w historii?
Absolutnie nie mam takich aspiracji. Serio. Jeśli za kilkanaście lat ktoś powie o mnie: „Była taka aktorka. I była dobrym człowiekiem” — to będę zachwycona. W teatrze nauczyłam się, że najpiękniejsze rzeczy dzieją się i znikają. Nie muszą stać na cokole, żeby coś znaczyć.
Masz wolną scenę, budżet bez limitu i nikogo nad sobą. Co wystawiasz?
Romans. Ale nie lukrowany, tylko dziki, kaszubsko-północny. Widzę nimfę wodną zakochaną w rybaku, sztormy jako kłótnie kochanków, zazdrość, która pochłania ludzi. Ludzkie słabości odbite w żywiole. Finalnie happy end — bo bez niego bym nie zasnęła [śmiech]. I kaszubskie pieśni! Moja ukochana „Abo mje zabiją”… tam jest taka fraza o miłości silniejszej niż życie. No jak tego nie wpleść?! To byłby spektakl, który pachnie morzem i brzmi jak serce tego miasta.
Masz wrażenie, że to miasto Cię „zrobiło”?
Nie mam wrażenia — wiem to. Gdynia mnie przyjęła, wychowała, dała scenę, zawód i wymarzony teatr. To jak relacja — czasem trudna, czasem piękna, ale prawdziwa. Był moment, gdy Warszawa zapukała do drzwi, ale pytanie brzmiało: „Czy chcę żyć poza Gdynią?”. No i skoro tu siedzimy — znasz odpowiedź. Gdynia to nie adres. To wybór.
Z zewnątrz teatr wygląda jak bajka: reflektory, brawa, piękne stroje. Nie kupuję, że to takie proste.
I bardzo dobrze, bo to wcale nie jest proste. Magia zaczyna się dopiero, gdy spotykamy się z publicznością. Do tego momentu jest pot, błędy, stres, godziny prób, fizyczne zmęczenie, siniaki, łzy, czasem frustracja. Wychodzisz na scenę, nawet jeśli masz gorączkę albo właśnie przeżywasz coś trudnego. Widz ma zobaczyć emocje postaci, nie Twoje życie. Teatr to praca na wysokiej amplitudzie — i nie każdy o tym wie.
Kiedy zrozumiałaś, że to nie hobby?
Zanim zagrałam pierwszą rolę! Teatr to jak sport zawodowy — nie da się go robić na pół gwizdka. Pierwsze lata… właściwie nie pamiętam siebie sprzed tego czasu. Ta praca mnie nauczyła, co jest naprawdę ważne. Jest jak lustro — bezlitosne, ale prawdziwe. Albo wchodzisz w to na całego, albo odpadasz.
Mit o aktorce, który doprowadza Cię do szału?
Że aktorzy są… inni. Nie jesteśmy. Jeżdżę autobusem, gotuję zupę, spaceruję po oksywskich lasach. To, że ktoś widzi mnie na scenie, nie oznacza, że świecę w ciemności [śmiech]. Wbrew pozorom aktorstwo nie polega na byciu kimś innym — tylko na dotykaniu tego, kim jesteś.
Grasz Esmeraldę, grasz Małgorzatę. Jak nie zwariować?
Wcale nie muszę się pilnować. W każdej roli jest więcej mnie, niż we mnie roli. Jestem z natury trochę szalona i to się przydaje. A dramat? To miejsce, w którym mogę bezpiecznie wypuścić własne emocje. To paradoks: ludzie myślą, że udajemy. A my właśnie wtedy jesteśmy najbliżej prawdy.
I na koniec — social media: zabójca magii czy jej przedłużenie?
Ani jedno, ani drugie. Social media mogą pokazać kulisy, ale nie zastąpią spotkania tu i teraz. Paradoks jest taki, że poza sceną wszyscy coś gramy. A w teatrze — choć gramy — jesteśmy najbliżej prawdy. Magia to nie filtr, tylko moment, którego nie da się powtórzyć.
Tomasz Podsiadły
