Francja nad Bałtykiem
Trójmiasto i region Pomorza pełne są francuskich akcentów. Społeczność frankofońska jest aktywna i coraz większa. Obejmuje różne sfery – biznes, kulturę, sztukę, edukację, gastronomię. Z roku na rok przybywa wydarzeń i tematów francuskich. W naszej frankofońskiej serii „Magazynu Pomorskiego” prezentujemy czytelnikom niezwykłych ludzi, nietuzinkowe projekty i ciekawe przedsięwzięcia. Odkrywamy, inspirujemy i łączymy pod polsko-francuskimi barwami.
Cykl „Francja nad Bałtykiem” prowadzi jego pomysłodawczyni Aldona Długokięcka-Kałuża – dziennikarka, menadżerka wielu polsko-francuskich projektów społecznych i biznesowych, wyróżniona nagrodą Wybitnego Polaka we Francji. Ambasadorka francuskiego miasta Tuluza w Polsce, a od kilku lat również gdynianka.

Sztuka musi żyć
Z Markiem Roeflerem, kolekcjonerem sztuki, twórcą i właścicielem Muzeum Villa La Fleur w Konstancinie-Jeziornej, rozmawia Aldona Długokięcka-Kałuża
Villa La Fleur jest dziś jednym z najważniejszych prywatnych muzeów sztuki École de Paris w Polsce. Wypełniają ją nazwiska, które przez dziesięciolecia funkcjonowały bardziej w historii francuskiej niż polskiej — Kisling, Łempicka, Muter, Mondzain, Hayden, Mędrzycki, Kanelba, Presman, Zak i inni. Artyści pochodzący z Warszawy, Krakowa, Białegostoku czy Chełma, którzy wyjechali do Paryża jako młodzi ludzie i właśnie tam stali się częścią światowej historii sztuki. W Muzeum Villa La Fleur każde płótno ma swoją drogę, historię, tęsknotę i człowieka, który je odnalazł.
Marek Roefler od ponad trzydziestu lat buduje jedną z najważniejszych prywatnych kolekcji École de Paris w Polsce i na świecie. Dziś jego nazwisko rozpoznawalne jest nie tylko w kraju, ale również wśród marszandów, muzealników i kolekcjonerów za granicą. Obrazy z Villa La Fleur trafiają na wystawy do Paryża i Stanów Zjednoczonych, a już od 13 czerwca do 6 września 2026 część tej niezwykłej kolekcji będzie można zobaczyć w Gdyni w Galerii BanGlob Marina podczas wystawy „Mistrzowie École de Paris”.
Rozmowa z Markiem Roeflerem szybko staje się czymś więcej niż wywiadem o kolekcjonowaniu. To opowieść o wielkim Paryżu lat dwudziestych, o polskich artystach tworzących ramię w ramię z Picassem i Modiglianim, o rynku sztuki, emigracji, pamięci i pasji, która z czasem zamieniła się w życiową misję.
Villa La Fleur działa już od ponad piętnastu lat. Gdyby miał Pan dziś spojrzeć na ten czas z dystansu, z perspektywy czasu, jak patrzy Pan na tę drogę?
Kiedy zaczynaliśmy szesnaście lat temu, byliśmy na samym początku drogi. Nie spodziewałem się, że to wszystko tak się rozwinie, że stanie się moją pasją i sukcesem życia. Dzisiaj jestem rozpoznawany przede wszystkim jako właściciel Villa La Fleur. W Polsce i za granicą. I właśnie to uważam za swoje największe osiągnięcie. Nie biznes. Chociaż oczywiście bez biznesu nie byłoby ani muzeum, ani kolekcji, bo sztuka wymaga ogromnych środków. Najważniejsze jest jednak to, że udało się stworzyć coś trwałego. Przywrócić pamięć o tych artystach. Mówimy przecież o ludziach pochodzenia polskiego, bardzo często żydowskiego, którzy wyjechali do Paryża jako bardzo młodzi ludzie. Uciekali z biedy, prowincji, ograniczeń. Tam tworzyli wielką światową sztukę.
Na początku szliśmy szybkim krokiem. Dzisiaj już biegniemy. Mamy coraz więcej wydarzeń, wystaw, spotkań, gości. Organizujemy projekty o wymiarze międzynarodowym. Nasze obrazy są wypożyczane do muzeów w Polsce i za granicą. Jesteśmy dostrzegani. Nasze katalogi zaczęły funkcjonować w świecie sztuki jako ważne źródła wiedzy. Zdarza się, że domy aukcyjne przy opisach artystów powołują się właśnie na publikacje Villa La Fleur. To ogromna satysfakcja.
Muzeum jest dziś dokładnie w tym miejscu, o którym Pan marzył?
Powiem tak: ja się cały czas rozpędzam. Jesteśmy właśnie przed rozpoczęciem budowy nowego budynku muzealnego. Powstanie naprzeciwko obecnej Villa La Fleur. Będzie większy od obecnego muzeum i całkowicie nowoczesny. To będzie już profesjonalny obiekt muzealny – dostosowany do osób z niepełnosprawnościami, przygotowany technicznie do organizowania dużych wystaw, spełniający wszystkie wymogi muzeum publicznego. To moje kolejne dziecko.
Czyli ciągle jest Pan w drodze?
Tak. Nadal tak. Sama procedura związana z dokumentacją trwała ponad pięć lat. Jesteśmy już na końcówce i mam nadzieję rozpocząć budowę jeszcze w tym roku. Jeżeli to się uda, będę naprawdę szczęśliwy. Mam tak dużą kolekcję, że bez problemu wypełni ona nowe muzeum obrazami i rzeźbami.
W jaki sposób narodziła się u Pana miłość do École de Paris?
To był kompletny przypadek. A może nie przypadek, tylko konsekwencja. Bo ja wierzę przede wszystkim w upór. Zawsze powtarzam młodym ludziom: jeśli zamkną się przed tobą jedne drzwi, pukaj do następnych. Może otworzą się dopiero dwudzieste pierwsze. Bez konsekwencji nie ma sukcesu. A sztuka pojawiła się w moim życiu na początku lat dziewięćdziesiątych. Kiedy budowałem swój pierwszy duży dom, chciałem mieć na ścianach coś prawdziwego, a nie reprodukcje. Kupiłem wtedy pierwsze obrazy. To były sceny myśliwskie Kossaka. Bardzo związane z moją rodziną, z moim ojcem, który był zapalonym myśliwym i jeździł konno. To był trochę taki hołd dla mojego dzieciństwa. I od tego momentu zacząłem interesować się sztuką coraz bardziej.
Ktoś Pana wtedy ukierunkował?
Tak. Ogromne znaczenie miała dla mnie wystawa kolekcji Wojciecha Fibaka na początku lat dziewięćdziesiątych. Fibak był dla mnie postacią niezwykłą. To był dla mnie bardzo ważny moment. Po pierwsze dlatego, że zawsze podziwiałem go jako sportowca i człowieka sukcesu, ale jeszcze bardziej imponowało mi to, że nigdy nie odciął się od Polski. Wielu ludzi, którzy osiągali sukcesy za granicą w czasach komunizmu, po prostu odwracało się od kraju. A Wojtek wracał, inwestował, pokazywał swoją kolekcję. I właśnie tam zobaczyłem po raz pierwszy w takiej skali Szkołę Paryską. To była jedna z pierwszych profesjonalnych kolekcji polskich emigrantów w École de Paris. To zrobiło na mnie ogromne wrażenie. To był moment, kiedy w Polsce zaczynały powstawać pierwsze domy aukcyjne. Wolny rynek dopiero się budził. I wtedy do Polski zaczęły wracać tysiące obrazów polskich emigrantów. Awangarda, szkoła paryska. To wszystko nagle zaczęło żyć.
I Pan już wiedział, że to jest ten kierunek?
Nie wiem, czy wtedy już wiedziałem. Ale zacząłem w to wchodzić coraz głębiej. W tym samym czasie prowadziłem fabryki odzieżowe i często wyjeżdżałem do Francji. Bywałem w Paryżu. I tam odkryłem Hotel Drouot – legendarny dom aukcyjny, w którym codziennie odbywały się dziesiątki aukcji. To był zupełnie inny świat. Tam nauczyłem się patrzeć na sztukę. Tam zrozumiałem, że obrazy mają swoją historię, swoją drogę i swoją duszę. I nagle zobaczyłem, że obrazy, które w Polsce są oferowane przez marszandów czy galerie, mogę kupić tam za połowę ceny. A we mnie cały czas była żyłka biznesmena. Pomyślałem sobie: skoro mogę kupić coś za pół ceny, to właściwie nigdy na tym nie stracę. Potem kupiłem leksykon artystów szkoły paryskiej, leksykon artystów żydowskich i zacząłem sprawdzać, którzy z nich urodzili się na dawnych ziemiach polskich. I zacząłem ich kupować i kolekcjonować.
Mam wrażenie, że mówi Pan o nich jak o ludziach, których chce Pan nie tylko kolekcjonować, co odzyskać dla Polski.
Bo dokładnie tak jest. Polska została z tych artystów ograbiona przez historię. Wojny, emigracje, komunizm, żelazna kurtyna. Wielu z nich tutaj po prostu zniknęło. Francuzi traktują ich jako swoich i mają do tego pełne prawo, bo ci artyści dojrzewali właśnie w Paryżu. Ale my dzisiaj próbujemy ich symbolicznie odzyskać dla polskiej pamięci.
Wielu artystów z Pańskiej kolekcji żyło pomiędzy kulturami, językami, ojczyznami. Czy właśnie to Pana w nich fascynuje?
To byli ludzie często dramatycznie rozdwojeni. Z jednej strony Polska – biedna, trudna, czasem odrzucająca. Z drugiej Paryż – wolność, sztuka, nowoczesność. Ale oni nigdy do końca nie przestali być stąd. I może właśnie dlatego ich sztuka jest tak emocjonalna. W ich obrazach jest ogromna tęsknota.
École de Paris nie była szkołą w klasycznym sensie.
Bo to było środowisko. Ogromny tygiel ludzi z całego świata. Paryż był wtedy absolutnym centrum sztuki. Tam jechali wszyscy. Rosyjska bohema po rewolucji, artyści z Europy Środkowej, Amerykanie przywożący jazz i blues. Tam rodziła się nowoczesność. Bez Paryża właściwie nie można było wtedy istnieć w świecie sztuki. Powstawał kubizm, surrealizm, art moderne. I ci nasi artyści tworzyli ramię w ramię z największymi nazwiskami świata. Ludzie znają Modiglianiego czy Picassa, ale nie wiedzą, że Kisling utrzymywał Modiglianiego. Że Leopold Zborowski z Krakowa wypromował Modiglianiego. Że Markus, Hayden czy inni polscy kubiści tworzyli razem z Picassem, Gleizes’em i Metzingerem.
Czyli to nie byli artyści drugiego planu.
Absolutnie nie. Tamara Łempicka sprzedawała wtedy obrazy drożej niż Picasso. Ludzie dzisiaj tego nie wiedzą. Pierwsze dekady XX wieku były niesłychanie twórcze. Pojawia się kubizm, surrealizm, cała nowoczesna sztuka. To, co dziś nazywamy art moderne. Paryż był wtedy absolutnym centrum kultury. Ale na to wszystko nakładał się jeszcze jeden bardzo ważny element – pieniądze. Do Paryża zaczynają przypływać bogaci Amerykanie. Wnukowie i prawnukowie biednych emigrantów, którzy kiedyś wyjechali z Europy za ocean. Oni wracają już jako bardzo bogaci ludzie. Dolar ma ogromną wartość, więc w Paryżu mogą kupować wszystko. Kupują obrazy, pakują je w skrzynie i wywożą do Stanów Zjednoczonych. Dlatego dziś największe kolekcje sztuki nowoczesnej znajdują się właśnie w amerykańskich muzeach. Paryż był wtedy również miejscem narodzin nowego rynku sztuki. Pojawia się zupełnie nowy klient. Rodzący się kapitalizm tworzy klasę średnią. Lekarze, prawnicy, przedsiębiorcy, rzemieślnicy, wynalazcy – ludzie, którzy wcześniej nie uczestniczyli w rynku sztuki. I oni nagle chcą mieć obrazy. Chcą nowoczesności. Chcą sztuki współczesnej tamtych czasów. Dzięki temu tysiące artystów mogły w Paryżu żyć wyłącznie ze sztuki. I właśnie dlatego École de Paris stała się tak niezwykłym zjawiskiem. Po rewolucji rosyjskiej do Paryża trafia cała rosyjska bohema, artyści, kompozytorzy, arystokracja. Spotykają się tam ludzie z całego świata. Tworzy się prawdziwy tygiel kultur. Malarze, muzycy, poeci. I bez Paryża właściwie nie można było wtedy istnieć w świecie sztuki. To tam odbywały się najważniejsze wystawy światowe. Tam rodziły się trendy. Tam po pierwszej wojnie światowej Paryż nabrał wręcz nieprawdopodobnego rozmachu. Do wybuchu drugiej wojny światowej był niekwestionowaną stolicą sztuki całego świata.
Zrobił Pan podobnie. Kiedyś inni wywozili sztukę do Ameryki, a Pan przywoził ją do Polski.
Rzeczywiście trochę tak było. Niedawno byłem z rodziną w Nowym Jorku, Filadelfii i Waszyngtonie. Tylko w tych trzech miastach zobaczyłem trzydzieści obrazów Modiglianiego. A przecież on namalował ich może sto pięćdziesiąt. To pokazuje skalę tego, jak wielka część tej sztuki została wywieziona z Europy. Ja próbowałem zrobić coś odwrotnego. Przywozić tych artystów z powrotem do Polski. Mamy teraz w Muzeum niemal stu pięćdziesięciu artystów. Ale ta diaspora artystów École de Paris była bardzo różna. Byli tacy, którzy osiągnęli gigantyczny sukces. Byli tacy, którzy mieli umiarkowaną rozpoznawalność. I byli artyści kompletnie zapomniani. I właśnie tych ostatnich bardzo chciałem przywrócić. W Polsce praktycznie nikt o nich nie pamiętał. Mam poczucie, że udało się ich wydobyć z zapomnienia. I to daje ogromną satysfakcję. Ale są też nazwiska absolutnie światowego formatu. Najlepszym przykładem jest Mojżesz Kisling. To był prawdziwy światowy artysta. Co roku około stu pięćdziesięciu jego obrazów zmienia właścicieli na największych aukcjach świata. Już za życia osiągnął ogromny sukces. Świecił triumfy. Był gwiazdą.
Czyli obecność pracy Kislinga na wystawie w Gdyni to naprawdę wyjątkowa okazja?
Zdecydowanie tak. To artysta światowego formatu.
A sama Łempicka? Mam wrażenie, że ona doskonale rozumiała swoją wielkość.
Tamara Łempicka wiedziała, że jest wielka. I doskonale rozumiała, czym jest marketing. Bo ona była kobietą absolutnie niezwykłą. W latach dwudziestych osiągnęła oszałamiający sukces. Była nowoczesna, wyzwolona, odważna. I dzisiaj obrazy z jej najlepszego okresu osiągają niebotyczne ceny. Jej pracownia wyglądała jak luksusowy apartament art déco. Jedwabne suknie, lustra, stylizacje, profesjonalne sesje fotograficzne, szampan podawany przez kelnerów. To wyglądało jak współczesna reklama luksusu. Całe jej życie było kreacją. Bale, skandale, nowoczesność, biseksualność. Ona doskonale rozumiała siłę wizerunku.
Powiedział Pan kiedyś, że wielką rolę w jej powrocie odegrało Hollywood.
Tak. Jedną z pierwszych osób, które zaczęły głośno interesować się Tamarą Łempicką, była Barbra Streisand. Kupiła obraz „Adam i Ewa” już na początku lat osiemdziesiątych. A później pojawiła się Madonna. I ona poczuła, że Tamara Łempicka jest w pewnym sensie jej artystyczną poprzedniczką. Wyzwolona kobieta. Biseksualna. Silna. Bardzo nowoczesna. To idealnie pasowało do sposobu, w jaki Madonna budowała swój wizerunek. I dlatego Madonna tak mocno poczuła z nią pokrewieństwo. Ma kilka obrazów Łempickiej i wykorzystuje je podczas swoich koncertów. Dzięki temu miliony ludzi znowu patrzą na Tamarę i dzięki temu ta sztuka żyje.
Pomaga tez temu prawnuczka Tamary Łempickiej – Marisa, która gościła na otwarciu wystawy o Łempickiej w Pana Muzeum.
Tak. To właśnie dzięki prawnuczce Tamary Łempickiej udało się zorganizować wielką wystawę jej prac w Polsce. I ona bardzo chciała, żeby sztuka jej prababci wróciła do Polski. Bo Tamara zawsze powtarzała, że jest Polką. To było dla niej bardzo ważne. Marisa przekazała do Muzeum Narodowego w Lublinie ogromne archiwum rodzinne. Listy, dokumenty, fotografie, najróżniejsze pamiątki przechowywane przez lata. Lublin wszystko profesjonalnie opracowuje, bada i archiwizuje. To naprawdę niezwykle ważna praca. W naszym Muzeum wystawa Łempickiej odniosła również ogromny sukces. I szczerze mówiąc – nie spodziewaliśmy się aż takiego zainteresowania. Ludzie przychodzili tysiącami. W niedzielę odwiedzało nas nawet dwa tysiące osób. Musieliśmy wpuszczać ludzi w specjalnych slotach co pół godziny. Kiedy rano otwieraliśmy muzeum, cała ulica była zakorkowana. To było coś nieprawdopodobnego.
Łempicka nadal działa na wyobraźnię współczesnego świata.
Bardzo. I od tamtej pory jej prawnuczka regularnie przyjeżdża do Polski. Robi tu różne projekty, wydaje albumy, współpracuje z markami. Cały czas pielęgnuje pamięć o Tamarze.
Mam wrażenie, że ogromnie ważna jest dla Pana również Mela Muter.
Tak. Mela Muter wróciła dzisiaj do wielkiego świata sztuki. I bardzo się z tego cieszę. Przez ostatnie lata praktycznie wszystkie najlepsze obrazy Meli Muter wracały do Polski. Na naszych wystawach pojawiają się obrazy z kolekcji Grażyny Kulczyk, Omeny Mensah, Staraków i wielu innych wielkich kolekcjonerów. Jeszcze dwadzieścia lat temu jej obrazy kosztowały dziesięć razy mniej. Dzisiaj sto tysięcy euro to właściwie minimum. Ale za tym stoi ogromna praca. Wystawy, badania, publikacje, przywracanie pamięci. Francuzi zachwycili się Melą Muter. Jej obrazy znajdują się dzisiaj w Centre Pompidou i Musée d’Art Moderne w Paryżu. A we wrześniu tego roku w naszym Muzeum w Konstancinie otwieramy wystawie Meli Muter. A następnie od marca 2027 będzie można zobaczyć tę wystawę w Muzeum Montmartre w Paryżu.
Po tylu latach kolekcjonowanie nadal przynosi emocje?
Kolekcjonowanie sztuki jest trochę jak uzależnienie. Do dziś uczestniczę rocznie w kilkuset aukcjach. To jest świat, którym cały czas żyję.
A są obrazy, których nigdy by Pan nie sprzedał?
Oczywiście. Mam obrazy absolutnie wyjątkowe. Ale jednocześnie sztuka musi żyć. Nie może być tak, że artysta nagle znika z rynku. Bo wtedy znika również z pamięci ludzi. Dlatego te obrazy muszą krążyć na rynku sztuki, pojawiać się na aukcjach, w katalogach, w internecie. Stad również ich sprzedaż.
Już niedługo, w czerwcu, część tej historii trafi również do Gdyni, która obchodzi w tym roku sto lat.
I bardzo się z tego cieszę. Trójmiasto ma dziś niezwykle ciekawą publiczność.
W Gdyni pokażemy artystów światowego formatu — Kislinga, Łempicką, Melę Muter,Kanelbę. Ale najważniejsza będzie opowieść. O nowoczesności, o emigracji, o Polsce i Paryżu. O ludziach, którzy wyjechali stąd i stali się częścią światowej sztuki. I bardzo podoba mi się połączenie modernistycznej Gdyni z École de Paris. Bo przecież Gdynia rodziła się w tym samym czasie — w duchu nowoczesności, nowej architektury i nowej Polski. W Gdyni pojawiają się prace o wartości muzealnej, które będzie można nabyć. Wyjątkowe nazwiska. Niezwykle malarskie historie. Różnorodne i ciekawe życiorysy twórców. Zachęcam wszystkich do obejrzenia już niedługo wystawy niezwykłych artystów niezwyklej zupełnie epoki.
BIOGRAFIA
Marek Roefler – założyciel i współwłaściciel firmy deweloperskiej Dantex, która z sukcesem funkcjonuje na rynku nieruchomości od ponad 25 lat. Ukończył fizykę jądrową na Uniwersytecie Warszawskim. Swoją przygodę kolekcjonerską rozpoczął jeszcze w latach 90. XX wieku. Skupił swoje zainteresowania na artystach pochodzących z Europy Środkowo-Wschodniej, pracujących na Montparnassie, tzw. École de Paris (Szkoła Paryska). Owocem kolekcjonerskiej pasji jest działające już od piętnastu lat muzeum Villa la Fleur w Konstancinie-Jeziornie. Za zasługi na polu sztuki Marek Roefler został uhonorowany nagrodami: „Kolekcjonerstwo – nauka i upowszechnianie” im. Feliksa Jasieńskiego oraz „Zasłużony dla Kultury Polskiej” przyznawane przez Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.
Wystawa z kolekcji Villa La Fleur i Marka Roflera odbędzie się w Gdyni od 13 czerwca do 6 września 2026 roku. Organizatorzy zapowiadają prezentację dzieł najważniejszych artystów École de Paris związanych z Polską.




