Najnowsze wydanie 29

 


okladka online magazyn pomorski 29

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Artysta wielu talentów

DSC 8696b

Rozmowa z piosenkarzem Edwardem Hulewiczem

 

W dzieciństwie pokochał fortepian, w szkole recytował poezję, ale muzyka i śpiew zawsze były mu bliskie. Kariera Edwarda Hulewicza jako wokalisty zaczęła się od zwycięstwa w konkursie radiowym „Muzyka dla wszystkich”. Muzyka jednak wcale nie rządzi  nim niepodzielnie, ma jeszcze inne pasje i pomysł na życie. Ale nadal otrzymuje propozycje występów, śpiewa tam, gdzie go zaproszą. I ciągle sprawia mu to przyjemność.

 

W latach 60. i 70. odnosił Pan sukcesy na polskiej scenie muzycznej, i choć Pana PESEL wskazuje wiek emerytalny, dalej jest Pan na scenie, jak za dawnych lat.


Mimo że nie bryluję na pierwszych stronach kolorowych gazet, czy w popularnych programach telewizyjnych – robię swoje, jestem zawodowo ciągle czynny, koncertuję, nadal otrzymuję propozycje koncertowe, nagrywam nowe piosenki, nowe płyty i to nie zasklepiając się w stylistyce obowiązującej w czasach mojej największej popularności. Idę z duchem czasu, śledzę, co dzieje się aktualnie w muzyce, staram się tworzyć repertuar zgodny z aktualnymi tendencjami, śpiewać zgodnie z wymogami współczesnej wokalistyki. I taki jest mój najnowszy krążek, zatytułowany: „Bo życie jedno mam”. Poza tym działam, i to bardzo intensywnie, w pracach Zarządu Sekcji Estrady Związku Artystów Scen Polskich, w internecie, oczywiście w miarę wolnego czasu, mam bardzo szeroki krąg fanów i to mnie cieszy i buduje.

 

Kobiety nie wypada pytać o wiek, a czy Pan ukrywa swą datę urodzin?


Nie ukrywam, bo nic by to nie dało. W każdej encyklopedii muzycznej, czy choćby w Wikipedii można się z nim zapoznać. Także szerokim echem w prasie i w innych mediach odbił się mój jubileusz 50-lecia pracy artystycznej. Świętowany był na kilku koncertach jubileuszowych w ZASP i w salach koncertowych w Warszawie. Ministerstwo Kultury przyznało mi na tę okoliczność prestiżowy i nobilitujący srebrny medal „Zasłużony Kulturze - Gloria Artis", władze ZASP statuetkę „Jubilat", władze SAVP statuetkę „SAVP" itd., itp.

 

Pytam o wiek, bo zachował Pan wygląd mężczyzny w średnim wieku. Co robić, by być w tak dobrej kondycji i wyglądać młodo?


Od dawna nie mam kompleksu wieku, a komentarzy na temat kondycji się nie boję, bo praca nad sobą, a także geny powodują, że jest całkiem nieźle. Co robię, by zachować młody wygląd? Niewiele, prócz codziennej porannej gimnastyki, dwa razy w tygodniu chodzę na siłownię i basen, a co najważniejsze, nie jem mięsa.

 

Bliski Panu jest nasz gdański region. W Kwidzynie ukończył pan Liceum Ogólnokształcące.


Nie tylko, ale to miasto uznaję za swoje miasto rodzinne, bo prawdziwe zostało za dzisiejszą granicą, skąd ewakuowano nas na ziemie odzyskane. Wiosną 1945 roku, ściślej 27 maja, zawitaliśmy drogą repatriacji z kresów na rampę towarową w Kwidzynie. Poniemiecka mieścina, prawie w całości zrujnowana, opuszczona przez dotychczasowych mieszkańców, którzy w obawie przed ruskimi w popłochu uciekli, zostawiając cały swój dobytek. Gdzieniegdzie tylko desperaci zostawali na łasce zwycięzców, albo wierząc, że jednak wróci stare, albo ufając łaskawości nowych gospodarzy i swoim polskim korzeniom. Niewiele mi zostało dziś w pamięci z tego okresu. Szkołę podstawową ukończyłem z wyróżnieniem, na samych piątkach. Nie wiem, jak przekonałem mamę, że powinienem pójść do Liceum Ogólnokształcącego, a nie do jakiegoś technikum, żeby szybciej pójść do pracy i pomagać rodzinie. Ufała mi, poza tym chciała, aby jej dzieci miały lżejsze życie niż ona, były wykształcone i niebiedne. Nic to nowego, nie pierwszy to raz, kiedy rodzice urzeczywistniają swoje marzenia, polepszając byt swoich dzieci. W szkolnym ruchu artystycznym przechodziłem różne etapy zaangażowania. Nasza polonistka, prof. Sienkiewicz, namówiła mnie najpierw do recytacji poezji, potem jakiegoś baletu ilustrującego ballady Mickiewicza, aż wreszcie kolega szkolny, zdolny pianista Józek Kołakowski, namówił mnie do publicznego śpiewania. Miał w domu pianino, gdzie wspólnie graliśmy i śpiewaliśmy. Przez te nasze domowe koncerty poznał na tyle mój głos, że uznał autorytatywnie, że się nadaję i nadszedł czas do publicznego jego pokazania. Dołączyłem więc do grona „występowiczów” na szkolnych akademiach. Do zespołu muzycznego w Domu Kultury dostałem się po moim pierwszym sukcesie ogólnokrajowym. Tak, ogólnokrajowym, bo zgłosiłem się do ogólnokrajowego konkursu piosenkarskiego organizowanego przez Polskie Radio po nazwą „Mikrofon dla wszystkich”. Pojechałem do Warszawy i wystąpiłem w Teatrze Buffo, bo tam się ten koncert odbył. Przedtem były eliminacje w studiu radiowym na Myśliwieckiej, gdzie później wielokrotnie będę nagrywał, a akompaniował mi początkujący wtedy Bogusław Klimczuk, później znakomity i sławny kompozytor, dyrektor orkiestry Polskiego Radia, mój serdeczny przyjaciel. Zaśpiewałem parę standardów jazzowych, wybrano I can’t give you. Na koncercie piosenkarzom towarzyszyła radiowa orkiestra Edwarda Czernego. Był to konkurs, więc i były noty. Zająłem pierwsze miejsce. W jakiś czas potem nastąpiła transmisja na antenie radiowej, tak że uważałem się już, powiedzmy, za wielką gwiazdę. Zajrzałem potem kiedyś na próbę zespołu muzycznego w Domu Kultury z miną: „no pokażcie, co wy umiecie”. Zespół zaproponował mi współpracę i odtąd jemu poświęciłem całe moje zainteresowanie artystyczne. Śpiewaliśmy standardy jazzowe i startując kilka razy w konkursach regionalnych zajmowaliśmy czołowe miejsca.

 

BEA 9883

 

W Gdańsku studiował Pan w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Dlaczego obrał Pan ten kierunek studiów?


To dzieło przypadku. Zdawałem do łódzkiej filmówki, zdałem, jak mi powiedziano, ale z braku miejsc... Nic dziwnego, skromny chłopak z małego, prowincjonalnego miasteczka, bez fachowego przygotowania, bez układów, protekcji czy znajomości, co jest podstawą w takiej sytuacji. A tu dzieci aktorów, obkute, z protekcją, wymakijażowane pannice z wielkomiejskich środowisk, e... szkoda gadać. Żeby nie tracić roku zacząłem się rozglądać za wolnymi miejscami w innych uczelniach, w WSP takie akurat były, więc... pojechałem do Gdańska.

 

Czy będąc na studiach udzielał się Pan w studenckim ruchu kulturalnym? Na pewno znany był Panu słynny klub „Żak”, gdzie dzisiaj jest Urząd Miejski, czy też „Rudy Kot”, który był na Garncarskiej?


Mimo wyśrubowanego poziomu studiów, nie będę udawać, że nie było czasu na przyjemności, kawiarnie, czy dyskoteki, pardon, wtedy to jeszcze się tak nie nazywało. Było więc kino, opera, dancingi, potańcówki w zaprzyjaźnionych uczelniach, prywatki itp., ale przede wszystkim praca w bardzo tutaj rozwiniętym artystycznym ruchu studenckim. Oczywiście najpierw spenetrowałem miejsca takiego ruchu i kiedy poznałem klub „Żak”, natychmiast tam się zadomowiłem. Był to klub z tradycjami, bowiem tu swego czasu działali Zbyszek Cybulski, Bogumił Kobiela, Jacek Fedorowicz itp. Odkryłem potem „Rudego Kota”, klub jazzowy i na przemian, i tu i tam udzielałem się artystycznie.

 

Po WSP nie ciągnęło Pana do szkolnictwa, nie chciał Pan zostać nauczycielem?


Nie zdążyłem, bo natychmiast pochłonął mnie show-biznes. Pamiętam natomiast pewien epizod z okresu studiów. Jak wiadomo z tego rodzaju studiami nieodłącznie związane są tzw. praktyki studenckie, które w tym przypadku polegają na wykładach w jakichś szkołach średnich. Pewnego razu, na jednej z takich praktyk, idąc korytarzem szkolnym na lekcję, obładowany książkami, mapami, dziennikami, skryptami itd., spotykam starego nauczyciela, który szedł na swoją lekcję jedynie z małym dzienniczkiem. Kurtuazyjnie zagaduję go komplementem: – Pan, Panie profesorze, pewnie wszystko, to co ja tu dźwigam, ma w głowie. A on na to: – Znacznie niżej drogi kolego, znacznie niżej.

 

Bywa, że to, kim teraz jesteśmy, sprawił przypadek. Na przykład Pola Raksa przypadkowo znalazła się na okładce tygodnika „Dookoła świata” i dzięki temu los sprawił, że zainteresował się nią reżyser i powierzono jej rolę w filmie „Szatan z siódmej klasy”. I tak została aktorką. A Pana droga na muzyczne estrady, to też był przypadek czy świadomy wybór?


W zasadzie nie było w moim przypadku takiego spektakularnego „odkrycia". To było mozolne wspinanie się na ten artystyczny Parnas drobnymi kroczkami odkąd sięgnę pamięcią, wręcz od najmłodszych lat. Ojciec często grał na skrzypcach, a ja w takich chwilach albo drętwiałem, wsłuchany z otwartymi ustami, albo podskakiwałem i kręciłem się w takt muzyki. Wywoływało to ogólną wesołość i przez to ojcowe granie zyskiwało częściową akceptację, tym bardziej że mogłem słuchać tego godzinami i albo dreptałem w kółko, albo słabiutkim głosikiem wtórowałem ojcu. „Na-na, na-na, na-na”, to był mój ulubiony walc, od tego mojego nazywania już takim pozostał, choć miał swoją nazwę. – Tata, „na-na” – wołałem i ciągnąłem ojca za nogawkę, kiedy przychodził z pracy. Tak budziły się moje pierwsze tęsknoty do muzyki, w szczęśliwym, bo nieświadomym, a tak już złożonym dzieciństwie.

 

Skrzypce, muzyka... coś odziedziczył Pan po ojcu.


Pamiętam, że fortepian też działał na mnie magicznie, fascynował i przyciągał jakąś niewytłumaczalną siłą, jak oczy węża paraliżującego ofiarę, jak ogień świecy przyciągający ćmę. Pamiętam, było to już w Kwidzynie. Marian, mój przyrodni brat, miał jakieś dojście w Międzyzakładowym Domu Kultury do sali z fortepianem. Chodził tam z paczką swoich kumpli na jakieś zabawy. Kiedyś powiedział mi, że tam, w jednej z sal, stoi fortepian. Tak długo męczyłem go, tak długo błagałem mamę, aż zezwoliła, żeby zabrał mnie do MDK.

 

I  brat w końcu pokazał Panu ten fortepian?


Tak, poszliśmy do tego Domu Kultury i tam, gdzie stał fortepian, zostawił mnie samego. Zamknął mnie tam na klucz na kilka godzin, które przeleciały jak sekundy! A ja odprawiałem tam misterium. Trudno mi dzisiaj oddać uczucie, jakie wtedy przeżywałem, te rozpalone policzki i płonące oczy. Siedziałem przed otwartą klawiaturą długo, zanim odważyłem się dotknąć klawiszy. Pieściłem te białe i czarne zapadające się pod naciskiem, wyłożone kością klocki, które w efekcie wydawały różne dźwięki. To była moja muzyka sfer. Opisując to, boleję nad ograniczonością słów, którym nie można przydać uczuć, bez nich wydaje się to jakby napuszone, sztuczne i egzaltowane. Dziecko i fortepian, a między nimi magia dźwięków, hipnoza, jaką roztacza instrument na nadwrażliwym, nieprzytomnie zafascynowanym nim dzieckiem. Brano mnie później półprzytomnego na ręce i odnoszono do domu. Długo w noc przeżywałem jeszcze te chwile, nie mogąc zasnąć.

 

I tak muzyka zaczęła Panu w duszy grać.


Robiłem wszystko, by z tą muzyką być na co dzień.

 

Był Pan solistą zespołu Tarpany, potem Heliosi, Kanon Rytm.


W tamtych czasach rozpad zespołów to norma. Na przykładzie Tarpanów mogę podać powód. Grupa składała się z wybitnych talentów i autentycznych osobowości muzycznych. Każdy z muzyków, to ukształtowana indywidualność. Nic więc dziwnego, że powodowało to bezustanne konflikty, bo każdy z muzyków widział inny kształt zespołu, każdy chciał narzucić inne brzmienie kapeli. Jeden blues, inny typowy rock'n'roll, kolejnego ciągnęło w stronę jazzu. Konflikty nabrzmiewały coraz intensywniej, musiało się to skończyć rozstaniem. A jako że każdy z członków zespołu był autentycznym talentem, nic dziwnego, iż po rozpadzie zespołu muzycy natychmiast zostawali przechwyceni przez popularne wówczas grupy, jak Czerwono -Czarni, Niebiesko-Czarni itp. Ja wybrałem propozycję Heliosów, zespołu niezbyt popularnego, ale z wielkim potencjałem, grupę zdolnych, młodych muzyków, których mogłem pokierować według mojej wizji. I już pierwsze nagranie staje się wielkim hitem, zdobywa pierwsze miejsce w bardzo popularnej wówczas Telewizyjnej Giełdzie Piosenki i utrzymuje się na tej pozycji przez parę miesięcy.

 

Pamiętam, niezmiernie popularnym programem telewizyjnym była ta „Giełda”. To chyba dzięki udziałowi w tym programie stał się Pan na naszym muzycznym rynku gwiazdą nr 1?


To rzeczywiście był program ogromnie popularny, nawet nie znajduję porównania z jakimkolwiek w dzisiejszych mediach. Cała Polska zasiadała przed telewizorami, a ulice wyludniały się. Audycja ta miała charakter konkursu, głosowali widzowie, nic więc dziwnego, że zwycięska piosenka stała się z dnia na dzień wielkim przebojem, śpiewanym przez całą Polskę. Tak się stało po moim pierwszym występie w tej audycji z piosenką „Siała baba mak", a parę lat później z piosenką „Obietnice”.


W Pana bogatym repertuarze sporo jest przebojowych piosenek, które z nich włącza Pan do swoich dzisiejszych koncertów?


Staram się jak najwięcej, bo głównie po to widz przychodzi na mój koncert. Ale zakładam różnorodność, bo taki jestem, lubię eksperymentować w różnych obszarach muzyki i tym widza zaskakuję. Jak choćby arią operową, by za chwilę zaprezentować utwór hip-hopowy, bo taki też napisałem, nagrałem i śpiewam jako ciekawostkę. Napisałem tekst i muzykę, sprowokowany samym istnieniem tego gatunku. Narażę się zapewne wszystkim gustującym w tego rodzaju muzyce, ale wygląda mi na to, że ten gatunek powstał tylko dlatego, aby umożliwić zaistnienie na rynku muzycznym jako piosenkarz takim wykonawcom, którzy nie mają talentu wokalnego. Jest to takie „pyskowanie" na tle rytmicznej muzyki.

 

Obecnie wokaliści rywalizują na scenie, kto lepszy, kto ma więcej fanów, kto zwycięży na festiwalu. A czy w tym środowisku zawiązują się przyjaźnie?


Dzisiejsze czasy w środowisku artystycznym w porównaniu z „czasami moimi", to ogromna różnica. W dzisiejszym – jak to dosadnie określa się w show-biznesie – gdzie bezwzględnie obowiązuje tzw. wyścig szczurów, nie ma czasu na sentymenty. To bezpardonowa walka o utrzymanie się na powierzchni. Dawniej zawód miał inną rangę, wykonywać go było można tylko po zdaniu egzaminów przed specjalną komisją Ministerstwa Kultury z zakresu materiału czteroletnich studiów Akademii Teatralnej. A dla wokalistów dodatkowo z teorii Akademii Muzycznej, plus praktyczny pokaz śpiewu á vista z dostarczonego na egzaminie materiału nutowego. Ten zawód się ceniło i znało jego rangę i wartość. Niepotrzebne więc były rywalizacje i wyścigi. Nic dziwnego, że w takiej atmosferze zawiązywały się sympatie i przyjaźnie trwające nieraz do końca życia. Ja do dziś przyjaźnię się z Haliną Frąckowiak, z Adamem Zwierzem, Jurkiem Połomskim, Alą Majewską, Pawłem Stasiakiem, pisarką i poetką Barbarą Rybałtowską, znakomitą dziennikarką Alicją Wielgoławską. Mam niewielkie grono wypróbowanych przyjaciół, także jeszcze ze środowiska pozaartystycznego. Z większością gwiazd spotykam się na co dzień w Związku Artystów Scen Polskich.

 

BEA 9862

 

I działa Pan aktywnie w tej organizacji. Jest Pan tam na etacie?


Nie! Od wielu lat udzielam się społecznie. Jestem członkiem Zarządu Sekcji Estrady, przewodniczącym paru komisji i ta praca sprawia mi ogromną frajdę, przyjemność i satysfakcję. Na przykład jako przewodniczący Komisji Jubileuszowej koordynuję prace nad przygotowaniem corocznych uroczystości honorujących artystów obchodzących w danym roku swój artystyczny jubileusz. Na przykład, w którymś roku uroczystość ta miała wyjątkowy charakter. Nagromadziło się wiele gwiazd – jubilatów, co rzadko się zdarza. I wymienię choćby parę nazwisk: Maria Koterbska, Irena Santor, Alina Janowska, Joanna Rawik, Tadeusz Chyła, Stenia Kozłowska, Alibabki itd. Mamy taki zwyczaj, że każdego z jubilatów przedstawia i przybliża zebranym jego dorobek artystyczny, inna znana gwiazda. Wtedy to byli m.in. Halina Frąckowiak, Jerzy Połomski, Jan Pietrzak, Paweł Stasiak itd. Ja prowadząc tę uroczystość, wobec takiego nagromadzenia gwiazd w jednym miejscu, pozwoliłem sobie przed zebranymi na zabawną refleksję. Powiedziałem wówczas: – prorokowany w 2012 roku koniec świata prawdopodobnie będzie spowodowany m.in. szeregowym ustawieniem się planet. A wyobraźmy sobie teraz następstwa tego, że już nie planety, a gwiazdy umówią się, żeby zgromadzić się w jednym miejscu. Gwiazdy się zebrały, a końca świata nie było!

 

Wśród płyt, które ukazały się na rynku z utworami przez Pana wykonywanymi, jest też płyta „Edward Hulewicz klasycznie” z ariami operowymi i pieśniami muzyki klasycznej. Co Pana skłoniło, po muzyce rozrywkowej wziąć się za taki niełatwy repertuar?


Moją dominującą pasją w tej chwili jest klasyka. Kształcony w pierwszych latach mojej artystycznej edukacji głos w kierunku śpiewu klasycznego zaniedbałem, kiedy „poszedłem w piosenkarstwo”. Teraz, usilnie szlifowany, na nowo odzyskuję blask w repertuarze klasycznym, jakim wzbogacam od pewnego czasu program moich recitali. To moja najnowsza
pasja, której efekty na koncertach nie tylko wzbudzają zdumienie widzów, ale i niebywały entuzjazm. Bardziej namacalnym „skutkiem” tej pasji jest krążek, o którym pan tu wspomniał. Zawodowo bawię się sztuką wokalną, eksperymentując w różnych obszarach muzyki, robię to, co najbardziej mnie satysfakcjonuje i na co – o dziwo – (wziąwszy pod uwagę wiek) potrafię i mogę sobie pozwolić. Chodzi o sztukę wokalną z obszarów muzyki operowej. Bez niepotrzebnej skromności mogę powiedzieć, że z łatwością wykonuję partie tenorowe w oryginalnych tonacjach. I to jest dopiero satysfakcja.

 

Ma Pan duszę artysty, bo Pana zawodowa pasja, to muzyka, a pozazawodowa, to malarstwo i poezja.


Z radością mogę się pochwalić, że Natura, czy Pan Bóg, jak kto woli, obdarzyła mnie kilkoma talentami, co w szkolnych latach przysparzało samych kłopotów. Na przykład – nauczyciel od rysunku kazał mi rysować na tablicy jakieś ilustracje, dopatrzywszy się u mnie zdolności plastycznych. Pani od śpiewu kazała, abym przed całą klasą śpiewał solo piosenkę, jakiej mielimy się uczyć itd. Zwijałem się ze stresu, a klasa miała ubaw. Potem było już z górki w miarę uświadamiania sobie, że takie dary posiadam. Czasami tak zastanawiam się, czy nie trzeba będzie kiedyś zdać sprawozdania, jak wykorzystało się te dary. Na wszelki wypadek (oczywiście żartuję) stosuję swego rodzaju „płodozmian". Od czasu do czasu robię sobie przerwę w uprawianiu jakiegoś gatunku sztuki, aby zająć się innym. Tak było w przypadku pisania. Zamilkłem na jakiś czas, żeby oddać się innej muzie – Erato. Wtedy to wydałem dwa tomiki wierszy. Innym razem zrobiłem przerwę w śpiewaniu, żeby na kilka semestrów uczestniczyć jako wolny słuchacz w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w celu poznania podstaw warsztatu sztuki malarskiej. Efektem tego, niestety, nie były wernisaże w Luwrze czy Ermitażu, ale sporo obrazów zdobi nie tylko moje mieszkanie, ale także salony moich przyjaciół. Kolejna przerwa pozwoliła mi skupić się na innej słabości: pracy charytatywnej na rzecz dzieci sierocych. W tym celu przerwałem śpiewanie, aby skończyć Studium Kształcenia Wychowawców Domów Dziecka, żeby być bardziej użytecznym w pomocy tym pokrzywdzonym dzieciom. Do dziś współpracuję z niektórymi domami dziecka, czy to jako wychowawca, czy artysta z występem… itd. itp.

 

Planuje Pan wzbogacić swój repertuar o nowe nagrania?


Robię to systematycznie. Ostatnio ukazały się dwie płyty CD, każda z bardzo sobie odległych obszarów muzyki. Jedna „Bo życie jedno mam" z premierowym repertuarem rockowym, druga, wspomniana już, to „Edward Hulewicz klasycznie" z pieśniami i ariami operowymi. Teraz głównie zajmuję się zbieraniem materiału na dużą płytę z tego rodzaju muzyką. To mnie najbardziej satysfakcjonuje. Do tej muzyki trzeba dojrzeć.

 

Na pewno zdarzały się Panu jako wokaliście jakieś zabawne sytuacje?


O tak, pamiętam, w jednej z gazet ukazał się wywiad ze mną. Przez niefrasobliwość dziennikarz zamieścił też mój adres prywatny. I co? Zaczęłam otrzymywać setki listów dziennie. Naturalnie nie tylko nie byłem w stanie na nie odpisywać, ale też nie starczało mi czasu, żeby je czytać. Zdarzało się jednak, że od czasu do czasu otwierałem na chybił trafił niektóre z nich i czytałem. Większość to prośby o zdjęcie z autografem, wyznania miłosne, propozycje erotyczne czy małżeńskie. Były też prośby o sponsoring, a nawet szantażujące, że jeśli nie przyjdę na spotkanie w umówionym miejscu, to wielbicielka popełni samobójstwo albo przyjdzie i zamieszka na mojej wycieraczce przed drzwiami. Jeden z nich przebił jednak wszystkie pozostałe, najlepszy dowód, że zapamiętałem go do dziś. Oto jego treść: „Panie Edwardzie, błagam pana, w następnej audycji telewizyjnej niech pan się nie rusza. Niech pan stoi w miejscu, bo nie mogę nadążyć za panem moimi ustami po ekranie”.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych lat w zdrowiu i wspaniałych chwil na estradzie.

 

Dziękuję, wszystkiego najlepszego życzę Czytelnikom „Magazynu Pomorskiego”.

 

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl