Najnowsze wydanie 32

 

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 32

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Jestem szczęśliwym człowiekiem...

Wittbrodt

 

Z profesorem dr. hab. inż. Edmundem Wittbrodtem rozmawia Alina Kietrys

 

70. urodziny Pana Profesora obchodzono na Politechnice Gdańskiej bardzo uroczyście, zorganizowano specjalną sesję, przygotowano okolicznościową wystawę ze zdjęciami zarówno prywatnymi, jak i zawodowymi. Jakie Pan miał refleksje w tym urodzinowym dniu?


Pierwsza była taka: Ludzie, ludzie, jak ten czas leci! To nie do wiary wprost... i tak dalej.

 

Tak niedawno jeszcze dzieci, a już się srebrzy włos - jak w tej piosence.


No właśnie. Trudno uwierzyć, że to już minęło 70 lat. Kiedy przyszły do mnie panie z Klubu Seniora PG, który zakładałem jako rektor tej uczelni, i przyniosły kwiaty, a w nich patyczek z liczbą 70, to w pierwszej chwili pomyślałem, to chyba nie o mnie chodzi. Ale jak się zaczęły uroczystości, które zorganizowały uczelnia i katedra, w tym mój pierwszy doktorant – dzisiaj profesor, to uświadomiłem sobie, że jednak to mnie dotyczy.

 

Człowiek na co dzień jest zabiegany wokół spraw codziennych i nie ogląda się do tyłu. A tutaj na politechnice tym wydarzeniom towarzyszyła wystawa. I dopiero jak na tych trzydziestu paru wielkich planszach obejrzałem te moje różne działania, ruszyły wspomnienia. Niektórzy mówili w okolicznościowych wystąpieniach, jak wielopłaszczyznowa była ta moja działalność i jakie różne obszary obejmowała. I zacząłem się zastanawiać, jak to było możliwe, że tak to się zadziało.

 

Druga refleksja to właściwie pytanie: skąd to się wzięło? Doszedłem do wniosku, że życie człowieka to gra z losem. Trudno siebie zaprogramować, w życiu dużą rolę odgrywa przypadek i właśnie tak było też w moim życiu.

 

Chłopka z Rumi...


Tak, ojciec murarz buduje, tłucze stare płyty pasów startowych, bo tam kiedyś było lotnisko, a ludzie chcieli się budować, była bieda, więc z tych kloców budowali domy. Mama w domu. Ojciec o kaszubskim patrzeniu na świat, czyli pragmatycznym, mówił – chłopak musi mieć konkretny zawód. A więc Technikum Mechaniczno-Elektryczne sam sobie wybrałem. To było dwa w jednym: i mechanik, i elektryk. Codziennie przez pięć lat dojeżdżałem do tej szkoły z Rumi do Gdańska kolejką. Radziłem sobie dobrze, byłem praktyczny i każdą godzinę w kolejce poświęcałem na przeglądanie notatek i książek, powtarzałem materiał, przemyśliwałem. Nie miałem problemów ani z matematyką, ani z fizyką. A wolny czas w domu poświęcałem na sport, z chłopakami z podwórka graliśmy w piłkę oczywiście, a potem był zespół muzyczny. Koniec lat 60. początek 70. to czasy Beatlesów, The Shadows i fascynacja gitarą bez pudła rezonansowego, za to z przystawką piezoelektryczną, z wzmacniaczami, które wzbogacały dźwięki. Nauczyłem się na niej grać, założyłem w Rumi zespół muzyczny: trzy gitary, perkusja, mikrofony do śpiewu.

 

Jak kończyłem technikum, to myślałem, że pójdę do pracy, ale w mojej szkole trafiłem na nauczycieli, którzy byli pracownikami naukowymi na Politechnice Gdańskiej. W szkole dobrze mi szło, więc namówili mnie do studiów na politechnice. Mama też mnie w tym pomyśle wspierała. Egzamin wstępny zdałem bez problemu. Studia minęły szybko, dyplom zrobiłem z wyróżnieniem. I kiedy skończyłem studia, myślałem, że będę inżynierem, będę pracował w stoczni. Takie miałem zamiary. Ale znowu... na studiach dobrze sobie radziłem, więc zaproponowano mi pracę na uczelni. Profesor Jan Kruszewski spowodował, że zostałem. Wykładał trudny przedmiot – dynamikę i drgania układów mechanicznych z dość złożoną matematyką, a ja sobie z tym bardzo dobrze radziłem. I on zaproponował mi pracę. To nie był mój macierzysty Wydział Mechaniczny Technologiczny, ale Wydział Budowy Maszyn, na którym pracował. Na moim macierzystym wydziale uważali, że profesor Kruszewski mnie podebrał, a niektórzy nawet przestali się z nim witać.

 

Studia na PG, doktorat na PG, habilitacja na PG, profesura belwederska i w końcu zostaje Pan Profesor rektorem Politechniki Gdańskiej.


Ale to też był przypadek. Pracowałem w instytucie, potem w Katedrze Mechaniki i Wytrzymałości Materiałów. Jak odchodziły czasy polityczne słusznie minione, a nastawały czasy weryfikacji systemu politycznego, to w mojej katedrze była silna grupa działająca w opozycji i również bardzo silna reprezentacja partyjna. To się ścierało, ludzie wiedzieli jakie są moje poglądy i działania. To im odpowiadało, więc zaraz po mojej habilitacji zaproponowali mi, żebym został prodziekanem ds. kształcenia na moim Wydziale Budowy Maszyn. To były lata 1983–1987, trudny czas po stanie wojennym, ale udało mi się pomóc paru zaangażowanym studentom ukończyć studia. Chroniłem ich przed usunięciem ze studiów, czego chcieli działacze partyjni. Obrony prac magisterskich tych „studentów zagrożonych” organizowałem tak, że działacze partyjni nic o tym nie wiedzieli. Potem były oczywiście pretensje do mnie, ale ja sobie z tym radziłem. Były także rewizje w katedrze i szukanie wrogich materiałów, ulotek. Kolega z katedry odsiedział za to swoje.

 

Po tych trzech latach zostałem dziekanem wydziału, ale czasy już były nieco inne, zaczęło się w Polsce zmieniać. Działacze partyjni próbowali jeszcze szukać haków na mnie, a nawet je tworzyli. Ale człowiek się uodpornia. Do 1990 roku udało mi się jednak uporządkować sprawy personalne mego wydziału. Zacząłem pozbywać się działaczy partyjnych, bo ci na ogół nie mieli liczącego się dorobku naukowego. Wystarczyło konsekwentnie wymagać. To zauważono również na innych wydziałach. I jak się rozpoczęły pierwsze wybory rektora PG w nowym systemie, przyszła do mnie delegacja z różnych wydziałów, która zaproponowała, żebym kandydował na rektora. Miałem zaledwie czterdzieści dwa lata i wydawało mi się, że jestem za młody. Ale po naleganiach zgodziłem się i tak się zaczął kolejny etap w moim życiu.

 

Rektorem był Pan profesor dwie kadencje.


Tak i parę rzeczy wtedy się udało. Stawiałem na współpracę środowiskową, na większą samodzielność wydziałów. Wydziały otrzymały znacznie większe kompetencje, wiedziały jakimi dysponują środkami. Zaczęto oceniać jakość działania, wprowadzono kategoryzację wydziałów, przyznawano środki na badania naukowe w drodze konkursów. Połączyłem wydziały mechaniczne, powołałem Wydział Zarządzania i Ekonomii.

 

Zależało mi też na bliskiej współpracy wszystkich uczelni w naszym środowisku, na współpracy z firmami i samorządami. Rozpoczęły się wspólne inauguracje roku akademickiego, połączone z koncertem w ówczesnej Operze i Filharmonii Bałtyckiej. Była więc okazja do spotykania się senatów uczelni, pracowników i studentów.

 

Powstała też Rada Rektorów Pomorza Nadwiślańskiego.


Myśleliśmy o szerokiej współpracy – z Toruniem, Bydgoszczą i Słupskiem. Nie było jeszcze takich województw jak dzisiaj. W ramach współpracy środowiskowej uruchomiliśmy Trójmiejską Akademicką Sieć Komputerową, dziś dysponującą superkomputerem Tryton, o potężnej mocy obliczeniowej.

 

Chciałbym jednak wrócić do jeszcze jednej ważnej rzeczy, która za mojej kadencji się wydarzała na Politechnice Gdańskiej. Historia naszej uczelni jest złożona. Początek to 1904 rok, kiedy powołana została Technische Hochschule zu Danzig – to był okres pruski. Potem było Wolne Miasto i profesorowie Niemcy, ale również studiowali na tej uczelni Polacy, w czasie II wojny była to uczelnia niemiecka, a po wojnie przekształcona została oczywiście w polską uczelnię. Lata przedwojenne były negowane, źle widziane w propagandzie państwowej PRL. Ale czasy się zmieniały i zaczęto inaczej patrzeć na relacje polsko-niemieckie, sytuacja się normalizowała. Uznałem więc, że to dobra okazja, by mówić o pełnej historii uczelni: i tej dobrej, i tej złej z lat 30. Staraliśmy się przecież o członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. Chciałem, abyśmy budowali przyszłość mądrzejsi o doświadczenia z przeszłości, ale na prawdzie, w oparciu o pełen przekaz historyczny. I w 1994 roku po raz pierwszy w historii politechniki zorganizowałem jubileusz 90-lecia tej uczelni.


Pod koniec drugiej kadencji rektorskiej na Politechnice Gdańskiej wszedł Pan w politykę. Na początku – o ile pamiętam – wydawało się Panu, że to będzie tylko chwilowe zajęcie, a trwało kilkanaście lat.


Też myślałem, że to jest tylko na chwilę. Startowanie w wyborach do Senatu zaproponowano mi jeszcze jako rektorowi PG. Profesor Józef Borzyszkowski, historyk, działacz kaszubski namówił mnie, żebym włączył się do działalności w Zrzeszeniu Kaszubsko-Pomorskim i na kandydowanie do Senatu. Nie miałem wtedy takich politycznych zainteresowań. Pamiętałem, co ciągle powtarzał mi ojciec, że polityka to nie jest taka rzecz, która przystoi porządnemu człowiekowi. Dzisiaj się uśmiecham do tych słów ojca. Moją wadą jest to, że trudno mi odmówić, kiedy prosi mnie o coś ktoś, do kogo mam zaufanie i szacunek i czuję, że jest taka potrzeba. Myślałem o jednej, góra dwóch kadencjach. Jako rektor miałem pretensje do polityków, że jednak nie doceniają w pełni roli edukacji. Werbalnie tak, ale co do środków nie. Sądziłem, że będę mógł coś zmieniać. Ale przekonałem się, że to nie było takie proste, przy wielu potrzebach reformującego się państwa.

 

Pięć kadencji w Senacie, a także był Pan ministrem edukacji narodowej przez dwa lata.


Byłem jednym z najdłużej wybieranych senatorów, przez pięć kadencji i osiemnaście lat. I od razu zająłem się sprawami międzynarodowymi i wszedłem do Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy, potem zajmowałem się problematyką państw bałtyckich, potem był rząd i stanowisko ministra. Byłem też członkiem Konwentu Europejskiego. Ministrowanie było zupełnie nowym doświadczeniem, choć przewodniczyłem senackiej komisji nauki i edukacji.

 

Czy z bliska okazało się, że trudniej jest walczyć o konkrety?


Z każdego miejsca trochę inaczej widać problemy. W polu działania ministra jest nie jedna uczelnia, a wszystkie – publiczne i niepubliczne. Z posiedzeń rządowych widać było problemy wszystkich obszarów działalności społecznych.

 

Nie żałuje Pan dopuszczenia do takiego wysokiego stopnia scholaryzacji i tak łatwego dostępu do studiów wyższych?


W pierwszym okresie nie żałowałem, bo mieliśmy w Polsce zbyt mało ludzi z wykształceniem wyższym, zaledwie 9-11 procent, a tylko 18 procent młodzieży kończyło licea i technika maturą. Dwie trzecie społeczeństwa miało zaledwie wykształcenie podstawowe i zawodowe. Potrzeba zmiany tego stanu rzeczy była więc priorytetem, tym bardziej że w krajach Zachodu było zupełnie inaczej. Chcieliśmy budować społeczeństwo dobrze wykształcone, otwarte, tolerancyjne. Coraz więcej młodzieży szło na studia. Pewnie sprzyjało temu w tamtym okresie także wysokie bezrobocie. Zaczęły powstawać masowo uczelnie prywatne, niepubliczne, które często nie miały odpowiedniej, własnej kadry. Okazało się, że jakość kształcenia nie była też najlepsza. Zatem ilość odbiła się na jakości. Dobrych szkół niepublicznych nie mamy tak wiele. Poza tym otwierano szkoły i kierunki, których było w nadmiarze. Więc raczej były to miejsca dodatkowego zarobku dla nauczycieli akademickich, pracujących często na wielu etatach. Misja przestała się liczyć dla wielu szkół.

 

A teraz trudno to unormować.


Teraz załatwi to właściwie nasza sytuacja demograficzna. Jest coraz mniej młodzieży w Polsce. Część szkół się sama likwiduje.

 

Politechnika Gdańska cieszy się wielką popularnością, jest na pierwszym miejscu w Polsce, bo najwięcej studentów chce studiować właśnie na tej uczelni.


Nie narzekam na moich studentów, są na ogół pracowici i zainteresowani rozwiązywaniem problemów praktycznych już w trakcie studiów. Oczekują takich propozycji, a niektórzy nawet sami je znajdują. Ostatnio moi studenci pracowali nad specjalnym dozownikiem do minitabletek dla dzieci, żeby można było je odpowiednio dawkować. Na naszym wydziale jest mechatronika, inżynieria mechaniczno-medyczna, robotyka, a teraz także technologie kosmiczne i satelitarne. Ten ostatni kierunek studiów ma charakter międzyuczelniany, wspólny z Akademią Morską i Akademią Marynarki Wojennej. Jest moim pomysłem. Studenci zaczęli pracę nad urządzeniami satelitarnymi do dokonywania ważnych pomiarów. Ich pomysł wygrał nawet konkurs zorganizowany przez Europejską Agencję Kosmiczną, w 2019 roku poleci rakieta w kosmos. Takie praktyczne działania bardzo mobilizują naszych studentów.

 

Przed rokiem został Pan prezesem Zrzeszenia Kaszubsko-Pomorskiego.


To wielkie wyzwanie. Dorobek zrzeszeniowy jest ogromny, to ponad sześć tysięcy członków, prawie siedemdziesiąt oddziałów, wiele znakomitych postaci. To też trudne zadanie, bo w Zrzeszeniu trochę jest tak jak w naszym państwie. Są ludzie o różnych poglądach politycznych. Staram się na nasze sprawy patrzeć ponad podziałami politycznymi. Ważne żebyśmy potrafili ze sobą rozmawiać, słuchać się nawzajem, starać się zrozumieć. Łączą nas Kaszuby i Pomorze, ale nie jesteśmy tutaj sami. Trzeba być otwartym. Naszym bogactwem jest wielość i różnorodność, w tym jest nasza siła. Polska może i powinna się chwalić różnorodnością regionów. Jedność w różnorodności jest też fundamentem Unii Europejskiej. W Polsce ostatnio mamy z tym problemy. Na pewno przed nami jeszcze wiele dyskusji.

 

Mówi się, że człowiekowi do intensywnej pracy bardzo potrzebna jest pomocna dłoń, czyli rodzinne wsparcie. Na Pana Profesora jubileuszu były wszystkie rodzinne panie: żona, dwie córki i trzy wnuczki.


Mam szczęście w życiu, także tym osobistym. Całe życie zawodowe robię tylko to, co mnie bawi i interesuje, realizuję swoje zainteresowania i pasje. A interesowało mnie bardzo wiele spraw i zagadnień naukowych i dydaktycznych na uczelni, dotyczących Polski, Europy i świata. I w tym wszystkim miałem ogromne wsparcie domu, rodziny, żony, córek, a teraz i dorosłych już wnuczek.

 

Z żoną poznaliśmy się… w przedszkolu. Ja byłem w starszakach, a żona w grupie średniaków. Potem, po latach się znowu spotkaliśmy. Grałem w zespole muzycznym, kapeli dobrze już znanej nie tylko w Rumi. I tak zostało. Przed ślubem znaliśmy się pięć lat. Mamy więc długi staż. Żona z dużym zaangażowaniem bardzo dba o dom, poświęciła się dla mnie i dla córek. Mamy naprawdę bardzo dobre relacje wielopokoleniowe, córki są świetnie wykształcone i otwarte na świat, wrażliwe. Wyrosły na porządnych ludzi i to, co dostały w domu, potrafiły przekazać swoim córkom, a naszym wnuczkom. To jest największa wartość. To pień, z którego zdrowe rozgałęzienia wyrastają, to jest najważniejsze. A wszystkie moje dziewczyny są jeszcze do tego bardzo piękne.

 

Dziękuję za rozmowę i jeszcze raz życzę wszystkiego najserdeczniejszego i najlepszego z okazji jubileuszu.

 

t00041042

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl