Na zdjęciu
Opowieść zimowa. Reż. Pamela Leonczyk. Fot. Dawid Linkowski
Międzynarodowy Festiwal Szekspirowski w Gdańsku po raz 29.
Publiczność nie zawiodła
Tegoroczny poziom festiwalu był wyrównany – średni, ale gorących dyskusji nie brakowało. Oceniano spektakle i imprezy towarzyszące, których liczba była imponująca. Obok zdarzeń teatralnych odbyły się okolicznościowe zdarzenia: spacer szlakiem królewskich roślin u Szekspira, szykowna kolacja, na której za specjalną opłatą serwowano smakołyki rodem niemal z tekstów Szekspira, dyskusja wokół spektakli i najnowszej publikacji G. Zimbardo i Roberta L. Johnsona „Szekspir i psychologia”, czyli co o naturze ludzkiej mówią wielkie działa Szekspira. Odbyły się też seanse filmowe i wykłady, a poza tym zabawowe silent disco i nocne zwiedzanie z duchami zakamarków szekspirowskiej, gdańskiej budowli.
Spektakle festiwalowe były różnorodne. Publiczność tłumnie odwiedzała Gdański Teatr Szekspirowski. Z przejęciem oglądano zarówno spektakle startujące do nagrody Złoty Yorick, jak i konkurs Nowy Yorick – pomysł m.in. dyrektorki Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego Agaty Grendy. W tym konkursie udział biorą młodzi reżyserzy, kolektywy artystyczne, a jest to atrakcyjna oferta artystycznie i finansowo.
Natomiast spektakle do głównego konkursu festiwalu o nagrodę Złotego Yoricka wybierał (i robi to już od kilku lat) Łukasz Drewniak – znany krytyk teatralny. Wybierał z dwudziestu trzech spektakli szekspirowskich granych w różnych teatrach w Polsce: Rzeszowie, Legnicy, Białymstoku, Jeleniej Górze. Wybrał trzy spektakle do tego konkursu i zaznaczył, że istotny jest brak w konkursie dwóch warszawskich spektakli, (bo teatry nie mogły przyjechać na festiwal?) – „Hamleta” z Teatru Narodowego i „Henryka IV z opisem bitwy pod Shrewsbury…” z Teatru Polskiego.
Złotego Yoricka zdobyło przedstawienie „Opowieść zimowa” w reżyserii Pameli Leończyk, która wraz z dramaturżką Darią Sobik „przepracowały” dramat Szekspira i wystawiły w Teatrze Powszechnym im. Zygmunta Hübnera w Warszawie. Ta wersja „Opowieści zimowej” zaczęła się dwa lata temu na gdańskim festiwalu w ramach edycji Nowy Yorick, czyli spektakli realizowanych przez młodych, zdolnych twórców. Reżyserka już wówczas umieściła akcję dramatu w gabinecie psychoterapeutycznym. To miało pomóc podejrzliwemu, zazdrosnemu królowi i jego nękanej małżonce rozwiązać ich problemy ze wsparciem psychologów. A w tym roku ten spektakl czytany w kontekście zbiegu terapeutycznego przyniósł realizatorkom nagrodę. Druga część przedstawienia z dopisanym Szekspirowi tekstem to „gorzkie żale” dorastającej córki, którą porzucili w dzieciństwie rodzice. Jej szlochy nie mają wymiaru mistrzowskiego. Nie odnalazłam w tej części spektaklu dramaturgicznego osiągnięcia, choć aktorsko był to sprawnie zagrany spektakl. Emocje były rodem z kolorowych lifestylowych tygodników.
Kolejnym spektaklem w konkursie o Złotego Yoricka był „Sen nocy letniej” z warszawskiego Teatru Komedia w reżyserii Michała Zadary – reżysera, który niedawno uwiódł przezabawną inscenizacją „Zemsty” Aleksandra Fredy w tym samym teatrze. Część publiczności dobrze się bawiła, a część uważała, że to zbyt kabaretowa i przeszarżowana wersja szekspirowskiej komedii. Trzecim spektaklem w konkursie był „Juliusz Cezar” z Teatru im. Heleny Modrzejewskiej zaprezentowany w oryginalnej przestrzeni postoczniowej. W halach industrialnych wędrowali widzowie. Spektakl oparty na kilku stronach tekstu z dramatu Szekspira, przeładowany został wideo prezentacją. Reżyser Błażej Biegasiewicz analizował polityczne uzależnienia na dworze cesarza, hipokryzję, lęk i zniewolenie oraz zaprezentował wieloraką pomysłowość akustyczno-wizualną.
„Poskromnienie złośnicy” zwyciężyło w konkursie Nowy Yorick. Spektakl przygotowała Ewa Platt z zespołem Teatru im. Jana Kochanowskiego w Opolu. To mądrze przeczytany tekst znanej i popularnej komedii Szekspira. Reżyserka znalazła inspirację w opowieści o krnąbrnej Kasi, którą „oswaja” i przyzwyczaja do potulnego życia rodzinnego Petruchio. Kasia w tej wersji wcale nie jest krnąbrna, a wręcz przeciwnie – zdecydowanie przestraszona i zahukana, którą sadystycznie zniewala dbający rzekomo o jej dobrostan perfidny Petruchio. To mobbing i psychiczna tortura w najokrutniejszym wydaniu, podszyte pozorną dbałością o dobro partnerki. Reżyserka okroiła tekst Szekspira, ale nie uroniła najważniejszych treści. Trójka bohaterów, bo świadkiem upokorzeń Kasi był też służący, którego Petruchio również poniża, tworzą opowieść pełną napięć, niedopowiedzeń, udręki i toksycznego uwikłania. Przemoc niejedno ma imię, a w tym spektaklu jest tak zagęszczona, że wręcz bolesna. Brawa dla realizatorów: reżyserki Ewy Platt, scenografki i reżyserki świateł Anny Rogóż i aktorów: Joanny Osydy, Konrada Wosika i Maciej Czerklańskiego.
Także w konkursie Nowy Yorick Jadwiga Klata (córka Jana Klaty, która idzie ciekawie w ślady aktualnego dyrektora Teatru Narodowego w Warszawie) wyreżyserowała spektakl „Koriolan” z aktorami Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. To także spektakl godzien uwagi. Opowieść o losach walecznego, nieustraszonego rzymianina, uwikłanego w niechęć wobec senatu, który ustępuje ludowi. A tym ludem Koriolan (Kajusz Marcjusz) pogardza, choć ten lud go wyniósł na piedestał, a potem ten sam lud go z niego strąci. W tym spektaklu operującym tylko częścią tekstu Szekspira pytania o władzę, lojalność, wspólnotę brzmiały wyraziście.
Tegoroczny SzekspirOFF był ciekawy i wart oglądania, bowiem właśnie w tych spektaklach pojawiało się nowatorskie myślenie Szekspirem. Nagroda dla spektaklu „Wszyscy jesteśmy Ryszardami. Ekshumacja 2000” w reżyserii Aleksandry Bielewicz – zasłużona. Ironiczne widowisko, dobrze zagrane z ciekawie wykorzystanym tekstem Szekspira i groteskowym dystansem wobec głośnej ekshumacji wielkiego króla, zdarzenia szeroko komentowanego w brytyjskiej telewizji przed kilkoma laty.
Spektakle zagraniczne 29. Międzynarodowego Festiwalu Szekspirowskiego nie uwiodły mnie tym razem. Ukraińska „Burza” w reżyserii Oksany Dimitriewej z teatru lwowskiego miała ważne wojenne konteksty i kilka naprawdę udanych pomysłów, jak pokazywać rodzące się i wszechogarniające zło. Reżyserka zbudował spektakl w konwencji pozornej interakcji z widzami, temu miał służyć prolog Prospera wygłoszony przez Olega Stefana, który dawał widzom do zrozumienia, że ta opowieść dzieje się na dziwnej, ogarniętej strachem wyspie i że taką szekspirowską burzę każdy może przeżywać. I będzie ona prawdziwa i nieprawdziwa zarazem. Straszne metalowe, bezduszne stwory zagarną przestrzeń wyspy.
Japoński spektakl „Ryszard II” zagrany w przepysznych, kolorowych kostiumach, uszytych z mistrzowskim rozmachem z oryginalnych, wręcz zabytkowych materiałów skupiał uwagę widzów. Natomiast interpretacja dramatu Szekspira monumentalna i koturnowa była przykładem wierności tradycji w teatrze japońskim. Ważna była określana dynamika scen, stylizowane i skupione ruchy aktorów. Role wykonywano z charakterystyczną głosową intonacją. W spektaklu występowały również kobiety, co było współczesnym elementem szekspirowskiej wizji reżysera Kochi Yamato. Ten spektakl podobał się festiwalowej widowni.
Tegoroczny festiwal kończył spektakl „Wchodzi Duch” – koprodukcja Gdańskiego Teatru Szekspirowskiego z Teatrem im. Stefana Jaracza w Olsztynie. Widowisko reżyserowała Weronika Szczawińska, a materia dramaturgiczna była dziełem Piotra Wawra jr. – aktora i reżysera. Obejrzałam spektakl pomysłowy scenograficznie, z wytrwałością i wysiłkiem zagrany przez szóstkę aktorów, ale nudny, rozwlekły i nieznośnie moralizatorski, sięgający do popkultury językowej, dosadnej i mało dowcipnej (słowo „dupa” w dominancie). Jest to kolejna opowieść teatralna, która wychodzi od jednego szekspirowskiego wątku, tym razem ducha ojca w „Hamlecie”. A ten ducha ojca w życiu każdego coś znaczy – takie jest założenie, więc spróbujmy o tym opowiedzieć. W spektaklu „Wchodzi duch” sześć duchów rozpracowuje na scenie różne ojcowskie postawy. Jest więc „tatuś” oczywisty, sztampowy, co to o wszystko ma pretensje, jest duch ojca niezbyt wnikliwie filozofujący, jest ducha ważny dla aktorów: ojciec-reżyser, który jak wiadomo może być zmorą i przekleństwem. Jest też duch ojca milczący, niczym Dulski u Zapolskiej, który cedzi słowa. Były w tym spektaklu ładne przejścia, było dobre światło, pomysłowe kostiumy obrusowo-firankowo-prześcieradłowe i podszyte pozornymi prawdami oczywiste banały. I choć branżowe pismo „Teatr” umieścił ten spektakl na liście najlepszych przedstawień sezonu 2024/2025, mnie to widowisko rozczarowało.
Nie po raz pierwszy po gdańskim festiwalu szekspirowskim mam niedosyt, bo ilość nie przeszła w jakość, szczególnie we współczesnej dramaturgii dopisywanej do tekstów Szekspira. Nie bronię „świętości tekstu”, tylko chciałabym, by przedstawienia teatralne nie stanowiły tylko transgresyjnego połechtania artystycznej duszy twórców, ale były spektaklami, o których chce się myśleć i rozmawiać. „Standing ovation” po przedstawieniach to dzisiaj norma, nawet po słabych spektaklach. Ta łaskawość publiczności wobec teatru nie powinna usypiać czujności twórców, bo rozumienie Szekspira warte jest skupionej wnikliwości i szczerości artystycznej. I oby tak się zdarzyło na kolejnym festiwalu, bo za rok będzie trzydziesta edycja.
Alina Kietrys

Poskromienie złośnicy. Reż. Ewa Platt. Teatr im. Jana Kochanowskiego w Opolu

A Macbeth Song, La Perla 29 z zespołem The Tiger Lillies

Wszyscy jesteśmy Ryszardami. Ekshumacja 2000. Reż. Aleksandra Bielewicz. Fot. Karolina Soltys