Najnowsze wydanie 36

 

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 36 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Najgorsza jest obojętność...

Bez przesady foto M.Czarniak M.Bochan-Jachimek

 

Z Magdą  Bochan-Jachimek, aktorką i reżyserką, rozmawia Alina Kietrys

 

Kto Panią zaraził teatrem?


Tak naprawdę do końca nie wiem. Rodzinnych tradycji nie miałam, nikt w rodzinie nie zajmował się teatrem. Ale na pewno wielki wpływ teatralny miała na mnie Iza Wolska – nauczycielka angielskiego w podstawówce nr 11 w Gdyni. To u niej właśnie byłam w pierwszym środowiskowym zespole teatralnym Teenagers. Ale pamiętam, że zawsze chętnie występowałam i uczestniczyłam w konkursach recytatorskich. A ten zespół teatralny okazał się moim światem, bardzo dobrze się w nim czułam i stało się to moją pasją. A potem trafiłam do teatru Wybrzeżak, który założył Adam Rusiłowski. Tam się działo... poznawałam tajniki teatru i uczyłam się grać na scenie pod okiem Marzeny Nieczui-Urbańskiej, Marzeny Paludan. Wybrzeżak stał się dla mnie drugim domem. Tam można było zawsze przyjść, nawet jak nie było warsztatów czy prób. Można było posiedzieć, pogadać, z tego się brały nowe pomysły, wymyślaliśmy przedstawienia. Ja w tym czasie kończyłam LO nr 1 w Gdyni. Byłam w klasie akademickiej, miałam indeks właściwie w kieszeni, bo byłam dobra. Po maturze zamiast w teatrze wylądowałam... na politechnice. Pamiętam świetnie, jak powiedziałam memu tacie, absolwentowi politechniki, że jeśli ja wyląduję na politechnice to będzie największa porażka mojego życia. No i jednak studiowałam na tej politechnice ochronę środowiska i prawo środowiskowe po angielsku. Jestem inżynierem. Żadna z uczelni teatralnych nie chciała mnie przyjąć, bo nie zdałam egzaminu. To było potężnym prztyczkiem.

 

A dlaczego nie powiodło się na egzaminach do szkoły teatralnej. Czy już dzisiaj Pani wie?


Nie podpasowałam. A co to znaczy, to dowiedziałam się dopiero w 2004 roku na studiach na wydziale teatralnym w Stanach Zjednoczonych. Byłam tam na stypendium. Na egzaminach do teatralnej w Polsce mogłam dać z siebie tylko tyle, ile mogłam wykrzesać z siebie na tamtym etapie mego życia. A kogoś innego wtedy szukano. Sama dzisiaj to wiem, bo robię castingi do swoich spektakli. Mówię wówczas moim warsztatowiczom, z którymi pracuję, że skoro nie dostaliście roli, o której marzyliście, to nie znaczy, że się nie nadajecie czy nie macie talentu. Po prostu możecie w tym momencie nie pasować do koncepcji, bo reżyser czy inscenizator właśnie teraz szuka kogoś innego do głównej roli.

 

A więc na egzaminach do teatralnej mogłam nie przypasować albo mogłam być średnia lub słaba. Ale przeczytałam potem, po egzaminie do krakowskiej szkoły teatralnej, raport. Wynikało z niego, że śpiew mój oceniono bardzo dobrze, a ja wówczas w ogóle nie radziłam sobie ze śpiewem i o tym wiedziałam, a ruch mój został oceniony słabo, choć zawsze świetnie czułam rytm i kochałam taniec. Miałam więc po takim doświadczeniu ambiwalentne uczucia.

 

Potem nabrałam dystansu, bo dowiedziałam się, że pan Jerzy Stuhr dostał się chyba za piątym razem do szkoły teatralnej. A z kolei ogromny szacunek miałam do Maćka Stuhra, który po psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim skończył też szkołę teatralną, choć był już znany z własnego kabaretu Po Żarcie i miał za sobą udział w kilku filmach. A szkoła dzisiaj, moim zdaniem, jest głównie potrzebna do pracy w teatrze, więc młody Stuhr mógł pójść własną filmowo-kabaretową drogą. A jednak wybrał profesjonalną edukację... Wyobrażenia o studiach aktorskich są bardzo dziwne.

 

Nie zniechęciła się Pani po tych egzaminacyjnych porażkach do teatru?


Tak, na chwilę. Jak byłam na politechnice, to się przez chwilę obraziłam na teatr. I mówiłam sobie, że to już dosyć, to siara nic z tego i że mnie w tym nie będzie. Nawet myślałam, że pojadę do Londynu, by robić magisterkę na prawie środowiskowym. To był rok 2004.

 

I wtedy pojechała Pani na studia teatralne do USA. Jakie to było doświadczenie?


Bardzo ważne. Tam trochę zwariowałam, albo zwariowałam do końca – jak pani woli. Dostałam to stypendium, była to wymiana z Wybrzeżakiem. I przez rok uczestniczyłam w tym, co naprawdę chciałam robić. Nawet jak przykrywałam teatr politechniką. Nauczyłam się również tam, że to ja w dużej mierze decyduję o swoim życiu. Tam też przygotowywałam się do szkoły teatralnej, pomagał mi nauczyciel aktorów Richard Gloeckner, który pokazywał, jak w życiu należy „brać byka za rogi”, jak się nie poddawać i walczyć o swoje. To zabawne, ale ja np. mówiłam tekst po polsku, dawałam mu tylko streszczenie po angielsku i  Richard oceniał, sugerował, co warto zmienić i jak. Mówiłam też do piętnastu Amerykanów Pana Tadeusza tylko po polsku, bez streszczenia. Oni rozumieli tylko emocje, bo o sensie tekstu opowiedziałam im po fakcie. To były bardzo cenne doświadczenia, swoista szkoła życia.

 

Czy pamięta Pani swoje pierwsze teatralne role?


Pierwsza, w której naprawdę zagrałam, to była Marcolfa w Romansie Perlimplina i Belissy Garcia Lorki właśnie w teatrze Wybrzeżak, a pierwsza rola w zawodowym teatrze to w sztuce Oskar i pani Róża Ericka Emanuela Schmitta rola Peggy Blue. Wybrana zostałam z castingu do tej roli na I roku Studium Aktorskiego imienia Sewruka w Teatrze Jaracza w Olsztynie. Szkoła przy teatrze to wir, od razu wiemy, jak to działa na scenie. Minusem olsztyńskiej szkoły był fakt, że nie było tam wielkich nazwisk artystów, a plusem to, że można było teorie dotyczące gry aktorskiej sprawdzić od razu na scenie. Również grane „ogony” były ważne. Byłam służącą, przechodziłam trzy kroki, mówiłam trzy zdania i robiłam gwiazdę – taką rolę też miałam. Ale byłam na scenie z zawodowymi aktorami, aktorami w różnym wieku, o różnych doświadczeniach. Podpatrywanie ich gry było bardzo ważne. A przy tym poznawałam teatr od podszewki, wiedziałam jak pracują rekwizytorzy, wszelkie pracownie, inspicjentka. Młody aktor często nie zdaje sobie sprawy, jak np. ważne są buty, w których gra, czy rodzaj kostiumu i kiedy należy to włożyć.

 

Bez przesady foto M.Czarniak od l. M.Bochan-Jachimek A.Derda

A teraz czuje się Pani zawodowcem czy amatorem?


Jestem amatorką w reżyserii, bo ciągle się uczę. I często ludziom z pasją, zaangażowanym, z którymi pracuję robiąc spektakle, mówię, że jesteśmy amatorskim zespołem. Bo jeszcze wiele nauki przed nami. Choć oczywiście ich znajomi im mówią, że na plakacie nie powinno być sformułowania, że to teatr amatorski. A ja uważam, że powinno. Ważne są proporcje i dystans w działaniu. Uwielbiam swoją pracę, bo od początku to był mój świat. Robimy dobre i fajne przedstawienia, ale nie powinniśmy się mierzyć z teatrami zawodowymi. Inaczej jest, gdy gram monodram Mamy problem, spektakl bardzo ważny dla mnie. Jestem wtedy zawodową aktorką i mam tego świadomość.

 

Monodram Mamy problem wyrósł z osobistych doświadczeń?


Tylko częściowo i raczej w niewielkim stopniu. Jestem co prawda mamą dwójki dzieciaków: Jany i Tymona, codziennie bardzo zajętą rodzinnie i zawodowo. Mój mąż Szymon Jachimek, też człowiek kabaretu, teatru i... piszący teksty jest jednak bardzo aktywnym tatą. Po prostu mnie wspiera, ale i tak, kiedy jestem w pracy często słyszę pytanie: a co zrobiłaś z dziećmi? I po naszych różnych rozmowach powstał ten monodram. Bohaterką jest Maria, która nie zawsze radzi sobie z macierzyństwem. Matka w Polsce to ciągle osoba przywiązana do wózka, pieluch, karmienia piersią, nadopiekuńcza, pozbawiona swoich marzeń i pracy zawodowej, wychwalająca macierzyństwo pod niebiosa albo matka Polka cierpiętnicza, która się poświęca. Ten stereotyp funkcjonuje. Ale to zakłamany wizerunek. I o tym też jest mój monodram: o zmęczonych, zdesperowanych matkach, obciążonych często ponad miarę, którym dzieciaki ostro dają w kość, a one się uśmiechają, bo boją się powiedzieć prawdę.

 

Często aktorzy działający poza zawodowym teatrem mówią, że dla nich ważne jest granie w teatrze niezależnym.


Tylko co to znaczy? Niezależnym od kogo? Mecenasa, darczyńców, administracji? Kiedyś na festiwalu w Goleniowie powiedziano, że teatr niezależny to taki, który nie zależy od pieniędzy.

 

Nie znam takiego.


No właśnie. Ostatni monodram, który gram, zrobiłam sama. To jest moja produkcja i gram go wszędzie, gdzie mnie chcą. Nie mam własnej sceny, więc Mamy problem obwożę po Polsce.

I zrobiło się o Pani głośno.
Czy ja wiem. Może trochę, bo temat nośny. I jak patrzę na reakcje widzów, to wiem, że to jest spektakl potrzebny. Zresztą tym monodramem wróciłam do zawodu, bo po Olsztynie byłam w Zielonej Górze w teatrze, potem wróciłam do Trójmiasta i próbowałam robić różne rzeczy, starałam się też dostać do jakiegoś zespołu, ale poszło bokiem. To bardzo trudne, bo każdy broni swego przyczółka. Potem urodziłam dwójkę dzieci, jedno po drugim, prowadziłam warsztaty, ale bez etatu. Próbowałam się gdzieś zaczepić, próbowałam w Poznaniu w teatrze i w filmach, ale nie mogłam wyjechać i zostawić dzieci, bo mąż sporo jeździł po Polsce z kabaretem. Myślałam sobie wtedy, że się jeszcze nagram, a jak się nie nagram – to trudno.

 

Małżeństwo dwójki artystów to przypadek czy zawodowe spotkanie?


My się znamy od trzynastego roku życia, a poznaliśmy się w tym młodzieżowym zespole w Gdyni prowadzonym przez Izę Wolską. Kumplowaliśmy się, przyjaźniliśmy, ciągaliśmy się po różnych zespołach, ale nie byliśmy parą. I nagle zaiskrzyło. Szymon to wspaniały człowiek, a scena i teatr na pewno nas łączą, choć ta wspólnota czasami też jest niełatwa. Ale nie ma udanego związku bez szczerości, także w ocenie działań zawodowych. Czasami trudno się przełyka słowa krytyki od najbliższej osoby. Teraz od trzech lat współpracujemy ze sobą, kiedyś rzadko podejmowaliśmy wspólne działania sceniczne. Ale ja czasami robię też coś innego, np. tłumaczę z angielskiego.

Teraz reżyseruje Pani teksty męża.


Tak. Ostatnia produkcja to Bez przesady, premiera odbyła się w grudniu 2017. Jestem zadowolona z tego przedstawienia, bo ludzie po tym spektaklu chcą rozmawiać. A dla mnie to ważne. A to nie jest łatwa sztuka, bo nagle kobiety i mężczyźni zamieniają się rolami. I efekty bywają nieoczekiwane. Mężczyźni w tym przedstawieniu są ulegli, a kobiety ostre i chamowate.

 

Chcę w teatrze robić rzeczy ważne dla mnie i bliskie mi, a nie reżyserować spektakle, których autorzy są np. modni. Mam ten komfort, że nie muszę grać w spektaklach mi narzuconych. W lutym 2018 odbyła się w Rumi premiera Nocy Helvera według Ingmara Villqista w reżyserii Agnieszki Skawińskiej, gram Karlę. To przedstawienie o inności, a potem chcę zrobić monodram o spełnianiu marzeń. Jestem umówiona, że będę to robiła w Teatrze BOTO w Sopocie.

 

A jakie są Pani marzenia?


Cieszyć się tym, co mam. I częściej mówić o tym, co robię. Martwię się czasami, że tak trudno przebić się z tym, co człowiek robi i czemu poświęca całą swoją energię i myślenie. A poza tym chciałabym zagrać w spektaklu z taką ogromną scenografią, duża scena, kostiumy z epoki i full wypas.

 

Ma Pani kilka epizodów filmowych.

 

Tak, kilka. Kino mnie nęci. Jeśli dostanę propozycję, na pewno zagram. Lubię wchodzić w różne światy i lubię być rozpoznawalna. W moim zawodzie to nic niezwykłego. A dzisiaj zagranie w serialu, w filmie ułatwia inne działania. Aktorzy żyją na „ściankach”, bo to wciąga. Widzowie chodzą do teatru na znane twarze. Choć oczywiście nie wszyscy.

 

A po co Pani chodzi do teatru?


Żeby wydarzyła się jakaś chemia między mną a aktorami, żebym mogła coś przeżyć, a nie tylko zajmować się tym, co każe mi tzw. żyćko, czyli codzienność. Nie muszę w teatrze analizować, ale przedstawienie ma mnie żywo obchodzić i budzić moje głębokie emocje, nawet skrajne. Najgorsza jest obojętność. Nie znoszę myśleć na przedstawieniu o tym, że jeszcze nie mam kafli w łazience. Bardzo nie lubię się nudzić w teatrze i złoszczę się, gdy ktoś mnie do tego zmusza.

 

Życzę realizacji marzeń i dziękuję za rozmowę.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl