POWRÓT/WSTECZ
Pomysłów mam bardzo dużo

Kiedy podjęła Pani decyzję, że będzie się zajmowała cukier - nictwem, czyli czymś, co wymaga bardzo wrażliwego pod - niebienia i estetycznego oka? Odkąd pamiętam, miałam potrzebę i  wielką przyjemność otaczania się kolorami, ładnymi i oryginalnymi rzeczami. To było trochę karkołomne i niełatwe w czasach mojego dora - stania. Królowała raczej szarość i  pustki w  sklepach. Miałam to szczęście, że moja mama była estetką, piękną i zaradną kobietą. Mieszkaliśmy w Sopo - cie i zawsze stroje, wypieki, gotowanie, goście, oprawa spotkań rodzinnych i towarzyskich to było coś, w czym mama super się odnajdywała. Tata był marynarzem z  dobrym gustem i, mając ku temu możliwości, stroił mamę, przywożąc z zagranicy piękne ubrania, buty i ozdoby do domu. Mama zaj - mowała się starszą siostrą Aleksandrą i  mną, domem, czekaniem na męża i  przyjmowaniem gości. Rejsy ówczesnych marynarzy były bardzo długie, więc ciężko było mi nawiązać bliską więź z  ojcem, nawet wstydziłam się go prosić, żeby przywoził mi zabawki, flamastry czy ubrania. Namawiałam mamę, żeby robiła to w  moim imieniu. Brak tej zażyłej relacji przez ciągłe długie rozstania odbił się na mnie i pewnie nadal gdzieś głęboko doskwiera. Mama była osobą czynu i bardzo marzyła, żeby rozpieszczać podniebienia klientów w swojej kawiarni, którą wymyśliła sobie w naszym domu w Sopo - cie pod lasem. Nie udało się, bo mój tata, który pochodził z  Białegostoku, uważał, że żona nie powinna pracować. Był męski, z poczuciem opiekuńczo - ści i hierarchii i był zdania, że to mężczyzny obowiązkiem jest zarobić na dom i rodzinę. Ale mamie całe życie czegoś brakowało i pomimo „złotej klatki” nie czuła się szczęśliwa. Po kilku ładnych latach „obdarowała” nas wyczekanym synem, bratem. Po następnych kilku, gdy byłyśmy już panienkami, a brat od - chowany, znalazła swoją drogę, pomagając ludziom po ciężkich przejęciach i doświadczeniach życiowych. Dawało jej to poczucie, że robi coś ważnego i wartościowego oraz dodawało dużo sił do zmagania się z czasami nielek - ką codziennością. Przez kilka lat uczestniczyłam w  tym przedsięwzięciu z mamą, aż przyszedł czas do pójścia swoją drogą. W Sopocie wspólnie z mę - żem prowadziliśmy restaurację. W którym miejscu? „Pod Strzechą”, w samym sercu miasta, przy Monte Casino. Tam się pozna - liśmy. Mój przyszły mąż był tam kierownikiem. Potem na trochę innych, lepszych warunkach prowadziliśmy restaurację „Wczasowa”. Był to bardzo wesoły i towarzyski czas. Uwielbiamy pysznie karmić ludzi, pięknie podawać jedzenie oraz desery i przyglądać się, jak miło jest naszym klientom sprawiać małe radości. Mieliśmy swoje popisowe dania i świetną szefową kuchni – Ire - nę Widrowską, zawsze było bardzo gościnnie i smacznie. Nasza starsza córka Natalia, która ma 36 lat, bardzo dobrze tamte lata pamięta i wspomina. Jest otwarta na ludzi i zawsze chętna do pomocy osobom w potrzebie. Gastrono - Pomysłów mam bardzo dużo mia jest specyficznym zajęciem, zawodem – można by rzec, że to stan umysłu. Obowiązkowy kontakt z różnorodnymi ludźmi kształtuje człowieka. A potem mój mąż pojechał do USA, by zarabiać na wymarzony własny dom. Teraz mieszkacie Państwo w  Gdyni. Produkcja cukiernicza, a  teraz rów - nież garmażeryjna także jest w Gdyni? Tak, chcieliśmy mieć coś swojego w  „bezpiecznej” odległości od rodzi - ców, czyli tak, żeby było blisko do odwiedzin, biesiadowania i niedzielnych wspólnych obiadów, a  jednocześnie na tyle daleko, żebyśmy uczyli się sa - modzielnego życia. Nie było łatwo. Obrzeża Gdyni na początku lat dzie - więćdziesiątych nie były miejscem nadającym się do otwierania restauracji z powodu braku zapotrzebowania. Dom był bardzo duży, sklepy dość daleko, a ja całkowicie niezorganizowana w robieniu zakupów. Mieszkając w domu rodzinnym i żywiąc się w restauracjach, nie wyrobiłam w sobie nawyku my - ślenia o  niezbędnych artykułach spożywczych. Mama setki razy ratowała mnie, pożyczając mi potrzebne produkty. Była osobą bardzo zorganizowaną i gospodarną. Od czasów szkolnych mam usposobienie sowy – każda pora jest za wczesną, by pójść spać… Zarówno to, jak i brak mamy pod ręką oraz sklepów przyczyniły się do powstania pomysłu na otwarcie sklepu ogólno - spożywczego na parterze domu. Żebym spiżarkę o każdej porze dnia i nocy miała pełną [śmiech]. Sklep musiał być otwierany bardzo wcześnie rano, co stanowiło dla mnie nie lada wyzwanie. Można się kłaść spać o  6 rano, ale nie wstawać o tej porze… Pokonałam siebie i otwierałam nasz nowy interes o tej dramatycznej dla mnie godzinie. Ruch w sklepie przerósł moje wszelkie oczekiwania. Zdobyłam bardzo wielu stałych klientów. Szybko musiałam zatrudnić ludzi do pomocy w sklepie. Mąż jeździł po towar, czyli w tamtych dziwnych czasach zdobywał produkty, a  ponieważ jest otwarty i  zaradny, lubi kontakty z ludźmi, to na tych giełdach i w hurtowniach miał swoje „cho - dy”. To na pewno nam bardzo pomogło. Kiedyś nieźle trzeba było się napra - cować, żeby zrobić bogate zaopatrzenie do sklepu. Wtedy też funkcjonował handel wymienny. To prawda. Opowieści o  tym, jak i  co się zdobyło do jedzenia, ubrania lub sprzęty domowe czy inne produkty, były ciekawe i  często śmieszne. Nasz sklep był otwarty do północy, bo taka była potrzeba. Więc pracowaliśmy zmianowo po kilka ekspedientek na zmianie. Pomyślałam, że to dobry czas na drugie dziecko, skoro tak super się układa i coraz mniej zajmuje mnie pra - ca w sklepie i przy sklepie. Mieliśmy super kierowniczkę sklepu, naszą nie - stety już świętej pamięci „Mireczkę”. Była z nami i pracowała u nas ponad dwadzieścia pięć lat. Troszkę się uwolniłam od wstawania skoro świt i mo - głam powrócić do mojej pasji projektowania, wymyślania, szycia i ubierania ludzi, rodziny i siebie w troszkę ciekawsze projekty, niż można było dostać w  sklepach. W  1995 roku przyszła na świat moja druga córeczka Paulina. Przez parę lat baliśmy się zamknąć sklep i wyjechać na urlop. Myśleliśmy, że stracimy klientów, co okazało się nieprawdą. Po powrocie z pierwszego wy - jazdu dostaliśmy wiele sygnałów od ludzi, że cieszą się, iż mogą znowu robić zakupy w ich ulubionym sklepie. To były dobre czasy dla małych i średnich polskich sklepów. A czy powiększyła Pani powierzchnię sklepu i asortyment towarów? Tak, musiało być coraz więcej towaru, często na życzenie klientów. I wtedy wpadłam na pomysł, żeby właśnie w sklepie wygospodarować miejsce na ga - blotę do ciast. Szukałam dostawców na dobre, świeże, domowe wypieki. Był z tym pewien problem. Przypadek sprawił, że sama zaczęłam piec. Zaczęło się od twarogu sprzedawanego w hurtowych ilościach prosto ze skrzyń. Był pyszny, ale kiedyś nie sprzedał się w całości, a szkoda było wyrzucić. A że byłam już w  posiadaniu przepisu na sernik teściowej, którego pilnie strze - gła przez lata, postanowiłam nadać drugie życie temu twarogowi [śmiech]. Prawdę mówiąc, w  moim gdyńskim domu piekłam ciasta dla najbliższych dwa razy w  roku – na święta. Ale ten twaróg, który został, plus zdobyty przepis teściowej mnie zmobilizowały. Zaczęło się od dwóch blaszek pieczo - nych jednocześnie w moim prywatnym piekarniku. Opracowałam specjalną metodę pieczenia. Potrzeba matką wynalazków. Tak. I tak jest przez całe moje życie. Moje serniki zniknęły ze sklepu natych - miast. Pierwszej porcji nie zdążyłam nawet spróbować. Wtedy kupiłam kilka takich „działkowych” piekarników z grzałkami elektrycznymi, a także zapro - ponowałam moje wypieki innym sklepom. I poszło nadspodziewanie dobrze. I szło bez problemów? No nie do końca. Spotykamy na swoich drogach życiowych ludzi życzliwych lub trochę mniej życzliwych. I  ci drudzy z  tylko sobie znanych powodów uprzykrzali nam życie, nasyłając różne instytucje kontrolujące, opowiadając przekomiczne historie. Pierwszym lokalem cukierniczym był dom weselny mieszczący się na działkach ogrodniczych z  odpowiednio wyposażonymi pomieszczeniami do produkcji żywności. Zakupiliśmy wtedy, wydawało mi się, duży piec na około dwadzieścia blach. Obecnie posiadamy dwa, każdy na sto dwadzieścia blach. Tamten piec okazał się zupełnie nietrafionym, pa - lącym ciasta sprzętem. A ja płakałam i lamentowałam, wywalając kilograma - mi nieudane wypieki i  byłam coraz bliżej rezygnacji. Nie uwierzy Pani, ale na początku myślałam, że ser z  pozostałymi produktami dobrze kręciłby się… w  betoniarce [śmiech]. Taką miałam wyobraźnię. Miksery kuchenne były zbyt słabe i  zbyt krótkie. Pierwsze olbrzymie ilości, które przerosły nasze, moje wyobrażenia, kręciłam specjalną wiertarką, konstrukcyjnie podobną do miksera. Uczyłam się dosłownie wszystkiego sama. To było moje laboratorium. Musiałam też przepisy na ciasta dostosować do dużych ilości. Po dwóch miesiącach przestaliśmy się mieścić w domu weselnym i tuż przed świętami Bożego Narodzenia przenieśliśmy się do większego budynku. W  fachowej prasie przeczytałam o  terminie targów cukierniczych organizowanych w  Poznaniu. Tam szukałam specjalnych urządzeń, rozmawiałam z ludźmi (i robiłam z siebie „blondynkę”, bo byłam zielona w tym temacie). Wiele się dowiedziałam i nauczyłam. Zaczęłam też wprowadzać inne gatunki ciast poza sernikami. Jedną z pierwszych restauracji, z którą podjęliśmy współpracę ponad dwadzieścia lat temu, była „Przystań” w Sopocie nad morzem – do dzisiejszego dnia zarówno szefostwo, jak i klienci doceniają nasze wyroby, teraz również garmażeryjne. Jak rodzina oceniała te Pani poczynania cukiernicze? Myślę, że mam ADHD myślowe [śmiech]… Pomysłów mam bardzo dużo, często za dużo, na co moja rodzina żartobliwie reaguje powiedzeniem „jak Ty masz pomysł, to my już się boimy”. Mąż bardzo mnie wspiera w  szalonych pomysłach modowych, z  innymi różnie bywa. Na początku po przeprowadzce z Sopotu do Gdyni, zanim otworzyliśmy sklep, strasznie zwlekał z pierwszym dotowarowaniem. Z bezsilności przytachałam pierwszy szyld reklamowy naszego sklepu i postawiłam w sypialni, żeby go dopingować do wyruszenia po towary. I udało się. Nawet to polubił. Po wymyśleniu nowego sposobu na zarabianie pieniędzy – pieczenie ciast, nic nikomu nie mówiłam, na wszystkie ewentualne pytania rodziny chciałam znaleźć i  przygotować odpowiedzi, tak aby niczym nie mogli mnie zażyć ani zniechęcić. Dopiero jak znalazłam pomieszczenie do produkcji i syna znajomych z samochodem przystosowanym do wożenia ciast oraz kilku potencjalnych odbiorców, powiedziałam, czym będę się zajmować i  że liczę na pomoc ze strony męża i starszej córki. Nawet przyjaciele mi to odradzali, mówiąc, że cukiernictwo to bardzo trudny interes, i mieli rację, bo lekko nie było i nie jest. Ale się udało i to na szeroką skalę. Przez te wszystkie lata współpracowaliśmy z wieloma firmami: Geant, Billa, Ellea, Alma, Bomi, Zatoka, Piotr i Paweł, Społem, Tesco, Stokrotka, Sano, Ribena oraz wieloma mniejszymi sklepami i restauracjami. Po niektórych z nich nie ma już nawet śladu, a z innymi dobra współpraca trwa po dziś dzień. A ja w poczuciu niepewności, którą przeżywałam przy naszym sklepie, kiedy zaczęły jak grzyby po deszczu wyrastać kolejne dyskonty i  obraz handlu spożywczego zaczął się diametralnie zmieniać, wiedziałam, że muszę myśleć o przyszłości. Tworzyła Pani własne przepisy? Tak, bo jestem zbieraczem smaków i widoków. Eksperymentowałam początkowo na bazie sernika, dodając nowe składniki. Poza tym podpatrywałam i smakowałam. Pamiętam, że jak na miejscu nie mogłam rozszyfrować smaku, to przywoziłam do domu ciastko i powoli rozkładam na czynniki pierwsze. Nie miałam technologa, więc wszystkie moje ciasta – ponad czterdzieści gatunków – są z moich przepisów i z mojego laboratorium [śmiech]. Robiłam początkowo ciasta domowe, a  nie cukiernicze. Bo nie jestem cukiernikiem z zawodu. A zależało mi, żeby robić takie wypieki, w których byłam dobra. Potem rynek wymógł na mnie, żebym też robiła ciasta z kremem, owocami. Mogę się również pochwalić wieloma pięknymi tortami, które wyszły spod mojej ręki, oraz słodką oprawą licznych imprez prywatnych oraz komercyjnych – pysznymi minideserami, mufinkami, tortami bezowymi i nie tylko. Kolekcjonuje Pani przepisy cukiernicze? Czytanie przepisów w gazetach czy w książkach trochę mnie rozczarowało, bo miałam czasami wrażenie, że piszący nie sprawdzają swoich przepisów. A ja jestem praktykiem. Lubię pracować także fizycznie. Wyrywa mnie do pracy, lubię produkcję i pracę z ludźmi oraz ludzi, którzy często pracują wiele lat w naszej firmie. Niektórzy wyjeżdżali do pracy za granicę, ale potem wracali. Kilka małżeństw skojarzyło się w cukierni, urodziły się dzieci… ale panie po urlopie macierzyńskim wracały do pracy. Przez kilka lat pracowałam też z moim bratem Rafałem. U nas w firmie panuje rodzinna atmosfera, staramy się o to już dwadzieścia trzy lata. Gotując obiady dla mojej rodzinki, często robię ilości „hurtowe”, bo wielką radość sprawia mi karmienie moich pracusi. Bardzo ich podziwiam i na łamach tego magazynu dziękuję, że wytrzymują ze mną, bo nie zawsze jest to łatwa sprawa i lekka praca. Przy Pani charakterze i ciągłych poszukiwaniach okazało się, że ciasta to za mało. Jest Pani także projektantką mody. Projektowanie towarzyszy mi od wielu lat. Jak byłam dziewczynką, lubiłam sobie wymyślać stroje. Moja babcia pięknie haftowała, mojej mamy przyjaciółka szyła trochę, więc ciągle miałam coś oryginalnego. Jak byłam starsza, to koleżanki przychodziły, żeby je ubrać na jakąś imprezę. Lubię przerabiać i dawać ciuchom drugie życie. Jestem zbieraczem, bo moda zatacza dziwne koła i wraca to, co było modne przed laty. Lubię malować materiały, zmieniam ich pierwotny stan i  eksperymentuję. Tworzę ubrania z dodatkami często z materii niekoniecznie pierwotnie do tego przeznaczonych. Kilka lat temu byłam chora i musiałam siedzieć w domu. Wzięłam ołówek i zaczęłam przerysowywać twarze z gazet, obrazów i kalendarzy. Szkice wyszły całkiem wiarygodnie. Wtedy zrozumiałam, że trzeba wszystkiego próbować. Wiem, że i w tej dziedzinie mąż Panią wspiera. Mąż jest wielkim estetą. Tomek i nasza wspólna droga od trzydziestu ośmiu lat, zmieniły mnie z nieśmiałej, zatrwożonej dziewczyny z górnego Sopotu w osobę, którą teraz jestem. Mąż dodawał mi zawsze pewności siebie, nawet przy każdym mniej czy bardziej szalonym, pokręconym pomyśle. Był zawsze w  okolicy, a  bardzo często w  samym epicentrum. Potrafiłam zarazić męża moją pasją modową. Kupuje materiały, często nie tylko te potrzebne do konkretnego mojego pomysłu, ale również takie, które wpadają jemu w oko. I  powstają niepowtarzalne projekty, do których zamki, guziki, podszewki i gadżety również Tomek kupuje. I są to prawdziwe perełki. Początkowo chciałam, żeby ta pasja pozostała taką moją, nie na pokaz. Ale córki mnie ciągle wypychają. I  już teraz wiem, że powinnam pokazywać swoje projekty. Kilka razy brałam udział w Fashion Weeku w Łodzi, w Warszawie. Tam jest kolorowo i  pięknie. Fascynują mnie ludzie z  pasją. Jakiś czas temu miałam przyjemność uczestniczyć oraz być partnerem projektu Ladies in Red, którego pomysłodawczynią oraz organizatorką jest Maria Gotkiewicz, którą poznałam dzięki mojej wieloletniej przyjaciółce Ani Borejszo. Wspierałam również swoimi projektami wizualne metamorfozy kobiet, które w swoim życiu potrzebują wsparcia i przemian zainicjowane przez Marię. A kiedy pokaz mody w Trójmieście? Intensywnie o  tym myślę i  mam kilka niekonwencjonalnych pomysłów na organizację pokazu. Mam nadzieję, że już niedługo, wiosną. Na razie musimy dopiąć kilka projektów z naszej dziedziny cukierniczo-garmażeryjnej, które wydają się już bliskie sfinalizowania, a kosztowały wiele czasu i energii. Trzy lata temu weszłam w „dziurę rynkową”, czyli produkty, których nie było na rynku. Nasze produkty garmażeryjne są w tej chwili w wielu punktach np. w sieci delikatesów Gzella, Dominik Mięsny, sieci sklepów Nowak, Kummer oraz wielu innych, a  także restauracjach i  firmach cateringowych. Więc moda musi jeszcze chwilkę poczekać, ale tylko chwilkę. Niespokojny duch znowu zwyciężył. Czy jest Pani kobietą sukcesu? Nie wiem dokładnie, co to znaczy. Moja siostra Ola mieszka od ponad trzydziestu lat w Niemczech, zajmuje się tam polityką i jest dużo bardziej poukładana ode mnie. Często mamy odmienny punkt widzenia na różne tematy, ale zgadzamy się, że póki żyjemy, gonimy królika i wcale nie musimy go złapać… Cały czas trzeba coś w  życiu robić. Ja lubię tworzyć i  jestem przekonana, że wiele osób może intensywniej wykorzystywać swoje możliwości. Nasz mózg robi nam swoiste sprawdziany, powinniśmy używać zdrowego rozsądku i analizować. Warto żyć tak, aby nie potwierdzić przypadkiem myśli Bertranda Russella: „Większość ludzi prędzej umrze, niż pomyśli”. Najważniejsze, żeby z własnych pomysłów czerpać radość, działać pożytecznie oraz rozsiewać pozytywną energię. I  warto pamiętać, żeby się z  innymi ludźmi dzielić. Robię to z radością. Moim sukcesem na pewno są dla mnie moje córki i nasza rodzina. Życzymy wielu sukcesów w 2020 roku.

POWRÓT/WSTECZ