Felieton Aliny Kietrys
Oferta aktualna
I znowu jesteśmy u progu lata, więc nasilają się narzekania na tłok, hałas, spóźniające się pociągi. Zapewne radość przedurlopowa jeszcze przed nami. Głowy zajęte pracą i ciągle mozolną codziennością tracą cierpliwość. Kilka dni temu wieczorową porą wracałam z Warszawy. Na Centralnym pustawo i brudnawo. Ławki i stoliki przy nieczynnych barach owinięte brezentem, żeby przypadkiem nikt po całym dniu nie przysiadł. Prawie wszystkie pociągi z opóźnieniem przyjeżdżały do Warszawy i z poślizgiem z niej wyjeżdżały. Zastanawiam się, czy kiedyś nadejdzie świetlista pora, że według przejazdów żelaznej kolei będzie można regulować zegarki. A propos stolicy. Ten, kto w Trójmieście narzeka na przebudowę i rozkopanie naszych ukochanych ulic, dawno nie był w Warszawie. Przysłowiowy Armagedon trwa tam w najlepsze. Przejścia i drogi dojazdowe w samym centrum miasta, czyli na zapleczu dawnych Domów Towarowych, rozkopane i zastawione metalowymi bramkami. Tłum się kłębi. Powstają tak potrzebne i modne teraz, a znane od lat w Europie, trakty spacerowo-restauracyjne. W Sopocie obowiązkowo nazywane woonerfami, co po holendersku znaczy „ulice do życia”. Ja bym chciała oczywiście, żeby wszystkie ulice w Trójmieście były do życia, a nie zaparkowane po brzegi samochodami. Taka przestrzeń woonerf jest zielonym deptakiem. I w Warszawie, i w Sopocie wraca zieleń. Drzewa nasadzone w Warszawie zaglądają do okien kamienic przy ul. Chmielnej na wysokości drugiego piętra. Rowerzyści po tych woonerfach na szczęście nie szaleją.
Przy sopockim molo też udało się ukrócić rowerowo-hulajnogowe wyścigi. Na Monciaku tradycyjne przede niektórymi lokalami stoją kolejki, ale żeby był nadmiar urokliwych miejsc konsumpcyjnych – nie zauważyłam. Ucieszyła mnie natomiast w Browarze Miejskim Sopot wystawa grafik Sławomira Łosowskiego, legendarnego założyciela zespołu Akcenty, a potem Kombi. W Browarze zgromadził się tłum, świat artystyczny w pełnej krasie. Inicjatorem i modus operandi przedsięwzięcia był niezłomny i niestrudzony Wojciech Korzeniewski. Znam Korzenia bardzo, bardzo długo, więc mogę rzec: ten facet jest „chory na Sopot”, kocha to miasta od lat i zna w nim niemal wszystkich. Atmosfera na wernisażu była jak za dawnych lat – przyjacielsko-życzliwa. Podziwiano pracę i pasję Sławka Łosowskiego. Browar obiecał, że będą następne wernisaże. Brawo! Coraz więcej takich przestrzeni w Sopocie. Niespokojnym duchem Sopotu jest też Dawid Wojtalewicz – artysta, który przyjechał do Sopotu po studiach na Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych w Antwerpii. Tworzy on niepowtarzalne klimaty galeryjne i uczy alchemii malarskiej. Serce rośnie, jak obserwuje się właśnie Dawida. Energii ma za trzech, a życzliwości całe tony. Ale przede wszystkim to artysta niespokojny. Nie bez powodu ma pseudonim „huragan”. I on też tworzy i wykorzystuje różne sopockie przestrzenie na wizualne prezentacje.
Przy okazji z ogromną radością komunikuję Państwu, że w Muzeum Uniwersytetu Gdańskiego zorganizowana została wystawa rzeźb ojca Sławka, Alfonsa Łosowskiego – artysty dobrze znanego memu pokoleniu. Dzięki niemu wiele kamieniczek i przedproży gdańskich odzyskało w detalach rzeźbiarskich swoją urodę po wojennym kataklizmie. Artysta był absolwentem Wydziału Sztuk Pięknych w Wilnie na Uniwersytecie im. Stefana Batorego. Rzeźbił, malował, był też grafikiem. Miał pracownię przy ulicy Mariackiej. Jego gościnne przedproże zapraszało ciekawych. W Muzeum UG zaprezentowano 50 rzeźb kamiennych i drewnianych z kolekcji Sławka Łosowskiego. Wystawa nosi tytuł „Szczodrość form. Alfons Łosowski”. Namawiam, by wybrać się i do Browaru w Sopocie i do Muzeum UG na campusie uniwersyteckim.
I koniecznie proszę przeczytać w ten czerwcowy czas „Gołoborze” – niezwykłą powieść Macieja Siembiedy. W wielu miastach w Polsce trwają teraz targi książki. Autor „Gołoborza” jeździ, spotyka się z czytelnikami, rozdaje autografy, pozuje do zdjęć i rozmawia. Każde z nim spotkanie to prawdziwa frajda dla czytelników. Lubi PPPP, czyli Przyjemne Podróże Po Polsce. Siembieda ma w swoim dorobku trzynaście książek. Bardzo popularne są wszystkie tomy z inspektorem śledczym – prokuratorem Jakubem Kanią. To inteligentny i ironiczny bohater, prawdziwy tropiciel kryminalnych faktów i zagadek historycznych, więc nawet ci z Państwa, którzy nie wybierają kryminałów jako lektury, z książkami Siembiedy się zaprzyjaźnią. A „Gołoborze” to świetnie napisana historia o dwóch rodach z Kielecczyzny, odkrywająca tajemnice z przeszłości, opowiadająca o zemście i miłości. Maciej Siembieda mieszka w Sopocie, warto więc znać swego autora i czytać jego książki, bo to dobra literatura.
Życzę Państwu pięknych wakacji i wielu najlepszych wrażeń na urlopach.
Alina Kietrys