Najnowsze wydanie 31

 

okladka online magazyn pomorski 31

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

40-lecie pracy artystyczne Doroty Stalińskiej w Gdańsku?

DOROTA STALIŃSKA  51

Tęsknię do filmu i dobrych ról...

 

Czy wraca Pani do Gdańska z sentymentem?


Wcale nie mam takiej świadomości, że ja gdzieś wracam. Gdańsk ciągle jest we mnie, jest moim miastem i ciągle jest to moje miejsce... Przyjeżdżam, choć ostatnio udaje mi się to coraz rzadziej. Kiedyś częściej grałam w Gdańsku, teraz niestety już nie. Więc coraz trudniej wyrwać mi się od moich obowiązków, ot tak, żeby tylko wpaść do Trójmiasta, przejść się brzegiem morza i spotkać się z przyjaciółmi, by zaspokoić swoje duchowe tęsknoty i potrzeby.

 

A jeśli już uda się wyrwać trochę czasu dla siebie, to zagląda Pani w „stare kąty” we Wrzeszczu?


Oczywiście, bo w dawnym rodziców mieszkaniu ciągle mieszka mój brat z rodziną, więc naturalnie tam jestem. Staram się też zawsze odwiedzić grób rodziców i opowiedzieć im o tym, co się aktualnie u mnie dzieje, no i obowiązkowo wybieram się na spacer po plaży. Szum morza działa na mnie znakomicie. Lubię zapatrzeć się w wodę i powspominać dawne czasy, i pomyśleć spokojnie co dalej. Tym razem, w czasie festiwalu filmowego zwiedziłam ponownie dokładnie okręt „Błyskawica” przy nabrzeżu w Gdyni, bo mam rodzinny wątek na tym okręcie. Mój tata był zaokrętowany na „Błyskawicy przed wojną”.

 

No i od lat przyjeżdża Pani do Gdyni na festiwal filmowy.


Tak, choć od dawna niestety nie mam tu swojego filmu. Ale przyjeżdżam, bo to ważna okazja, żeby obejrzeć, co dzieje się w tej chwili w polskim kinie. Taka konfrontacja daje nam oglądającym również szansę aktywnego uczestnictwa, a festiwal z taką tradycją jest ważny i potrzebny.

 

Nie ma Pani swojego filmu, bo nie ma Barbary Sass-Zdort?
No nie tylko. Basi nie ma już z nami parę lat (reżyserka zmarła w 2015 roku – przyp. red.). Ale przez ostatnie lata też z nią nie zrobiłam filmu. Namawiałam ją do kolejnych działań, miałam jakieś pomysły. Ale taka jest smutna prawda, że Basia Sass nie dostawała możliwości finansowych na nowy film. Tydzień przed jej śmiercią nagrywałyśmy program Niedziela z Barbarą Sass dla kanału Kultura, a po nagraniu usiadłyśmy w bufecie telewizyjnym i znowu rozmawiałyśmy o tym, że nie może dostać żadnego finansowego wsparcia. To było bardzo przykre. Opowiadam o tym, bo u nas jak któryś z twórców umiera, to przyznajemy mu wtedy wielkość, a za życia jakoś nie dostrzegamy tej wielkości.

 

Szkoda, że w Polsce trzeba umrzeć, żeby dowiedzieć się dopiero patrząc „tam z góry” jaką się było wybitną jednostką... także zdaniem tych, którzy za życia utrudniali nam egzystencję i działania. Powiedziałam zresztą to nad jej grobem, bo chciałabym wybitnych twórców, których naprawdę mamy wielu, szanować i doceniać za życia.

 

A dlaczego ja nie mam filmu? Nie umiem na to pytanie do końca odpowiedzieć... również widzom festiwalu, którzy pytają mnie o to także tu w Gdyni. Te filmy, w których zagrałam w ostatnim czasie – „Przystanek do nieba" w reżyserii Mariusza Kamińskiego i „Kolekcja sukienek" w reżyserii Marzeny Więcek – niestety nie zostały na festiwal przyjęte... Szkoda wielka, bo „Kolekcja sukienek" została obsypana nagrodami na kilkunastu innych festiwalach w świecie. Ale to były filmy niezależne, więc może dlatego....
A pytanie, czemu tak mało mnie w filmie, tak naprawdę należy kierować do naszych reżyserów i scenarzystów, a nie do mnie.

 

Zapewne to jest właśnie cena mojej 40-letniej niezależności i samodzielności... ludzie się przyzwyczaili, że od lat sama sobie wszystko organizuję... piszę sztuki, produkuję je, finansuję, reżyseruję, gram i jeżdżę z nimi po Polsce... i nie tylko. Na przykład „Zgagę", którą kiedyś tak często grałam w Teatrze Wybrzeże, przewiozłam z toną dekoracji przez całą Amerykę i Kanadę... to było dopiero wyzwanie... i to był mój organizacyjny i artystyczny wielki sukces...

 

Ale film to co innego, w filmie nie da się być Zosią-samosią, bo to dzieło zbiorowe. A poza ty jestem trochę zmęczona już tą swoją samodzielnością i chciałabym, żeby ktoś coś dla mnie...

 

Szczerze przyznam, że bardzo tęsknię do filmu i do dobrych filmowych ról.

 

Jest Pani charakterystyczna i rozpoznawalna, może to jest przeszkoda? Bo w kinie polskim reżyserzy i producenci przyzwyczają nas ciągle do tych samych twarzy.


Na świecie pisze się specjalnie scenariusze właśnie dla charakterystycznych i rozpoznawalnych aktorów. Bo to jest gwarancja sukcesu, a co za tym idzie, pieniędzy. A u nas właściwie w ogóle nie pisze się scenariusza dla aktorów.

 

Nie ma tych widocznych tandemów reżyser – aktor, – jak Zanussi – Komorowska, czy Sass – Stalińska... Andrzej Wajda też miał swoich aktorów, choć oczywiście ciągle poszerzał paletę osobowości. To były grupy twórcze, które nawzajem darzyły się zaufaniem. Dzisiaj generacja wybitnych aktorek w tak zwanym wieku emerytalnym w Polsce ma niestety niewiele już do zagrania i do powiedzenia w filmie polskim.

 

A przecież problemy dojrzałych ludzi mogą być i są bardzo ciekawe i ekscytujące do opowiedzenia w dobrym filmie.

 

U nas aktorki po pięćdziesiątce są co najwyżej matkami albo teściowymi głównych bohaterów – jakieś takie wymemłane, nieszczęśliwe i odsunięte od życia, bez energii i radości istnienia, zgorzkniałe, wymęczone i depresyjne.

 

Co by u nas grała 68-letnia Meryl Streep?
No właśnie. Jak wychodzę z jej filmów, to chce mi się płakać, że u nas nie pisze się takich ról dla wybitnych aktorek. A przecież nikt chyba nie zakwestionuje, że mamy wybitne aktorki i wybitnych aktorów starszego pokolenia. Często czekają na role latami, czują się odrzuceni i wypaleni, niepotrzebni. Jakie to marnotrawstwo wspaniałego potencjału i talentu. Drażni mnie, gdy oglądam np. w czasie festiwalu kilka filmów z tą samą obsadą. I często są to identyczne role. Ucieka magia naszego zawodu. Obsadza się aktorów po standaryzowanym wyglądzie i wtedy, szczególnie młodzi aktorzy, nie budują żadnych postaci, nie kreują bohaterów odmiennych od swojej osobowości, tylko lecą po swoich warunkach psychofizycznych grając po prostu siebie.


A  jaką Pani chciałaby zagrać rolę?


Ciekawą, intrygującą, skomplikowaną, ale też różną ode mnie.

 

W zawodzie aktora najbardziej fascynujące jest to, że może tworzyć bardzo różnorodne postacie, że może wykreować człowieka, którym się nigdy nie było i nie będzie, na przykład mordercę, zakonnicę, wariatkę czy po prostu zwykłą wieśniaczkę z dawnej epoki. Miałam takie szczęście, że mogłam zagrać bardzo różne role, niektóre napisane specjalnie dla mnie. Każda więc z moich ról jest inna... inna od innych moich ról i inna ode mnie samej. No chyba że tak jak w „07 zgłoś się” czy w „M jak miłość”. Trzeba było zagrać role aktorki Doroty Stalińskiej. Wtedy, i tylko wtedy grałam siebie. A wszystkie inne role budowałam z wyobrażeń o osobowości takiej postaci. Lubię szukać w sobie nowych pokładów emocji i zawodowych możliwości. Moje bohaterki nie są kryształowo czyste i piękne, są uwikłane w rozmaite problemy i często niepogodzone z sobą, ale zawsze mają coś, co mimo wszystko zjednuje im sympatię widza. I budowanie takich postaci mnie kręci.

 

Podobnie jak granie własnych spektakli, występowanie z recitalami?


Tak. Od 40 lat jeżdżę po Polsce ze swoimi spektaklami i koncertami... i to daje mi siłę i pewność, że jestem ludziom potrzebna. Od 18 lat działa też Fundacja Doroty Stalińskiej „Nadzieja” zajmująca się bezpieczeństwem na drogach. Od trzech lat jestem też radną województwa mazowieckiego i prowadzę również rozmaite inne działania społeczne. Jestem z takiego domu, który był otwarty na świat i bardzo ważne było dla nas to, co dzieje się dookoła. Nie wyłączam się z rzeczywistości, bo tak jestem skonstruowana. Jestem wrażliwa na innych ludzi, bo taki był mój dom rodzinny. To rodzina ukształtowała podstawowe zasady, które przenoszę przez życie: po pierwsze trzeba się dzielić z ludźmi tym, co mamy. Pamiętam do dzisiaj jak tata mówił: Pamiętaj Dzidziu, cokolwiek w życiu zrobisz , przyjdzie ci za to prędzej czy później zapłacić, więc lepiej rób rzeczy dobre. A mamusia dodawała: nigdy nie jesteśmy tak biedni, żeby nie móc podzielić się z innymi. I staram się o tym zawsze pamiętać.

 

Ale dzisiaj świat promuje brutalność, cynizm, egoizm, agresję i chamstwo. I naprawdę cierpię z tego powodu... nie mogę znieść tej zawiści, tej wszechobecnej brzydoty i promocji tej brzydoty. Jakiś rynsztok nas zalał. Zamiast mówić o rzeczach ważnych pięknym językiem pokazujemy prostactwo i ordynarność. Widać to też w wielu naszych filmach. Pokazujemy dzieci, młodzież i dorosłych schamiałych, którzy wylewają językowe pomyje. Dawnej się mówiło, że to jest język spod budki z piwem. A w polskich filmach on jest niestety wszechobecny... bluzgają i dzieci i tak zwane elity. Jakiś koszmar nas ogarnął. Buntuję się przeciwko temu całym swoim jestestwem.

 

Objaw niedostosowania?


Nie. Wiem, że świat się zmienił i my też na tym świecie. Wiem, że wszystko się spauperyzowało niestety. Wiem, że brzydkie słowa stały się dzisiaj jakimś zwykłym przerywnikiem...

 

Przecinkiem.


No właśnie. Ale na nas, ludziach kreujących, tworzących i mających przywilej mówienia do innych spoczywa poważna odpowiedzialność. Jeśli mówimy publicznie, to mamy obowiązek mówienia ładnie, mówienia przyzwoicie, nawet o sprawach nieprzyzwoitych. Bo na nas też spoczywa obowiązek edukacyjny.

 

Czyli jaki?


W wielu filmach aktorzy nie mówią, a bełkoczą, mamroczą, a przecież to są zawodowi aktorzy. Człowieka bełkoczącego trzeba umieć zagrać! Okropnie mnie drażni niechlujność mowy polskiej wśród zawodowych aktorów. Mówią niewyraźnie, seplenią, nie pracują nad sobą, nad swoimi umiejętnościami, nad swoim warsztatem i nad swoją dykcją. Zawód to zobowiązanie, a nie przypadkowe udawanie, że jest się aktorem amatorem. A jeśli taką ma się rolę, to trzeba ją zagrać perfekcyjnie. To samo często jest w teatrze, spotykam młodych aktorów, których słychać do trzeciego rzędu. I nie wierzę w autentyczność odgrywanych przez nich ról, to mnie złości. Ale czyja to jest wina? Czy tych młodych, którzy grają? Nie. Tych, którzy kształcą i przekazują jakieś wzorce. Dawniej samo środowisko bardziej się kontrolowało, dzisiaj w imię tak zwanej pozornej kreatywności i „wolności twórczej” zabrakło środowiskowej samodyscypliny. Dzisiaj o sztuce decydują ludzie wokół, a twórcy są tylko dodatkiem. Ważniejsza jest postprodukcja, przedprodukcja, sponsorzy, dostawcy i dawcy pieniędzy, których my często nawet nie znamy. Czasami myślę, że może i ja powinnam przestać o tym mówić, bo to może mi zaszkodzić.

 

Nie wierzę. To do Pani niepodobne.


No tak, jednak mówię. Bo nie umiem udawać, że nie widzę i nie słyszę. A tak na marginesie festiwalu polskich filmów w Gdyni myślę sobie, jak te wszystkie dialogi i sposoby mówienia musiały boleć Jerzego Antczaka, przewodniczącego jury, który zawsze był perfekcjonistą. Ale też na szczęście na tym festiwalu można było też obejrzeć poza konkursem dobrą polską klasykę. Widziałam film „Spokój” Krzysztofa Kieślowskiego po rekonstrukcji, który umknął mi w drugiej połowie lat 70., bo wtedy kończyłam studia i pewnie byłam czymś innym zajęta, a poza tym to nie był film specjalnie rozpowszechniany ze względów politycznych. To był właściwie pierwszy film o robotniczym strajku, z młodym Jerzym Stuhrem, Jerzym Trelą. To pięknie opowiedziane kino, w którym wszystko jest jasne i logiczne, nie ma jednego pęknięcia, pięknie zagrane i wyreżyserowane. I to jest sztuka. I to jest nasza polska szkoła filmowa.

 

I wracając do Pani dokonań twórczych. Prawie 40 lat mija od pokazania monodramu „Żmija”, który miał prapremierę w 1978 r. na Festiwalu Teatrów Jednego Aktora w Toruniu, a zaraz potem w Gdańsku razem tworzyłyśmy z tego spektaklu widowisko telewizyjne. Szmat czasu...


A 20 lat od monodramu „Zgaga”. Dla mnie najważniejsze, żeby widz nie odczuwał, że ja to gram już tyle lat i żeby dla publiczności zawsze było to nowe.

 

Zobaczymy się w Gdańsku w przyszłym roku z okazji jubileuszu?


Mam nadziej, że będę mogła znowu zagrać oba spektakle w Gdańsku. Może w Teatrze Wybrzeże??? Bardzo bym chciała. Prawdę powiedziawszy, to jest moje marzenie, żeby znowu zagrać na „swoich śmieciach” dla swoich przyjaciół gdańszczan.

 

Dziękuję za spotkanie.
Z Dorotą Stalińską rozmawiała Alina Kietrys

 

DSC 1563

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl