Najnowsze wydanie 34

 

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 34

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Artysta rozpoznawalny z mnóstwem pomysłów...

jul2b

 

Z Jullem Dziamskim – malarzem, rzeźbiarzem, designerem, muralistą rozmawia Alina Kietrys

 

Pańska wizytówka – to artysta z ptasią twarzą, uważny, skupiony trzymający w dłoniach nadtłuczone jajko z okiem, które ma wyrazistą źrenicę. Surrealizm.


To jest dla mnie symbol życia, jajko jako symbol powstania, rodzenia się, a ptak fascynował mnie zawsze, bo to latające piękno, patrzące na świat z góry. To są moje asocjacje, motyw przewodni w wielu obrazach czy rzeźbach, ale również w innych działaniach artystycznych.

 

Zacznijmy jednak od początku. Jest Pan poznaniakiem.


Tak, liceum plastyczne w Poznaniu i Akademia Sztuk Pięknych też w Poznaniu. To bardzo ważny czas mego życia. Zacząłem bardzo wcześnie robić plakaty, jeszcze przed studiami i w trakcie, też dla kolegów: dla Jana A.P. Kaczmarka, pierwszy plakat dla Orkiestry 8 Dnia czy grupy Pod Budą – plakat i okładkę do pierwszej płyty, również plakat wystawowy Andrzeja Mleczki, plakaty dla Jana Wołka, Leszka Długosza, Kabaretu Tey.

 

Wyjechałem razem z moim przyjacielem Maciejem Mańkowskim – słynnym polskim fotografem z Polski na Zachód na ostatnim roku studiów, to był rok 1981 jeszcze przed stanem wojennym. Doceniam bardzo wszystko, co dostałem na uczelni w Polsce, bo to mi pomogło w utrzymaniu się na rynku. Byłem młodym artystą na Zachodzie, który wiedział, co ma robić. Pięć lat w liceum i potem kolejne pięć lat na akademii nauczyły mnie najlepszego rzemiosła i umiejętności tworzenia w każdych warunkach. W moim malarstwie umiejętności z dziedziny rzemiosła artystycznego są bardzo ważne, ponieważ jestem precyzyjnym, graficznym malarzem. Dbam, by to co tworzę, było dobrze zrobione. Nie lubię nonszalancji w malarstwie.

 

Zresztą moja ASP poznańska była jedną z wiodących uczelni, i chyba do dzisiaj jest, gdzie sposób uczenia był konsekwentny i dobry. Przez pierwsze trzy lata przechodziliśmy kurs wszystkich rodzajów działań artystycznych i różnych technik: uczyliśmy się litografii, malarstwa, rzeźby, architektury. Dopiero po trzecim roku decydowaliśmy, z czego zrobimy dyplom i jaka będzie nasza specjalizacja. Ja zdecydowałem się na plakat i ilustrację, stąd te graficzne, dokładnie namalowane fragmenty w moich pracach. Moim wiodącym profesorem był wówczas wielki artysta profesor Waldemar Świerzy.

 

Współtwórca znakomitej polskiej szkoły plakatu znanej na całym świecie.


Tak, był jednym z tych najważniejszych artystów na mojej drodze twórczej. Uczył mnie i wspierał również jego asystent – dzisiaj profesor – Grzegorz Marszałek, z którym jestem zaprzyjaźniony. A w czasie moich studiów był jedną z ważniejszych kreatywnych osób na uczelni. Ich szkoła dała mi najwięcej. Technika plus sprawna, wyćwiczona, ale spokojna ręka i wrażliwe oko – to jest ważne.

 

Jak pracowałem w Niemczech czy Hiszpanii to zauważyłem, że przez komputeryzację sztuki ludzie nie potrafią pisać, kaligrafować i wielu działań plastycznych robić ręcznie. Dzisiaj student na dyplom w akademii plastycznej projekt plakatu przynosi na USB. Oczywiście to jest źle widziane i profesorowie artyści często mówią: przyjdź I namaluj sam, ale to się młodym nie podoba specjalnie. A mnie, dzięki tym umiejętnościom, udało się znaleźć pracę na Zachodzie. Rzemiosło uratowało mnie przed frustracją i daje mi tyle, że ciągle mam zamówienia, jestem poszukiwanym twórcą do realizacji wielkich kompozycji czy ornamentów. A nawet samego pisania. W Hamburgu na przykład pisałem rachunki ręcznie, nie było wtedy jeszcze komputerów, a na maszynie to pisanie jakoś mi marnie szło. I po latach, u jednego z moich zleceniodawców zobaczyłem w kuchni fajnie oprawione obrazki. Kiedy przyjrzałem się lepiej, okazało się, że są to właśnie te moje rachunki pisane ręcznie. Ot, taka niespodzianka. I tej staranności i precyzji nauczyłem się w Poznaniu.

 

Interesują Pana jako artystę różne tworzywa i rodzaje artystycznej twórczości – szkło, płótno, grafika, brąz, murale, design wnętrz, a wszystko łączy ciekawa estetycznie przestrzeń. Projektuje Pan i realizuje również ciekawe przestrzenie hotelowe. Spora różnorodność zainteresowań.


Tak było od początku. Robiłem to już w Polsce przed wyjazdem, a w Niemczech, w Hamburgu się to nasiliło. Udało mi się tam wskoczyć w tzw. dekoracje okien wystawowych w czasach, gdy tworzono tam bardzo drogie butiki, np. Armaniego czy Chanel, w których bardzo dbano o estetykę. I trzeba było co miesiąc zrobić jakieś spektakularne „okno”. Mnie się udało przypadkowo przygotować taką wystawę w najlepszym sklepie LINETT, w najlepszym miejscu w mieście właśnie na Gwiazdkę. Ta moja praca spodobała się, odniosłem sukces, i otworzyła mi drogę do następnych realizacji. I robiłem ich coraz więcej.

 

Zaczęły się zgłaszać kolejne agencje, robiłem dekoracje do filmów, do spotów reklamowych. Potem pojawili się klienci, którzy chcieli, by zrobić im aranżację mieszkań. Potem zacząłem malować wielkie murale,wtedy była moda na takie malarstwo. Zarówno na zewnątrz budynku, jak i w pomieszczeniach.Wejście na rynek wydruków digitalnych spowodowało, że był przez chwilę przestój w  malowaniu ściennych powierzchni. Wtedy naklejano sobie w domach różne ogromne wydruki. Teraz znowu wraca czas murali.

 

W Polsce moda na murale trwa nadal. W Trójmieście nawet dobrze funkcjonuje Gdańska Szkoła Muralu.


Tak samo w Hiszpanii, Miami czy w Berlinie. Jest ogromne zapotrzebowanie na murale, bo taka jest tam tradycja. Maluję również statki pasażerskie, ogromne płaszczyzny po 1000 metrów kwadratowych. W tym sektorze pięciogwiazdkowych hoteli czy ogromnych statków pasażerskich publiczność jest wymagająca. I już nie zadowalają ich fototapety, a hand made jest poszukiwany. Bo ręczna produkcja stwarza szansę na coś unikatowego i specjalnego.

 

Wspomniał Pan o statkach, pracował Pan już na 15 wielkich jednostkach. Każdy statek musiał mieć inne wnętrze i inne motywy na ścianach.


To oczywiste. Pracuję z architektami wnętrz z Hamburga Partner Ship Design, którzy są wiodący w tej dziedzinie. Każdy statek ma swój orginalny design. Proponowano mi konkretne realizacje przy połowie kontraktów. Architekt wymyślał motyw, a ja go wykonywałem. A drugą połowę kontraktów sam realizowałem, wymyślałem, inspirowałem się własną wyobraźnią. Czasami były zamawiane konkretne tematy, np. widoki toskańskie czy konstelacje nieba. Te ostatnie to była udana realizacja, jeszcze specjalnie efektownie podświetlona. Malowałem niebo i deszczowe, i słoneczne, i w czasie burzy przez 12 pięter statku. W nocy zapalano czarne światło i powstawało niebo pełne gwiazd, planet, księżyców namalowane farbami odblaskowymi, w ciągu dnia niewidocznymi dla publiczności. To robiło wrażenie.

 

Również Pana specjalnością są autorskie realizacje hoteli. Hotel Hommage a Magritte w Berlinie znalazł się wśród dziesięciu hoteli o najciekawszym i najlepszym designie w Europie.


To jest specjalny projekt. Właściciel hotelu Roman Stemerowicz jest moim przyjacielem z Poznania Znaliśmy się ze studenckiego ruchu w Poznaniu. Lata ‘70–‘80. Sporo wtedy razem działaliśmy. Robiłem m.in. plakaty, na imprezy studenckie dekoracje i plakaty dla kabaretu Tey Laskowika, wspólnie z Andrzejem Mleczko i Maciejem Mańkowskim. Roman napisał o moich pracach plastycznych pierwszą recenzję i zorganizował moją pierwszą wystawę w kultowym klubie Od Nowa w Poznaniu, potem wyjechał do Berlina, naukowo zajmował się marketingiem. Kilka lat temu postanowił otworzyć oryginalny hotel, który wymyśliliśmy razem. Hommage à Magritte.

 

René Magritte jest też dla mnie ważnym artystą, to inspiracja w surrealnym myśleniu. Teraz przypada 50. rocznica śmierci Magritte'a. No i wracając do hotelu; stworzyłem go od A do Z, łącznie z projektami wnętrz, nawet łazienek i z tym malarstwem na ścianach, obrazami, rzeźbami. Każdy pokój jest w innym nastroju, ma swój klimat. Pokoi jest osiemnaście. I wszystkie mają ducha Magritte'a, nawet jego czołowe trzy prace, w specjalny sposób przetworzone, też są w wystroju hotelu. A pomysł jest taki, że ja ciągle coś nowego domalowuję. Jak mam chwilę, to przyjeżdżam do Hommage a Magritte, siadam i maluję.Mam tam również stałą ekspozycję obrazów i rzeźb. Hotel naprawdę robi wrażenie na ludziach, którzy tam przyjeżdżają.

 

A hotel hamburski STAY-boarding-house ma sześćdziesiąt sześć pokoi i też jest znany.


Ten hamburski hotel jest bardziej moją osobistą wizytówką, wizytówką mojej sztuki, takiej jaką maluję na co dzień. Moich motywów obrazów jest tam wiele i wszystkie są dla mnie ważne.

 

Interesujące są Pana prace w szkle i niebywałe rzeźby z brązu. Pomysłowe i alegoryczne, niektóre są ruchome.


Jestem głodny nowych improwizacji i nowych sposobów łączenia tworzywa. Lubię artystycznie zderzać różne materiały, mnie to po prostu fascynuje. Łączyłem szkło. Pracuję razem z artystką z Sopotu Baranska – Design, z którą tworzymy objekty: lampy, rzeźby. W tym roku wystawialiśmy nasze wspólne produkty na renomowanych targach designu w Mediolanie z wielkim sukcesem.

 

Teraz robię rzeźby z brązu, z poliestru i łączę to w jedną całość, te projekty wykonuję z rzeźbiarzem Markiem Zaleskim, który specjalizuje się w iberdimensionalnych rzeźbach z poliestrów. Tak jak w surrealizmie, połączenie dwóch niemożliwych rzeczy, z których powstaje nowa jakość. Stworzyłem grupę pod nazwą Art Society. Skupia ona artystów, z którymi tworzymy wspólne dzieła.

 

Stworzył Pan własne określenie dotyczące tworzonej przez Pana sztuki. Jest to „surreajullismus”.


Mam tendencje do wymyślania nazw trudnych do wyjaśnienia. Ale tak nazywam to, co ja robię.


W Hiszpanii na Ibizie też tworzy Pan dzieła rozpoznawalne?


Absolutnie tak. Otworzyłem tam galerię Museo de las Ilusiones (Muzeum Iluzji), a potem następne exIBIZAionismus. Ten wyraz zawiera grę słów i znaczeń. Miałem w  sumie trzy galerie autorskie na Ibizie. Teraz istnieje jedna wielka w centrum miasta pod nazwą Art Society.

 

Poza galeriami aranżuje Pan w Hiszpanii winnice, tworząc unikatowe przestrzenie.


Czuję się tam jak Hiszpan i jedyna rzecz, której żałowałem, to że tak późno z Niemiec wyjechałem na Ibizę. A wyjazd na Ibizę to był absolutny przypadek, tak jak wiele innych w moim życiu. To była absolutnie spontaniczna akcja dwadzieścia lat temu. Poleciałem tam z Hamburga, bo zostałem zatrudniony do zrobienia wnętrza domu. Nigdy tam wcześniej nie byłem, bo nie bardzo interesowała mnie imprezowo-turystyczna wyspa. Marzyły mi się raczej Włochy, Florencja, niż Ibiza. No ale skoro była praca, pojechałem. I trudno w to uwierzyć, ale zauroczyła mnie ta wyspa od razu: turkusowa woda, czyste powietrze, piękne góry i cudowna przyroda zawsze zielona. I zdecydowałem bardzo szybko, że zostaję. Po dwóch miesiącach byłem bez pieniędzy, bez znajomości języka hiszpańskiego, ale wynająłem stary dom, który wiele lat stał zamknięty, a więc nieco spleśniał w środku. Wziąłem mego 8-letniego syna i zamieszkaliśmy na Ibizie.

 

Rok później miałem większy sukces niż w Hamburgu przez piętnaście lat. Poznałem ludzi, dostałem kontrakty i Hiszpania stała się moim domem. Pracuję tam dla rodzinnego koncernu Garcia Carrion, który ma wspaniałe winnice w każdym rejonie Hiszpanii, żeby mieć różne gatunki wina. Oczywiście Rioja jest najbardziej znanym gatunkiem. Ci ludzie są otwarci na sztukę. Przez ich kontakty zostałem zaproszony do konkursu z udziałem architektów, wnętrzarzy, artystów, którzy mieli przygotować pomysł na ogromny obiekt 9 tysięcy metrów kwadratowych w miejscowości Labastida, który kupiła ta rodzina; z tego powstala winiarnia Marques de Carrion. Zaproponowałem, że te ogromne hale pomaluję w technice Trome loeil, i to wyróżniało mój projekt z innych koncepcji, które były supernowoczesne, z metalu i szkła. Ja metodą malarską zmieniłem geometrię budynków i wnętrz. Wygrałem ten przetarg i zrobiłem te hale. Na zewnątrz i wewnątrz są tam murale o ogromnych rozmiarach. Została zrobiona specjalna instalacja elektryczna, malowidła są podświetlane i turyści przyjeżdżają, by oglądać winiarnię, w środku winiarni znajduje się moja ekspozycja stała obrazów i rzeźb, w osobnym galeryjnym pomieszczeniu pod nazwą museo de las ilsiones. Potem następną winiarnię Jaume Serra zrobiłem koło Barcelony dwa lata temu, też powstał wielki mural, tysiąc metrów kwadratowych. Ta winiarnia mieści się piętnaście metrów pod ziemią. Jest to wielka hala na pięć tysięcy metrów kwadratowych, połączona długimi korytarzami z inną starą halą. Turyści wędrują po tych przestrzeniach z moimi pomysłami malarskimi i są zachwyceni. Niebawem pojadę pewnie malować kolejną winiarnię, bo została zakupiona przez Carrions w innym regionie Hiszpanii.

 

Czy maluje Pan sam te winiarnie?


Najczęściej tak, czasami angażuję kolegów po fachu no i  mojego syna, który ma już 31 lat. Odziedziczyl duszę artysty. Wychowany na Ibizie, na stałe mieszka w Berlinie, zajmuje się filmem, fotografią, wykonuje mi dokumentację filmową moich projektów, ale również jest pomocny w moim malowaniu.

 

Robił Pan również na Ibizie scenografię do profesjonalnych przedstawień operowych.


Tak, to bardzo dobre doświadczenie.Twórcą tego przedsięwzięcia jest wspaniały artysta Armin Heinemann, który po sukcesach zawodowych na Ibizie przez 30 lat, teraz całkowicie oddał się operze. Opery są grane w Centrum Kongresowym, które spełnia warunki sali teatralnej i ma dobrą akustykę. Zrobiliśmy m.in. Toscę, Carmen, Falsttafa, Śmierć nietoperza, Madam Butterlfy. Ja wykonuję scenografię, Armin inscenizuje, projektuje imponujące kostiumy. Fantastyczni śpiewacy z całego świata przyjeżdżają śpiewać w naszej operze. Mamy świetne recenzje w fachowych muzycznych pismach.

 

I znowu powrót do Pana malarstwa. Rozpoznawalne tematy malarskie: jabłko jak u René Magritte'a, żywe drzewa z ludzkim charakterem, wstążkowe twarze rozmawiające ze sobą, charakterystyczne niebo i ruch, może wiatr.


Każda praca musi mieć jakiś pomysł. Nie tytułuję swoich obrazów. Zawsze zdaję się na odbiorcę. Czasami ludzie odkrywają więcej niż ja miałem w zamyśle. I to jest niezwykłe. Szukam połączenia kobieta – mężczyzna, mężczyzna – kobieta, tworzę swoiste portrety. Człowiek jako istota jest dla mnie ważny, ale przetworzony, nieco surrealny.

 

W tych obrazach jest pęd mojej kreatywności, pracuję ciagle, muszę malować codziennie, bo tak naprawdę maluję dla siebie. Mam ciągle chęć tworzenia i szkoda mi czasu na nic nierobienie. Mnóstwo jeszcze pomysłów noszę w głowie i boję się, że mi to gdzieś umknie, że nie zdążę wszystkiego namalować.

 

Nie szkicuję swoich prac, mam wizję i zaczynam malować, obrazy tworzą się w trakcie malowania. Mój luksus polega na tym, że się nie mylę, więc nie zamalowuję niczego. Nie męczę się, udaje mi się wydobyć moje piękno, moje czarnoszare piękno, bo takie obrazy zawsze malowałem obok tych plastycznie kolorowych.

 

To co robię mi się podoba, ale i ludziom podobają się moje prace, bo rozmawiam z gośćmi zwiedzającymi moją galerię w Człuchowie w kompleksie CANPOL.

 

Galeria jest rozpoznawalna, tak jak Pana sztuka. Zaprasza do tej galerii olbrzymia ręka wsparta na kuli.

 

Dziękuję Panu za spotkanie, rozmowę i namawiam wszystkich nieobojętnych, by zajrzeli do galerii Julls Art Gallery, czyli niezwykłej przestrzeni Julla Dziamskiego w Człuchowie.

 

P1060841

 

 

P1060817

 

P1070092

 

138

 

146

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl