Ufaj pasjonatom

Czy można mieć czternaście lat, uprawiać pole i stworzyć coś wyjątkowego? Philo Farnsworth był członkiem rodziny, która w 1921 r. wydzierżawiła farmę w Rigby w stanie Idaho. Chłopak ma zostać rolnikiem. Znajduje na strychu książki techniczne opisujące między innymi wynalezienie radia, które wtedy jest już bardzo popularne. Rynkiem rządziła amerykańska korporacja radiowa RCA, ówczesny odpowiednik Google i Apple razem wziętych. Philo napotyka w literaturze wzmiankę o technologii emitującej równocześnie dźwięk i obraz. Wielu próbowało ją wdrożyć, ale nikomu dotychczas się nie udało. Jednak młody chłopak patrzy na świat odrobinę inaczej niż naukowcy. Zauważa, że efektem jego orki są przecinające pole równoległe linie. Uznał, że tak właśnie może wyglądać… obraz telewizyjny, pod warunkiem, że linie będą poruszać się wystarczająco szybko. Kreśli na kartce świtający mu w głowie schemat dysektora – serca kamery telewizyjnej, lampy wykorzystującej zjawisko fotoemisji. Schemat pokazuje nauczycielowi, który przyjmuje go z nieukrywanym uznaniem. Po siedmiu latach Farnsworth wierzy, że uda mu się skomercjalizować swój wynalazek. Zwraca uwagę Davida Sarnoffa, amerykańskiego przedsiębiorcy, twórcy mediów początku XX wieku, prezesa RCA, która uruchomiła pierwszą sieć radiową NBC. Sarnoff nie stał się jednak dobrym aniołem biznesu Farnswortha. Zatrudnia elektronika, Vladymira Zworykina, któremu nie udaje się skopiować dysektora. Dopiero podstępem i pod pozorem zainteresowania kupnem licencji, Rosjanin wyciąga kluczowe informacje od naiwnego chłopaka. Sąd rozstrzygnął, kto wymyślił telewizję. Kluczowym dowodem stał się szkic dysektora, który nauczyciel Farnswortha przechował w swoim archiwum. Wiele lat później Philo nie był zachwycony rozwojem telewizji. Marzył, by stała się narzędziem edukacji dla każdego i motorem społecznego rozwoju. Rosnące powodzenie oper mydlanych i tabloidyzacji burzyło ten obraz. Pioniera można poznać po tym, że ma strzały w plecach. Historia wynalazców pełna jest ludzi, których wiecznie wyśmiewano. Ludzie uznają początkowo wiele innowacji za głupie czy niepotrzebne. Managerowie marketingu IBM, podobnie jak dwadzieścia innych firm, wyśmiali Chestera Carlsona, twórcę Xeroxa i  kserokopiarek. Morały z  powyższych historii? Zbieraj rysunki swoich dzieci, szczególnie fascynatów, którzy na świat patrzą inaczej, wychodząc poza utarte schematy. Nigdy nie wiadomo, kiedy taki bazgroł stanie się dowodem w sprawie patentowej. Po drugie, nie lekceważ innowatorów ze względu na ich wiek. Geniusze rodzą się z myślenia pod prąd. Po trzecie, ostateczny efekt innowacji niekoniecznie musi być zgodny z  oczekiwaniami twórcy. Technologią kserowania nikt nie był zainteresowany, a Carlson mógł ją rozwinąć dopiero dzięki rządowemu projektowi w innym zakresie. I czwarty, najważniejszy. Nigdy, ale to przenigdy, nie paplaj wszystkim o niuansach technicznych swojego pomysłu. Coś o tym wiedział Steve Jobs. Czasem o powodzeniu konceptu decyduje banalny detal, niuans, którego istnienie tylko Tobie wpadło do głowy. I  na deser. Zawsze uważaj na potencjalnych mecenasów swoich pomysłów. Nigdy nie wiadomo, czy nie będą Sarnoffem.