Jestem szczęściarą…

Długa historia, wiele sukcesów i  zasłużona pozycja w  tej dyscyplinie sportowej. Jak to jest być ambasadorką tenisa stołowego? To jest naprawdę coś niesamowitego. Na początku mojej kariery sportowej nawet w najśmielszych snach nie pomyślałabym, że coś takiego może się wydarzyć. Ale to tylko taki dodatek do tego wszystkiego, na czym mi najbardziej zależało. Przede wszystkim codziennie pracowałam na to, żeby być coraz lepszą zawodniczką, żeby się rozwijać i osiągąć poziom, który pozwoli mi zdobywać medale i rywalizować na arenach międzynarodowych. Wychodzi na to, że to mi się udało. Bardzo się z tego cieszę. Staram się robić dużo rzeczy, które pomogą innym sportowcom, aby mogli się rozwijać. Bo wydaje mi się ważne, aby wykorzystać w dobry sposób to, na co do tej pory udało mi się zapracować, czyli pozycję w sporcie. Czyli chodzi o to, by przecierać szlaki przyszłym sportowym mistrzom. Myślę, że tak. To bardzo ważne, by dać coś od siebie innym. Od zawsze przyglądałam się najlepszym sportowcom, oni oprócz tego, że osiągnęli mistrzostwo w swojej dyscyplinie, byli też wspaniałymi ludźmi, którzy swoją popularność i  sukcesy przekuwali w  coś dobrego. Na tym również mi zależało, to chciałam robić. Stąd też mój fundusz stypendialny. Cieszę się, że chociaż w  ten sposób mogę wspierać przyszłych mistrzów. Żeby odnieść sukces, trzeba ciężko pracować. Jakie były Pani motywacje? Czy to było udowodnienie czegoś sobie czy innym? Tenis stołowy to dyscyplina trudna technicznie. Potrzeba kilku lat codziennej, systematycznej pracy, aby zdobyć podstawowe umiejętności. Wiedziałam, że będzie ciężko. Nie da się ukryć, że wiele osób na starcie stwierdziło, że mam mniejsze szanse od swoich rówieśników z  racji mojej niepełnosprawności. Było to poniekąd szaleństwo, że chciałam rywalizować ze sportowcami zarówno pełnosprawnymi, jak i niepełnosprawnymi. Od początku wiedziałam, że muszę robić swoje, ciężko pracowałam. Miałam też szczęście do ludzi wokół mnie. Oni mi pomagali, wpierali w codziennej pracy, ale przede wszystkim we mnie wierzyli. Byli moją motywacją. Okazało się, że się w tym odnajduje i całkiem dobrze mi to wychodzi. Kiedy wygrałam jeden mecz, to chciałam też wygrać kolejny. Powiedziała Pani kiedyś, że niepełnosprawność nie dała Pani żadnej taryfy ulgowej. Trudno było odnaleźć się w sportowym środowisku? Było ciężko. Wiele osób pyta jak znalazłam sposób na podrzucanie piłeczki. Odpowiadam, że przyszło naturalnie. Ale wiadomo, że więcej uwagi musiałam poświęcić na dopracowanie pewnych elementów, żeby to wszystko miało jakość. Poświęcałam więcej czasu niż moi rówieśnicy na trening ciała, bo przez moją niepełnosprawność miałam więcej ograniczeń. Zdawałam sobie sprawę, że muszę więcej pracować. Wiedziałam, że to jest jedyna droga, by osiągnąć sukces. Z czasem przyszła pewna dojrzałość, dzięki której się odnalazłam w sportowym środowisku. Na pewno zmagała się Pani z jakimiś uprzedzeniami dotyczącymi niepełnosprawności, czy też na początku kariery z brakiem wsparcia finansowego. Droga na szczyt nie była łatwa. Jak sobie Pani z tym radziła? Byłam szczęściarę. Zawsze powtarzam, że miałam ogromne szczęście do ludzi. Przede wszystkim do osób z mojego najbliższego otoczenia. To byli ludzie, którzy we mnie wierzyli, którzy nie przekreślili mnie na sali pingpongowej. Natomiast później pojawiały się też osoby, które mówiły, że nic ze mnie nie będzie i nie warto we mnie inwestować, bo pewnie mój poziom zakończy się na poziomie ogólnopolskim. I te głosy były dodatkową motywacją, żeby tym osobom udowodnić, że się mylą. Starałam się nie zwracać dużej uwagi na takie opinie. Koncentrowałam się na tym, co dobre, na tym, co chcę osiągnąć. Udawało się to całkiem nieźle, więc po prostu to wszystko mnie dalej napędzało. Brałam przykład z  innych sportowców, którzy swoim codziennym podejściem do życia i  do sportu pokazywali mi, że nie ma rzeczy niemożliwych. Naprawdę miałam szczęście do pozytywnych ludzi wokół siebie. Kariera sportowca to nie tylko przygotowanie fizyczne i treningi, ale też przygotowanie mentalne, odporność na stres. Czy w  tym mają pomóc warsztaty prowadzone przez Pani fundację? Temat psychologii sportu zawsze bardzo mnie interesował. Pamiętam, że jako młoda zawodniczka chodziłam na zajęcia do psychologa sportowego, który wtajemniczał mnie we wszystkie tematy, które mogą mi pomóc np. poradzić sobie ze stresem. Natomiast wiem, że nie wszyscy moi koledzy z reprezentacji mieli kontakt z psychologiem sportowym, a tak naprawdę stres towarzyszy nam zawsze, przed startami, w trakcie turniejów, treningów- napięcie, presja - dlatego warto wiedzieć jak sobie z nim radzić. Warsztaty w  tym obszarze na pewno pomogą naszym stypendystom, przede wszystkim w  zdobyciu wiedzy i  narzędzi, zwiększeniu świadomości. To są rzeczy, które przerabiałam na własnej skórze i  mogę ręczyć za to, że to jest coś dobrego i to działa. Czy faktycznie jest tak, że sukces siedzi w  głowie sportowca? Oczywiście. Powiedziałabym, że sukces musi siedzieć w  głowie sportowca. Bo tak naprawdę codziennie trenujemy nasze ciało, robimy wszystko, żeby ono było jak najsilniejsze, jak najszybsze, jak najsprawniejsze, ale tak samo musimy trenować naszą głowę. Wytrenowane ciało bez dobrej głowy niestety nie jest gwarancją sukcesu. Myślę, że „ zła głowa” w dużej mierze może przyczynić się do porażki. Także to jak przygotujemy sobie głowę definiuje nasze szanse na powodzenie. W tenisie stołowym mówi się, że wygrywa się głową. Jeśli wszystko mamy poukładane w głowie, wtedy nasze ciało jest w stanie nam pomóc i jest narzędziem, które przybliża nas do sukcesu. Jest Pani zżyta z Gdańskiem, a to przecież centrum polskiego tenisa stołowego. Wraca Pani tutaj z dobrymi wspomnieniami? O tak, Gdańsk to jest zdecydowanie moje ukochane miasto. Ja się tutaj urodziłam, tutaj się wychowywałam i tutaj zaczęła się moją przygodę z tenisem stołowym. Mam do Gdańska ogromny sentyment, zawsze chętnie wracam. Spędzałabym tu cały mój czas, jednak ze względu na moją pracę i ciągłe wyjazdy, bo aktualnie gram w klubie w Czechach, trochę żyję na walizkach. Nie ukrywam, że tęsknię za domem, tęsknię za morzem, tego mi brakuje. Ale to sprawia, że jeszcze bardziej doceniam jak w  fajnym miejscu się urodziłam. Jak tylko jestem w  Gdańsku, zawsze się uśmiecham. Mam to szczęście, że Gdańsk to miasto z ogromnymi tradycjami tenisowymi, tutaj zawsze byli dobrzy tenisiści stołowi, także lepiej chyba trafić nie mogłam.