Miej serce…

MagazynPomorski
MagazynPomorski

Dziwne te Święta Wielkanocne. Koronawirus nas zdominował w  każdym calu: na co dzień i  od święta. Ale spróbuję się nie poddawać i ucieknę w świat, który lubię najbardziej. Pod koniec marca – chyba po raz pierwszy od wielu lat – tak cicho świętowano Międzynarodowy Dzień Teatru, uchwalony w 1961 roku na międzynarodowym kongresie w Helsinkach, na pamiątkę otwarcia Teatru Narodów w Paryżu 27 marca 1957 r. Dzień ten obchodzi się w ponad stu państwach na świecie. A więc i w Polsce po raz 59. Każdego roku pojawia się na tę okoliczność przesłanie nie tylko do ludzi teatru. W tym roku dramatopisarz z Pakistanu Shahid Nadeem był autorem teatralnego orędzia, w  którym zaznaczył, że „teatr może stać się świątynią, a świątynia przestrzenią spektaklu” i dodał: „Czasami żartujemy, że złe czasy to dobry czas dla teatru. Nie brakuje wyzwań, z którymi trzeba się zmierzyć; sprzeczności, które należy ujawnić, czy status quo, które należy obalić”.

Dla mnie to wyjątkowe święto. Bo jestem „zainfekowana” teatrem od wielu, wielu lat. Zaraziłam się w dzieciństwie. Moja mama zabrała mnie do opery. Zasnęłam w trakcie II aktu, ale obudzona domagałam się dalej muzyki i śpiewu. Potem w szkole podstawowej chodziłam do teatru rapsodycznego. Był takowy w  Gdańsku. Mieścił się przy ul. Wajdeloty. A  potem w  nagrodę za dobre świadectwo poszłam do prawdziwego teatru. Na studiach za sprawą absolutnych „oszołomów” teatralnych – moich kolegów takich jak Ewa Nawrocka, której tata był aktorem w Teatrze Wybrzeże, a dziś Ewa jest emerytowaną profesorką Uniwersytetu Gdańskiego, czy nieżyjący już niestety Andrzej Żurowski, również po latach profesor, świetny krytyk teatralny i znawca Szekspira, wpadłam w teatr po uszy. Z tym większą radością odnotowuję, że Rada Miasta Gdańska postanowiła uhonorować Halinę Winiarską i  Jerzego Kiszkisa tytułami Honorowych Obywateli Miasta Gdańska. Dzisiaj Halina Winiarska już nie pojawia się na scenie Teatru Wybrzeże, ale kiedy na niej królowała, uznawano ją za najlepszą polską aktorkę. Pisano, że potrafi zagrać każdą kobiecą rolę. A Jerzy Kiszkis był aktorem wnikliwej obecności. W wielu sztukach odwoływał się swoją grą do współczesności, tego, co dzieje się tu i teraz. Halina Winiarska to aktorka totalna. Kiszkis aktorem powściąganych emocji. Kiedy pierwszy raz zauważyłam Winiarską na scenie? W „Maleńkiej Alicji” właśnie w roli Alicji na scenie w Sopocie. Patrzyłam i nie mogłam uwierzyć. Opętał mnie kunszt Winiarskiej. A potem przyszły inne ważne role, choćby Żona Hioba, Rachela w  „Weselu”, no i  wielka Molly w  „Ulissesie” reżyserowanym przez Zygmunta Hubnera. To był rok 1970 i  czas snobizmu na Jamesa Joyce’a, a  „Ulisses” był najbardziej poszukiwaną książką tamtego pokolenia inteligentów. Należało mieć „Ulissesa”, co nie znaczyło, że się go przeczytało. Kto dzisiaj „choruje” na Ulissesa? Chyba nikt. Nie chcę przez to powiedzieć, że uzależniliśmy się od Zenka Martynika albo od literatury popularnej (z litości nie wymienię nazwisk!), ale na pewno w dziedzinie kultury nasze wybory spowszedniały. A  więc wracajmy do Molly Haliny Winiarskiej. Patrzyłam jak zahipnotyzowana na aktorkę. Pamiętam w detalach najważniejszy monolog Molly. Widzę tę scenę do dzisiaj i słyszę głos Winiarskiej. A  minęło pół wieku. A  potem Winiarska kroczyła po scenie w różnych rolach, miała własny, rozpoznawalny styl. Ja najbardziej lubiłam jej Raniewską w „Wiśniowym sadzie” Czechowa w reżyserii Krzysztofa Babickiego. Najzabawniejsze, że mało znane i  nawet tajemnicze są początki aktorskiej kariery Winiarskiej. Wiadomo, że była studentką polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, trafiła do półzawodowego Teatru Nurt w Nowej Hucie, a stamtąd do teatru w Zielonej Górze. Do Gdańska przyjechała 55 lat temu i została. I była coraz lepsza, obsypywana nagrodami na wielu festiwalach. A  w  Sierpniu ‘80 razem z  Jerzym Kiszkisem i  całą plejada aktorów Teatru Wybrzeża zjawiła się w Stoczni Gdańskiej, by wspierać ducha strajkujących. Głosili z  prowizorycznej, stoczniowej sceny słowa najszlachetniejsze, słowa wieszczów i byli słuchani. A potem przyszedł mroczny stan wojennym, w którym Halina Winiarska i Jerzy Kiszkis zapłacili najwyższą cenę. Tego się nie da zapomnieć. A dzisiaj, w ten zupełnie inny, ale trudny i też dramatyczny czas, choć zupełnie innego typu niż przed laty, chciałoby się znowu rzec: „Miej serce i patrzaj w serce”. Aktualnie brzmi ta strofa z „Romantyczności” . Więc w ten świąteczny czas patrzmy w swoje serca i szukajmy w nich dobroci dla siebie i swoich bliskich, ale też wsparcie dla innych, by życzenia wielkanocne popłynęły serdeczne z głębi serca. Wierzę, że będziemy otwarci i wrażliwi, i potrafimy to okazać. Wszystkiego najlepszego życzę Państwu nie tylko w okresie Wielkanocy.