Najnowsze wydanie 29

 


okladka online magazyn pomorski 29

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Bogusław Kaczmarek - Był piłkarzem, jest trenerem, a kiedyś uczył biologii w podstawówce

DSCN34041

 

Rozmowa z jedną z legend pomorskiego futbolu, znakomitym piłkarzem i nie mniej wybitnym trenerem, a przy tym nietuzinkowym człowiekiem, czyli... Bogusławem „Bobo” Kaczmarkiem.

 

 

Pamięta Pan kiedy i w jakich okolicznościach dostał Pan pierwszy rower i piłkę?
Oczywiście, że pamiętam. Stare czasy. Wówczas ojciec jeździł na akcję „wykopki”, bo potrzebne były ręce, by zebrać podstawową żywność dla Polaków. W ten sposób udało mu się zdobyć pieniądze na rower dla mnie. Zresztą wygrałem na nim swój pierwszy wyścig kolarski w Łodzi i w nagrodę dostałem... książkę „Przygody barona Münchhausena”, chociaż pierwszą nagrodą był diaskop, czyli urządzenie do wyświetlania slajdów, marzenie każdego chłopaka, a i dorosłych także. Wszystko dlatego, że byłem z Bałut, a nie ze Śródmieścia. A piłkę też dostałem dzięki ojca „wykopkom”. Takie czasy...

 

No, to teraz nieco podchwytliwe pytanie, ale powinien Pan sobie z nim poradzić. Do jakiej gromady zaliczają się owady i insekty?
O rany, to chyba będę musiał zadzwonić do posła Niesiołowskiego, on jest w tym dobry. Ale wiem, skąd to pytanie, przecież mój pierwszy zawód to nauczyciel biologii. Już wiem, przypomniałem sobie... stawonogi. Nawet kiedyś uczyłem w podstawówce.


Dlaczego zatem padło na football, a nie na badanie życia siekieratek?
Oj, to bardzo długa i skomplikowana historia z tym moim studiowaniem, w dodatku na dwóch kierunkach. Generalnie zakochałem się w Gdańsku, który na tle szaroburej Łodzi jawił się niczym miasto z bajki. Tu podjąłem naukę w ówczesnej Wyższej Szkole Wychowania Fizycznego. Ale to piłka była moim przeznaczeniem, jednak wiedza z zakresu biologii i anatomii człowieka niezwykle przydała mi się później w zawodzie trenera. Na Zachodzie do tej pory szkoleniowcy nie mają pojęcia o tej dziedzinie nauki, kluby stać, by zatrudniać odpowiednich specjalistów. Ja tę wiedzę posiadałem i korzystałem z niej w pracy z zawodnikami.

 

Rzucam hasło: Wojciech Łazarek.
Mój mentor, mój guru. Wspaniały trener, wspaniały i nietuzinkowy człowiek, osoba, która miała niepodważalny wpływ na moje życie. Od niego się wszystko zaczęło, to on mnie przygarnął, jako studenta I roku, i zrobił II trenerem piłkarskiej reprezentacji województwa gdańskiego. Dzięki niemu uczyłem się trenerki na uczelni i bezpośrednio na boisku. On mnie także ukształtował jako szkoleniowca. To jest niesamowity pasjonat piłki nożnej i potrafił, jak mało kto, zarażać tą miłością innych.

 

Był Pan lepszym piłkarzem niż jest trenerem czy odwrotnie?
Trudno to porównywać. Proszę pamiętać, że mój najlepszy czas w karierze piłkarskiej w Lechii przypadł na okres, gdy w ataku grali Tomek Korynt, Mirek Tłokiński czy Zdzisiu Puszkarz, a w pomocy Jurek Kasalik, Zbyszek Krawczyk i ja. To była superekipa, były wyniki. Miałem wówczas kilka konkretnych propozycji z Polski, najbardziej naciskały Widzew Łódź i ŁKS, doceniano mnie jako piłkarza, ale z drugiej strony przez cztery lata studiowałem w Gdańsku po to, by kiedyś zostać dobrym trenerem. I nie chciałem się stąd ruszać. A czy byłem lepszym piłkarzem niż trenerem? Nie mnie oceniać.

 

To wróćmy jeszcze na moment do przeszłości, do gdańskich początków Pana kariery. Kiedyś o godzinie 9, spod Żurawia przy Motławie wypływał statek „Panna Wodna”. Była specyficzna syrena i...
Trzeba było wstawać i biec na trening. Zresztą z tą „Panną Wodną” w tle, to jest cała historia, ale w skrócie. Przez cały rok akademicki korzystałem z akademika, jednak gdy przychodziły wakacje, trzeba było szukać noclegu w innym miejscu. Ja je znalazłem na Ołowiance, w hoteliku należącym do klubu MRKS, właśnie naprzeciwko Żurawia. Mieszkałem tam do momentu, gdy wznawiane były zajęcia na uczelni, czyli do początku października. I każdego dnia kapitan jednostki ciągnął za linkę i po okolicy niósł się przeszywający ciało dźwięk. To było lepsze niż każdy budzik. Bardzo skuteczne.

 

Dość nostalgii. Kiedy poczuł Pan, że może być trenerem z „górnej półki”? Na przykład wtedy, gdy ze Stomilem Olsztyn awansował Pan do ekstraklasy? Wszak „Boba” znosili wówczas na rękach z boiska. A może wcześniej?
Myślę, że w Lechii. Wtedy, gdy te wszystkie moje juniorskie „dzieci” ciągnąłem do góry, a one „zatrybiły” w poważnych rozgrywkach. Bo my, w pewnym momencie, graliśmy w II lidze młokosami. Owszem, było 3-4 zawodników starszych, doświadczonych, ale na przykład taki Sławek Wojciechowski zdobył pierwszego gola w II lidze kiedy nie miał jeszcze 16 lat. Może to co powiem niektórzy określą jako samochwalstwo i egocentryzm, ale chyba mam gdzieś tam głęboko w sobie ten dar do wynajdywania młodych talentów. I, co może najważniejsze, po ich wyłowieniu, potrafię z nimi odpowiednio pracować.

 

Czyli trenerskie oko, intuicja czy coś jeszcze?
A może to, że właśnie studiowałem również tę biologię, która stała się w pewnym momencie moją wartością dodaną. Tak jak wspomniałem wcześniej, trenerzy na Zachodzie mają od tego odrębnie opłacanych specjalistów i oni im podpowiadają, co, jak, kiedy, dlaczego itd. Ja na studiach biologicznych nauczyłem się nie tylko teoretycznych podstaw, ale i szczegółów, wszystkiego, co jest związane ze sportem pod względem funkcjonowania organizmu sportowca. Czyli fizjologia, biochemia, biomechanika, anatomia, nawet psychologia. A później musiałem tylko znaleźć balans między tymi wszystkimi zależnościami. Aby to zrobić przez cały czas współpracowałem z pracownikami gdańskiego AWF-u. I dużo na tym skorzystałem. Słuchałem również porad profesora Janusza Czerwińskiego, wybitnego trenera piłki ręcznej. Swego czasu specjalnie chodziłem na mecze Spójni Gdańsk, by podpatrzyć pracę nóg zawodników w obronie. To są może i drobiazgi, dla niektórych nieistotne, ale mnie bardzo przydały się w pracy z piłkarzami... nożnymi.

 

A Leo Beenhakker, był Pan jego asystentem. Ile wniósł nowego do Pana warsztatu trenerskiego?
Może inaczej. Zawsze chciałem być trenerem, ale również nauczycielem. By mieć prawo do przekazywania swojej wiedzy profesjonalnie, musiałem mieć również profesjonalne podstawy. Dlatego odbyłem w swojej karierze trenerskiej, często za własne pieniądze, ponad 20 stażów zagranicznych. Do Feyenoordu Rotterdam, na przykład, sam się wybrałem, wyjechałem na własny koszt, tak na totalny „spontan”. Zatrzymałem się u znajomych. Jako klasyczny Polak zabrałem ze sobą kilka butelek „Chopina” „Belwederu” i innych takich eleganckich trunków. W książce telefonicznej znalazłem numer telefonu do Włodka Smolarka, który, jakby nie patrzeć, był ikoną tej drużyny, ale akurat w tym momencie grał w Utrechcie. Zadzwoniłem. Odebrał. Umówiliśmy się na następny dzień. Na dzień dobry dostał „Chopina”, później otrzymali te specjały inni, ważni z Feyenoordu. Ale to Włodek wprowadził mnie do klubu. Miało być krótko, a zostałem tam na dłużej, czynnie uczestnicząc w treningach. Nawet jeden sam poprowadziłem, bo chcieli zobaczyć, jakie techniki zajęć z piłkarzami prowadzone są na wschodzie Europy. A wie Pan, czym byli najbardziej zaskoczeni? Moją wiedzą dotyczącą... no właśnie, tej fizjologii, biochemii, biomechaniki itp.

 

A zatem generalnie sam dbałem o swoją edukację trenerską, może czasami w sposób niekonwencjonalny. A czego nauczyłem się od Leo Beenhakkera? Bardzo dużo. Głównie w kontekście couchingu na najwyższym poziomie, czyli pracy z piłkarzami w całym tego słowa zakresie. Ten zakres naprawdę jest ważny, bo skupia niemal wszystkie elementy, łącznie z psychologią i indywidualnym podejściem do każdego piłkarza. Ale pewnie nie wszyscy wiedzą, że z Leo poznałem się znacznie wcześniej, niż zostałem jego asystentem. To było właśnie podczas moich licznych stażów w Holandii.


Te Pańskie holenderskie staże zaowocowały także transferem Jerzego Dudka do Feyenoordu. Ponoć Jurek nie za bardzo palił się do tego wyjazdu...
Transfer Jurka to też materiał na osobny wywiad, ale faktycznie podchodził do niego jak do jeża. Ludzie z Feyenoordu zwrócili na niego uwagę podczas sparingu, jaki jeszcze wtedy „mój” Sokół Tychy rozegrał z nimi w Holandii. Na marginesie, wygraliśmy 3:1. Później w Tychach padły finanse, nie było pieniędzy na wypłaty, ja już nie byłem trenerem i powstał totalny marazm. Zadzwonili do mnie z Feyenoordu i mówią: – przyjeżdżaj z tym bramkarzem, jesteśmy poważnie zainteresowani. A tak naprawdę, to w tym czasie Jurek rozegrał w I lidze dopiero 14 meczów. Pojechałem do niego na obóz przygotowawczy i mówię: – jedziemy. A on, że nie, że trzy dni wcześniej wziął ślub i w ogóle. Drużyna zwołała zebranie w szatni i dalej go przekonywać: – człowieku, jedź, jak się uda, to może i my dostaniemy zaległe wypłaty. Dodam, że w tym momencie Dudek nie miał ani paszportu, ani nawet prawa jazdy, aby się swobodnie poruszać. No, ale w końcu przyjechał do Gdańska. Wylądowaliśmy w Sitnie, w domu Jana de Zeeuw, który również niebagatelnie przyczynił się do tego transferu. Stremowany Jurek pyta mnie: – trenerze, ale po co ja mam tam w ogóle jechać? W tym momencie podeszła do niego moja żona i mówi: – Jurek, czym ryzykujesz? Jak ci nie wyjdzie, to najwyżej wrócisz do tej swojej Concordii Knurów czy gdzieś tam. Dudek spojrzał na nią, pomyślał chwilę i pyta: – Pani Aniu, Pani tak na poważnie?”. Na poważnie – odpowiedziała małżonka.

 

Koniec końców wsadziliśmy go do samolotu, a w Rotterdamie, na lotnisku, odebrał go Włodek Smolarek. Co było dalej, to chyba nie muszę opowiadać, choć byłoby co... Chociażby fakt, że gdy Jurek zdobył tytuł najlepszego piłkarza Holandii, zadzwoniono do mnie i to ja, na wielkiej sportowej gali, spocony ze stresu jak mysz, wręczałem mu nagrodę. To była dla mnie największa nagroda za moją trenerską pracę.

 

No to teraz powiedzenie: Niedaleko pada jabłko od jabłoni, czyli...
No tak, czyli mój syn Marcin. Fakt. Też dobry piłkarz, choć mógł być lepszy, ale pewne uwarunkowania, w tym zaniedbana i zlekceważona przez lekarzy kontuzja ścięgna Achillesa, na to nie pozwoliły. A obecnie trener. Łączy nas to, że obaj bardzo szybko podjęliśmy pracę jako trenerzy. Tak naprawdę, to nie chodzę na jego mecze, nie oglądam ich na żywo w telewizji, czasami tylko powtórki. On jest niezależny jak Statua Wolności. Owszem, był na kilku stażach ze mną, co jakiś czas podrzucam mu jakieś materiały szkoleniowe, ale to wszystko. Nic więcej. To jest jego samodzielna droga. Na razie wygląda nieźle.

 

Pan wprowadził Stomil Olsztyn do ekstraklasy, Marcin zrobił to samo z Wisłą Płock.
Zgadza się, ale w zupełnie innych czasach. Mało kto wie, że jego Wisła ma chyba najniższy budżet w rozgrywkach. Ale daje sobie radę, i w swoich sukcesach cały czas pnie się do góry. I oby tak już zawsze było.

Ostatnie pytanie musi być związane z gdańską Lechią. Czy biało-zieloni zdobędą w tym roku tytuł mistrzów Polski?
Jak nie teraz, to kiedy? Legia ma kłopoty właścicielskie, pozbyła się kilku kluczowych piłkarzy, w tym dwóch napastników. Z drugiej strony Lechia robi mądre, przyszłościowe transfery, jak chociażby Dusan Kuciak czy Ariel Borysiuk, typowa solidna „szóstka”, układ właścicielski jest stabilny, podobnie jak finanse. W dodatku Piotrek Nowak, dla mnie trener z mentalnością westernowego kowboja, już drugą zimę przepracował z zawodnikami i wie, co chce osiągnąć i jaką drogą ku temu celowi podążać. Jest piękny stadion, jeden z najpiękniejszych w Europie i wreszcie jest zawodnik z numerem 12. na koszulce, czyli kibice. Tak. Lechia ma potencjał i możliwości, by zostać mistrzem Polski. A czy zostanie? Tego sobie życzę.

 

Dziękuję za rozmowę

Rozmawiał: Piotr Rymsza

 

DSCN3409

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl