Najnowsze wydanie 29

 


okladka online magazyn pomorski 29

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Na zawsze wierny Lechii Gdańsk

Gładysz 1

 

O karierze piłkarskiej, trenerskiej i o sytuacji, gdy na boisku otarł się o śmierć, z Józefem Gładyszem, piłkarzem i wybitnym trenerem młodzieży, rozmawia Piotr Rymsza.

 

Zacznijmy nieco inaczej niż zazwyczaj. Gdzieś tak od środka. Proszę powiedzieć, który mecz wspomina Pan jako najważniejszy w życiu, taki, który na zawsze zapisał się w pamięci?


Długo nie muszę się zastanawiać. Może nie mecz, ale dwumecz i nie jako piłkarz, a jako asystent trenera Jerzego Jastrzębowskiego. Mam na myśli pojedynki z Juventusem Turyn. Tego się nie da zapomnieć, ani w jakikolwiek sposób umniejszyć znaczenia tych potyczek. Zresztą to były emocje nie tylko stricte sportowe, ale i przeżycie duchowe...


Ma Pan na myśli specjalną audiencję u Ojca Świętego, Jana Pawła II w przeddzień meczu?


Oczywiście. Papież powiedział wówczas: „ mnie nie pozwolono pojechać do Gdańska, tym bardziej się cieszę, że Gdańsk przyjechał do mnie”. Z każdym z nas się

przywitał, każdemu wręczył różaniec, udzielił komunii świętej. To było niesamowite przeżycie, no... może nie dla wszystkich.

 

To znaczy...


Przed wizytą u Jana Pawła II odwiedził nas polski ksiądz, z góry oznajmiając, że pragnie nas wesprzeć duchowo przed audiencją. Chodziło o spowiedź tych, którzy zamierzali przyjąć komunię świętą. Nie spodobało się to niektórym towarzyszącym nam działaczom, którzy w scenariuszu pobytu nie mieli zapisanego takiego punktu i głośno swoje niezadowolenie wyrażali. Trener Jastrzębowski, autorytatywnie, przerwał ten pat ogłaszając, że chętni po kolacji mają się zgłosić do pokoju ówczesnego kapitana drużyny Lecha Kulwickiego, gdzie będą się mogli wyspowiadać. No, ale pamiętajmy, że był to rok 1983... takie czasy, tacy ludzie.

 

No to cofnijmy się jeszcze dalej. Jak trafił Pan do futbolu? Z podwórka, w tajemnicy przed rodzicami?


Do Lechii trafiłem w 1964 roku. Wcześniej z kolegami, jako zespół Botafogo wygraliśmy turniej drużyn podwórkowych. Do rywalizacji zgłosił nas Tomasz Wołek, dzisiaj dziennikarz, publicysta polityczny i komentator sportowy, a wówczas nasz sąsiad z dzielnicy. Już wtedy zafascynowany był futbolem południowoamerykańskim, stąd ta nazwa Botafogo. Podczas tego turnieju wypatrzył mnie jeden z działaczy Lechii Gdańsk i wspomniał o treningach w klubie. Poszedłem sam, sam się zapisałem i trafiłem do trampkarzy, trenowanych wówczas przez byłą gwiazdę biało-zielonych Romana Korynta. Tam grałem przez dwa lata, m.in. z Tomkiem Koryntem, Krzyśkiem Słabikiem czy Andrzejem Głownią.

 

Pierwszym trenerem był Roman Korynt, a później trafił Pan pod skrzydła Romana Rogocza, legendy gdańskiej Lechii. On was uczył grać „kufusami”. Czymże były te „kufusy”?


Przede wszystkim muszę powiedzieć, że trener Rogocz był dla nas jak drugi ojciec. A przejął nas, jako już juniorów, na skutek połączenia dwóch grup: tej, w której trenowałem, czyli Romana Korynta i starszego rocznika, którym opiekował się trener Kokot. A „kufusy”? No cóż, Roman Rogocz słynął z perfekcyjnej gry zewnętrzną częścią stopy, on tak podawał, dośrodkowywał, strzelał. Nas też uczył tej sztuki. Pamiętam taki trening, gdy na rogu pola karnego, na szesnastym metrze, ustawił piłkę i prawą nogą uderzył ją tak, że trafiła w samo „okienko” dalszego rogu bramki. My staliśmy z rozdziawionymi buziami, pełni podziwu dla mistrza, a on mógł tak raz za razem. Te zagrania zewnętrzną częścią stopy nazywano wówczas właśnie „kufusami”.

 

W latach 70. ubiegłego wieku Lechia w niemal każdym sezonie walczyła o awans do I ligi. Jednak nigdy ta sztuka się nie udała. Dlaczego?


To jest bardzo trudne pytanie (westchnienie...), bardzo trudne. Mieliśmy wspaniałych piłkarzy, trenera też. Tłumy kibiców na trybunach, wspaniałą atmosferę. No właściwie wszelkie argumenty, aby ten awans wywalczyć. A dlaczego się nie udało? Może najlepiej ocenił to Donald Tusk, jak wiadomo, zagorzały kibic Lechii. Podczas niedawnego meczu z okazji jego 60. urodzin, na który zostałem zaproszony, kiedy wspominaliśmy tamte czasy, powiedział jedno zdanie... „Jakieś fatum wisiało wówczas nad Lechią”. I chyba to jest prawda, bo inaczej braku tego upragnionego awansu wytłumaczyć nie można. Po prostu... fatum.

 

A które osiągnięcia trenerskie są dla Pana ważniejsze? Te odniesione z seniorami czy z juniorami?


Do dziś z dumą patrzę na medal otrzymany wraz z drużyną seniorów za zdobycie Pucharu Polski w 1983 roku. Takich rzeczy się nie zapomina, tym bardziej że to trofeum zdobyliśmy jako zespół II-ligowy, a w drodze do finału musieliśmy pokonać siedmiu rywali, w tym czterech z najwyższego szczebla rozgrywek. Byliśmy wówczas lepsi m.in. od aktualnego mistrza kraju Widzewa Łódź czy wicemistrza Śląska Wrocław. Obie ekipy naszpikowane były reprezentantami Polski. Głęboko w sercu mam również sukcesy z juniorami. W 1994 roku zdobyliśmy tytuł wicemistrzów kraju, ale czuliśmy wielki niedosyt. Rok później satysfakcja była już pełna, bo w finale pokonaliśmy 3:0 Górnika Zabrze i mogliśmy się cieszyć z faktu, że jesteśmy w tej kategorii wiekowej najlepsi w kraju, i w dodatku, w ciągu dwóch lat walczyliśmy w finale o to trofeum. To było wyjątkowe. Warto pamiętać, że właśnie z tego rocznika, 1978/79, pięciu chłopaków zaistniało na boiskach ekstraklasy, a trzech zagrało w pierwszej reprezentacji Polski. To jest ewenement. Zresztą po tym triumfie, ówczesny trener pierwszej drużyny Hubert Kostka (wtedy była to Lechia/Olimpia – red.), zarządził sparing pomiędzy swoją ekipą a moimi juniorami. Był to bardzo dobry i wyrównany mecz, po którym trener Kostka zaprosił mnie następnego dnia na kawę. W trakcie rozmowy wyciągnął kartkę i powiedział: „Grzegorz Król, Tomasz Dawidowski, Marek Zieńczuk, Jarosław Bieniuk, Dawid Banaczek, Marek Piątek. O nich możesz już zapomnieć. Jutro o godz. 11 mają się stawić na treningu pierwszej drużyny”. Oni mieli wówczas po 16-17 lat i nie wiem jakby się ich losy potoczyły, gdyby trener Kostka nie wziął ich do swojej kadry. Później rozwijali się błyskawicznie. Szkoda, że teraz z taką wiarą nie inwestuje się w potencjał młodych piłkarzy.

 

Wróćmy do Pana kariery piłkarskiej. Pierwszym i ostatnim Pana klubem jest Lechia Gdańsk. Nigdy nie było oferty zmiany barw klubowych?


Noo, były. Miałem propozycje z Ruchu Chorzów czy Legii Warszawa. Ale najbardziej konkretną ofertę złożyła mi Arka Gdynia po swoim awansie do I ligi. Można powiedzieć, że była to oferta z gatunku tych, których się nie odrzuca. Finansowo, w tamtych czasach, wyglądało to tak, że głowa bolała. Jednym podpisem mogłem wtedy zmienić całe swoje życie, niebagatelnie poprawić jego jakość. Takie bowiem pieniądze zostały położone na stół i to dosłownie, bo w moim mieszkaniu pojawili się działacze z Gdyni i konkretne banknoty na ten stół położyli. To była naprawdę duża suma, dom mógłbym za nią kupić w tamtych czasach. Ale z drugiej strony byłem kapitanem Lechii, to był mój klub, byłem jego wychowankiem, kibice mnie doceniali, byłem przesiąknięty biało-zielonymi barwami. Nie mogłem przejść gdziekolwiek, a do Arki tym bardziej. Odmówiłem, nie przyjąłem propozycji. Podobnie zresztą jak Zdzisio Puszkarz, zostaliśmy na zawsze wierni Lechii.

 

Mało kto wie, że w roku 1976, obrońca Zawiszy Bydgoszcz, podczas meczu, wręcz zdemolował Panu twarz. Sześć tygodni leżał Pan na łóżku i pił przez rurkę. Chyba najtrudniejszy moment w karierze?


A skąd Pan o tym wie? Nieważne... Ale tak, to był koszmar, najgorszy okres w moim sportowym życiu. Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek wrócę jeszcze na boisko. Rzeczywiście było to w trakcie spotkania z bydgoskim Zawiszą. Ze Zdzisiem Puszkarzem mieliśmy opracowany taki schemat wykonywania rzutu rożnego. On dośrodkowywał na bliższy słupek, ja wchodziłem od tej strony w pole bramkowe i starałem się uderzyć piłkę głową. Bydgoszczanie znali ten wariant. Gdy Zdzisiek zagrał, a ja złożyłem się do strzału i niemal widziałem piłkę w siatce, usłyszałem krzyk Brończyka, ich bramkarza, do stopera Harmaty... „załatw tego ch…”. Chwilę później otrzymałem potężny cios z tzw. byka. Coś chrupnęło, pękło, a ja padłem na murawę. Ale żyłem. Podbiegł trener Wojciech Łazarek, powiedział tylko „O Boże”, wezwał karetkę pogotowia i odwieźli mnie do szpitala. Tam przeszedłem skomplikowaną operację wyciągania odłamków kości, łatania, drutowania, sztukowania. Przez kilka miesięcy dochodziłem do siebie. Ale wie Pan co? Cieszyłem się, że przeżyłem, bo tak naprawdę, w którymś momencie lekarze walczyli o moje życie. Na boisko wróciłem po pół roku rekonwalescencji, ale do dziś odczuwam skutki tego brutalnego zdarzenia. Gdyby to się wydarzyło w ferworze walki, to inna sprawa, ale to była celowa i zaplanowana brutalność. Dlatego do dziś nie godzę się z takimi zachowaniami na boisku.

 

No właśnie. Sam, nawet jako obrońca, stronił Pan od brutalnych zagrań. Mało tego, ze względu na swój styl grania, taki lekki, finezyjny, elegancki, z pełną gracją, można powiedzieć „szlachecki”, nosił Pan boiskowy przydomek „Panienka”.


Ciekawie Pan to zinterpretował. Fakt, że tak mnie nazywano. Wówczas jednym z piłkarzy, którzy byli dla mnie wzorcem, był Franz Beckenbauer, zwany „Cesarzem”. On przepięknie poruszał się po boisku, właśnie z gracją, w dodatku doskonale operował i lewą i prawą nogą, miał świetne uderzenie zewnętrzną stroną stopy, czyli tym „kufusem”. On mnie inspirował. Aczkolwiek taką „Panienką” to ja nie byłem. Grałem ostro, na granicy faulu, bo tego wymagali trenerzy, ale zawsze starałem się to robić „czysto”, bez szkody dla przeciwnika. Niejeden napastnik na pewno zapamiętał moje nazwisko, ale nikogo brutalnie nie sfaulowałem, nikomu nie zrobiłem krzywdy.

 

Na zakończenie rozmowy dwa krótkie pytania. Najwięksi przyjaciele z boiska to...


Z piłkarzy to Zdzisiek Puszkarz i Jurek Jastrzębowski. Oraz, co może być zaskakujące, Janusz Kupcewicz, legenda Arki Gdynia, którego „ciąłem” niemiłosiernie na boisku, zostawiając mu pieczątki na piszczelach, ale po zejściu z boiska były między nami szacunek i przyjaźń, które zostały do dzisiaj. Muszę też wspomnieć o przyjacielu z boiska, w kontekście trenera. Tą osobą jest bez wątpienia Michał Globisz.

 

Gładysz 3

 

I ostatnie. Niespełnione Pana marzenia to...


Brak występu w pierwszej reprezentacji Polski. W ówczesnej kadrze B, prowadzonej przez Ryszarda Kuleszę, czyli drugiej reprezentacji kraju, zaliczyłem dwa występy oficjalne przeciwko Finlandii i Ghanie. Wprawdzie byłem zaproszony w 1976 roku przez Jacka Gmocha na konsultacje pierwszej reprezentacji Polski, ale konkurencja była ogromna. Wygrał ją Stefan Majewski. Zresztą zarówno ja, jak i Zdzisław Puszkarz oraz inni piłkarze z ul. Traugutta, gdybyśmy grali w tym czasie jako Lechia w tamtej w I lidze, mielibyśmy większe szanse, aby dostać się do kadry A. Największe szanse miałby Dzidek Puszkarz. Dla mnie to Lionel Messi lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Bez żartu. Dzisiaj grałby albo w Realu Madryt, albo w Barcelonie.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl