Falieton Anny Fibak
Waleczne samowspółczucie, czyli jak wypisać się z wyścigu o tytuł kobiety doskonałej
Kiedy kobietom kończy się czas dla siebie? Otóż kończy się wtedy, gdy w kalendarzu 40- i 50-latek spotykają się trzy siły: szczyt zawodowych ambicji i możliwości, dorastające dzieci oraz wymagający opieki, schorowani rodzice. Witamy w świecie „pokolenia kanapki” – generacji kobiet ściśniętych przez obowiązki tak mocno, że jedyną rzeczą, jaką są w stanie wcisnąć w swój grafik, jest poczucie winy. Ich mantrą jest: „muszę ogarnąć”, „muszę sobie poradzić”.
Opublikowany w ubiegłym roku raport PKO Ubezpieczenia „Dobrostan Polek” to lektura bolesna, odzierająca ze złudzeń o rzekomej równości. Z danych wyłania się dramatyczny paradoks wieku. Podczas gdy dwudziestolatki wciąż poszukują swojej tożsamości, a kobiety po sześćdziesiątce wreszcie odzyskują upragnioną wolność i spokój duchowy, grupa wiekowa od 35 do 54 lat znajduje się w stanie permanentnego, emocjonalnego oblężenia. Wskaźnik codziennego stresu matek w Polsce wynosi zatrważające 4,2 w pięciopunktowej skali. To nie jest poziom życia w nowoczesnym, europejskim kraju – raczej raport z frontu walki o przetrwanie.
Media – kiedyś kolorowe magazyny, dzisiaj najsilniej media społecznościowe – od lat karmią kobiety mitem supermenedżerki, mamy doskonałej, idealnej żony i pani domu. Wmawiają nam, że kluczem do szczęścia jest optymalizacja. Jeśli tylko wstaniesz odpowiednio wcześnie, wyciszysz umysł, zrobisz jogging, przygotujesz dzieciom ekologiczne śniadanie, a potem z uśmiechem, starannie dopracowaną fryzurą i makijażem, w nienagannym stroju, świetnie przygotowana poprowadzisz prezentację dla klientów albo zebranie zespołu, a potem rozbroisz firmowy konflikt i przygotujesz raport dla zarządu, by w wieczornym finale, oczywiście po tym, jak w drodze z pracy ogarniesz zakupy, a po powrocie do domu przyrządzisz obiad, znajdziesz siły i czas na rozmowę z mężem i dziećmi o ich (sic!) dniu, wygrasz życie.
Świat, a zwłaszcza rynek pracy chętnie konsumuje tę kobiecą wielozadaniowość (wielozadaniowość nie istnieje – mózg jedynie przełącza się między zadaniami, kosztownie zużywając energię!), nazywając ją dumnie „wysoko rozwiniętymi kompetencjami miękkimi”. W rzeczywistości te rzekome kompetencje to nic innego jak wyuczony, kulturowy mechanizm nakazujący kobiecie, że „musi ogarnąć”. Co na to kobiety? Ogarniają, radzą sobie i… funkcjonują na skraju wycieńczenia psychofizycznego. A jeśli nie ogarniają? Winią siebie i… idą na kolejne szkolenie z jeszcze lepszego zarządzania sobą w czasie, czyli de facto upychania kolanem kolejnych zadań w i tak już pękającej w szwach dobie.
„Możesz mieć wszystko!” – krzyczały nagłówki. Zapomniano jednak dodać, ile i czym przyjdzie za to zapłacić. Psychologia pozytywna, odcinając się od tej toksycznej narracji sukcesu, stawia zupełnie inne diagnozy. Twórca nurtu, Martin Seligman, w modelu dobrostanu PERMA wyraźnie wskazuje, że człowiek rozkwita tylko wtedy, gdy karmi pięć kluczowych filarów: pozytywne emocje, zaangażowanie, relacje, poczucie sensu i osiągnięcia. Tymczasem kobieta z „pokolenia kanapki” nie ma przestrzeni na żadne z nich. Co gorsza, traci fundament, bez którego model PERMA w ogóle nie ma racji bytu – autonomię.
Twórcy teorii autodeterminacji, Richard Ryan i Edward Deci, wskazują, że autonomia to podstawowa potrzeba psychiczna człowieka. Bez niej stajemy się jedynie reaktywnymi wykonawcami cudzych poleceń. Kobieta – wielozadaniowa opiekunka – tę autonomię traci jako pierwszą. Przestaje być reżyserką swojego losu, a staje się logistyczką cudzych żyć: dba o terminy lekarskie rodziców, korepetycje dzieci, raporty dla szefa i porządek w domu. Siebie samą stawia na szarym końcu bardzo długiej listy potrzeb innych.
Ratunku upatrywać należy w radykalnym zwrocie w stronę koncepcji samowspółczucia rozwijanej przez prof. Kristin Neff. Nie chodzi tu o kolejny modny rytuał pielęgnacyjny czy weekend w drogim spa, na który i tak nie ma czasu. Chodzi o uruchomienie dwóch energii.
Pierwsza z nich to czułe samowspółczucie, czyli głębokie, wewnętrzne przyzwolenie na bycie niedoskonałą. To uznanie własnego bólu i zmęczenia bez krytyki i poczucia winy, oparte na świadomości, że błędy i ograniczenia są częścią wspólnego, ludzkiego doświadczenia.
Druga, kluczowa siła, to waleczne samowspółczucie, która wzywa do ochrony samej siebie. Przejawia się w odrzuceniu kulturowego nakazu „dawania rady”, który – jak podaje badanie PKO Ubezpieczenia – paraliżuje aż 90 proc. Polek. W walecznym samowspółczuciu nie chodzi o egoizmem. To narzędzie do odzyskiwania autonomii poprzez stawianie granic, delegowanie obowiązków i stanowcze mówienie „nie” nadmiarowym żądaniom świata.
Zamiast uczyć się, jak biec szybciej, uczymy się więc, jak z dumą i bez wyrzutów sumienia wypisać się z tego wyścigu i mówić: „nie zrobię tego”, „ten czas jest dla mnie”. Dobrostan nie jest nagrodą za idealnie zorganizowane życie. Jest prawem, które trzeba odebrać z rąk nienasyconego świata. Świata, który nieustannie narzuca nam to, co nie jest nasze.