Najnowsze wydanie 30

 

okladka online magazyn pomorski 30

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Nieprawdą jest, że nie lubię mężczyzn...

170302PM0099

Z Hanną Bakułą rozmawia Alina Kietrys

 

Soft-feministka, kobieta – petarda, niespokojna i szczera do bólu, brydżystka – gra dobrze i systematycznie, wegetarianka, niezależna w myśleniu, cięty język to jej urok – osobisty i literacki, słowem Hanna Aniela Agnieszka Bakuła Luniak Gontarczyk Lemaitre. Obywatelka polska i amerykańska, która propaguje kulturę polską za granicą, wspiera domy dziecka i organizuje festiwal muzyki Franciszka Schuberta. Absolwentka Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie i autorka kilkunastu rozczytywanych książek... Połączyła nas niezdrowa woda gazowana, którą obie zamówiłyśmy, i lekka, ale wyczuwalna świąteczna ironia. Świąteczna? Bo to było dla mnie ważne
spotkanie.

 

Zastanawiałam się, czy nie jestem dla Pani zbyt konwencjonalna?
Nie zajmuję się weryfikacją cudzego życia. Zajmuję się weryfikacją swojego.

 

Większość rozmów z Panią zaczyna się bardzo podobnie: jaki jest Pani stosunek do mężczyzn, dlaczego ich Pani tak tępi, co sądzi Pani o kobietach. Czy nie wydaje się Pani dość nudna taka konwencja?
Za każdym razem jednak mówię inaczej. Dlatego nie jestem aktorką, bo nie potrafię powiedzieć dwa razy tego samego, nawet jakby mi za to płacili. Nigdy nie narysowałam podobnie, nigdy nie powiedziałam podobnie i nie napisałam podobnie. Nieprawdą jest, że nie lubię mężczyzn, bo lubię ich bardzo. I mam tyle samo zastrzeżeń do kobiet co do mężczyzn. A może nawet więcej do kobiet. Więc zawsze mówię inaczej, bo co innego w danym momencie zwróciło moją uwagę, albo na co innego jestem zła. Myślę, że to nie jest nudne. A Pani też nie pyta o mój pobyt w Kenii, dlaczego? Odpowiadam na pytania dziennikarzy. Gram więc tak, jak przeciwnik pozwala.

 

Pasją Pani życia są podróże?
Nie. Pasją mojego życie jest czytanie książek.

 

Zauważyłam. Nawiązuje Pani do Witkacego, np. w malarstwie do Firmy Portretowej, i potem piszą o Pani „Witkacy w spódnicy”. Trochę to banalne.
Szczerze mówiąc, pory dnia i pory roku też są banalne. I nie da się tego zmienić. Mówią „Witkacy w spódnicy”, bo to po najmniejszej linii oporu. On malował pastele, ja też. On robił portrety, ja robię portrety. Ale ja maluję też pejzaże, których Witkacy nie robił. Podobnie jest z akwarelami – ja je robię, Witkacy nie. Formalnie podobieństwo moje i Witkacego jest pozorne, bo on miał do dyspozycji gorsze kolory, papiery w beżach i ciemniejszych brązach, a ja mam do dyspozycji wszystkie kolory świata. Dużo rysuję i maluję na kolorowych tłach i bardzo lubię to robić. Witkacy nigdy nie zrobił portretu na turkusowym czy czerwonym tle. On miał też gorzej z pastelami, a w tej chwili są pastele o niesłychanych kolorach. Jestem zafascynowana kolorystyką sztuki ludowej, na przykład meksykańskiej. Nie lubię brązowego i beżu – w niczym: ani w ubraniu, ani w pastelach. Najbardziej lubię czerwony i żółty, bo są to żywe kolory.

 

Widziała Pani z pewnością w muzeum w Słupsku świetną wystawę Witkacowską.
Taaak. Byłam, widziałam i pierwszy raz w życiu bolał mnie kręgosłup, bo tak długo stałam przy tych pracach. A było to dwadzieścia lat temu. Teraz znowu w marcu jadę do Słupska i mam spotkanie w muzeum z panią dyrektor, bo chcę zrobić tam swoją wystawę. Miałam już wystawę z Witkacym w Warszawie w Muzeum Literatury i były tłumy. Ja miałam parter, a Witkacy był na piętrze.

 

Czy się nie zdenerwował Mistrz od Firmy Portretowej, w której, na przykład, klient musiał być „wylizany”, że znaleźliście się Państwo razem?
Nie wiem, ale chyba nie, bo był w lepszych przestrzeniach na piętrze niż ja na parterze. Myślę, że Witkacy byłby facetem nie do wytrzymania. W ogóle nie chciałabym go poznać ani zobaczyć. Pawlikowska-Jasnorzewska, Samozwaniec czy Krzywicka zarzucały mu, że był potworem. Był pajacującym morfinistą, dosyć zakompleksionym hipochondrykiem i mizogenistycznym wariatem.

 

Ostra ocena.
Znam twórczość i życiorys Witkacego; wspomagał się piwem, pił nawet osiem piw półlitrowych na rozruch twórczy. W czasach Witkacego narkotyki były w modzie: morfina i opium.

 

Czy Pani zażywa?
Nie, w moim środowisku najbliższym nie ma słowa narkotyki i nigdy nie było. To inne pokolenie niż także to współczesne, my pijemy wódkę i wino. Czasem ktoś przywlecze jakąś trawę i chce poczęstować. Ale nikt nie chce i to jest śmieszne. Nie zażywam ani nie pracuję po alkoholu, bo wtedy to nie jestem ja.

 

Robi Pani portrety tych najsławniejszych, jak Liv Ullman czy Yehudi Menuhin, ale również bliskich i dalszych znajomych. Ma Pani wokół siebie duże grono ludzi i często bywa na różnych spotkaniach, przyjęciach. Jest Pani bywalczynią?
Tak, ale to nie jest żaden komplement. To moja normalna praca zawodowa, muszę chodzić, muszę poznawać ludzi, rozmawiać, żeby mieć zamówienia na portrety, felietony, książki. Lubię bywać, ale najbardziej lubię czteroosobowe kolacje. Wtedy gramy w brydża.

 

Kto musi być na takiej idealnej wydawanej przez Panią kolacji?
Moi przyjaciele, piszący i robiący coś bardzo ciekawego. Lubię sześcioosobowe kolacje, bo wtedy panuję nad stołem. Ale zwykle są u mnie przyjęcia trzydziestoosobowe. To moje doborowe towarzystwo i z każdą z tych osób chętnie rozmawiam i one ze sobą chętnie rozmawiają.

 

Co Pani serwuje gościom?
Stały repertuar, który nie brzmi zbyt wyrafinowanie, ale jeśli jakiegoś dania nie podam, to są zażalenia. A więc jajka faszerowane na ciepło smażone na maśle, fasola jaś z oliwą, majerankiem i czosnkiem, kasza gryczana z pietruszką zieloną, z bardzo dużą ilością czosnku i ostrym olejem orientalnym, zupę z soczewicy, naleśniki z mąki jaglanej ze szpinakiem liściowym i miodem. Jeśli tych potraw nie ma, jest wrzask, dlaczego.

 

Ale jestem głodna. I to przez Panią. Ale ad rem. Jeździ Pani często na kongresy kobiet.
Ja to traktuję jako działalność dobroczynną. Bo te kobiety są mnie bardzo ciekawe.

 

A może podziwiają Pani odwagę, samodzielność, umiejętność mówienia wprost, brak tematów tabu...
Myślę, że tak. One chciałyby być takie jak ja, mówią o tym. Powiem wprost: spotykam kobiety, które dzięki mnie się rozwiodły i mają drugie, wspaniałe życie, spotykam kobiety, które po przeczytaniu moich książek pogoniły damskiego boksera, a były z nim już na przykład piętnaście lat. Spotykam kobiety, które zmotywowałam do własnych biznesów albo własnych pasji i... zaczęły malować. Jestem takimi kijkami do „nordic walking” dla kobiet. Czyli po naszych spotkaniach często zaczynają nowy, szybszy marsz. Mają podpórki. Czasami rekomenduję zachowania nietypowe, dla niektórych niepojęte. Niedawno dowiedziałam się, że po mojej rekomendacji, by kobiety katowane chodziły na kursy samoobrony, jedna z pań po kursie tak przyłożyła swojemu mężowi, że wylądował biedak w szpitalu, a on ją lał wcześniej przez dziesięć lat.

 

Czy Pani bywa czasami miękka i uległa?
Jestem bardzo delikatną i wrażliwą osobą. Nie do wszystkich i nie zawsze. Nie mam postawy agresywnej na zewnątrz. Jestem miłym, kulturalnym człowiekiem, a przyłożę jeśli trzeba.

 

Widać to w Pani książkach: ostry język, odrobina cynizmu i dystans wobec siebie.
Ogromny mam dystans wobec siebie. Moje bohaterki w książkach to w większości jestem ja zaostrzona czy też wzbogacona i wzmocniona przez parę osób, które znam. W pewnym sensie jestem patologiczna, bo nie obchodzi mnie, co ludzie myślą o mnie. Nic a nic.

 

I nikt Pani nie uraził?
Nie, nigdy. Nie jestem aż taką wielką damą. Jestem zajęta tym, czym jestem zajęta i reszta mnie nie obchodzi.

 

A jest Pani bardzo zajęta?
(westchnienie)


A może jest Pani leniwa?
Jestem leniwa, jak widzę dobrą restaurację, bo od razu bym coś zjadła, jestem leniwa, gdy widzę ładny basen, w którym można poćwiczyć. Mając do wyboru pracę lub pójście na basen – pójdę na basen. A jak mam nic nie robić, to śpię, bo szkoda mi czasu na nicnierobienie. A spanie jest produktywne. Mózg się regeneruje. Więc nie usiądę, by posiedzieć, bo albo czytam, albo maluję, albo śpię, albo jestem w knajpie.

 

Lubi Pani też rower, a nie lubi sportów ekstremalnych.
Tak, bo tylko idiota lubi sporty ekstremalne. Człowiek, który naraża swoje życie i robi to bez potrzeby, jest idiotą. Nie potrafi docenić tego, że jest zdrowy. A jeśli potem coś zdarzy mu się na tym bungee czy motocrossie, to ja płacę za leczenie. I to mnie irytuje, że to jest na mój koszt. Na mój koszt grubas ma zawał, na mój koszt leczy się cukrzyk, który je za dużo, a potem dostaje cukrzycy, na mój koszt leczy się palacz papierosów. Oni mnie wykorzystują, dlaczego?

 

Pisze też Pani o braku skrupułów i chamstwie.
Bo to mnie złości. Chama wychowała mama. Polski mężczyzna jest wychowany tak, że w ogóle nic nie musi. Samo jego istnienie powinno uszczęśliwiać kobietę i radować do szaleństwa. Piszę o tym, bo walczę z tym schematem. Czasami nawet moje koleżanki mówią, nie poluj już tak na facetów. A ja jestem snajperem jeśli chodzi o facetów, którzy nie trzymają się jakiejś kulturalnej normy. Ja ich wyszydzam, kiedyś powiedziałam, że nie rysuję grubych, łysych i wąsatych.

 

Łysina nie jest winą mężczyzny.
Ale łysy może założyć czapkę.

 

Jesteśmy w Sopocie, nieopodal Teatru im. Agnieszki Osieckiej. Pani się z nią przyjaźniła, a właśnie mija dwadzieścia lat od jej śmierci. Napisała Pani książki o niej i dla niej.
Tak, „Ostatni bal”. To były listy Agnieszki Osieckiej i moje napisane współcześnie do niej, a drugi tom to „Ostatnia dal”– listy i pocztówki. Myślę, że Agnieszka nie wytrzymałaby tego wszystkiego, co teraz się dzieje. Ze swoją estetyką i fizyczną i psychiczną nie mieściłaby się w tej doraźności, w stereotypie byle czego i dwumetrowych anorektyczek, które kiedyś pokazały cycek i dlatego są sławne. Nienawidziła wielu spraw, które są teraz w cenie. Jest coraz mniej sztuki, jest coraz mniejszy szacunek dla wrażliwości. Może by pisała o tej forsie, jako rzekomej wartości podstawowej aktualnego człowieka. Kiedyś dostałyśmy zaproszenie do Mariotta na jakiś wieczór. Firma zapraszała na coś. Zostawiłyśmy płaszcze, wjechałyśmy schodami ruchomymi. I Agnieszka rozgląda się i zdziwiona pyta: –Hanusiu, a gdzie są gospodarze? Ja mówię: – wiesz, oni potem będą na scenie. A  ona na to naprawdę zdziwiona: – Ale kto mnie zaprosił? Mówię: – Zaprosiła cię firma. A ona: – Ja ich nie znam. To możemy już iść. I poszłyśmy. Takich zdarzeń było sporo.

 

A była Pani w teatrze Osieckiej?
Tak, ale tam jest mało Osieckiej. Ten teatr to było marzenie Agnieszki, także przez jej sentyment do André Ochodlo-Hübnera, który tylko w lecie prowadzi ten teatr. Myślę, że najlepszą i największą robotę robi Fundacja Agnieszki Osieckiej i jej córka.


Fundacja Okularnicy. W Sopocie odbywają się eliminacje do konkursu „Pamiętajmy o Osieckiej”.
Słucham tych piosenek na koncercie w Warszawie. Tak różnie ci młodzi ludzie je interpretują, są czasami niezwykle utalentowani. Znam wszystkie teksty piosenek Agnieszki na pamięć. Więc jak ktoś zmienia słowa, to ja siedzę na widowni i mam „ból zębów”. Pamiętam jak białe koszule na sznurze szły, zamiast schły. Przekręcają wersy i słowa, bo wielu słów, których używała Agnieszka, dzisiaj młodzi ludzie nie znają. Ogromną nadzieję mam co do młodości, ale tylko w pewnych aspektach. Co do wykształcenia – nie mam żadnych złudzeń, że czeka nas katastrofa intelektualna. Jak wymrze pokolenie profesora Bralczyka, to niewiele zostanie.

 

W sztuce też?
Nie będę Pani mówiła, że nie rozumiem sztuki konceptualnej i sztuki bardzo współczesnej. W sztuce jesteśmy w czołówce w muzyce poważnej, mamy znakomitych kompozytorów, śpiewaków, wirtuozów, dyrygentów, orkiestry kameralne. To dziwne, bo głuchy naród, który nie jest w stanie zaśpiewać czysto „Sto lat” wydaje z siebie wybitnych.

 

To może nie jest tak źle?
Ale tylko w muzyce. Dalej słabo. W  sztukach pięknych ciągle najciekawszym pokoleniem są siedemdziesięciolatkowie – malarze, rzeźbiarze. W muzyce rozrywkowej jesteśmy beznadziejni, poza bardzo nielicznymi wyjątkami.

 

A co Pani lubi tak naprawdę?
Czytać.

 

Ale nie lubi Pani Sienkiewicza.
Litości, to jest kawał wstrętnego rasisty, który spustoszył to społeczeństwo. Proszę to napisać. To jest facet, na którym wychowały się rzesze wąsatych ku pokrzepieniu serc grubasów, kłamczuchów, rasistów, zdrajców, pijaków.

 

Zagłoba się Pani nie podoba.
Kłamczuch – zdrajca, pijak. Fantastyczny facet, nieprawdaż? A pan Kmicic, Wołodyjowski? Zostawili szanowne panie i wysadzili się w powietrze. Zostawili panie, żeby zostały zgwałcone przez ordę tatarską. Co to jest za model? A ci okropni Murzyni u Sienkiewicza, a ci straszni Żydzi? Co to jest? Myśmy się tego najedli. Ja sama też jestem wychowana na Sienkiewiczu i dopiero jak zaczęłam dojrzewać i analizować to, co napisał, wszystko do mnie docierało. I powiedziałam: dosyć! Kiedyś nawet do „Playboya” napisałam felieton „Ofiary Sienkiewicza”. Gdybyśmy byli wychowani na Prusie i Żeromskim, nie byłoby tak źle.

 

Kiedyś powiedziała Pani, że marzy o świętym spokoju. Nie mogę w to uwierzyć.
Każdy ma taki święty spokój, na jaki sobie zasłużył. Ja marzę o swoim. Chciałabym siedzieć w Tajlandii na plaży pod parasolem, żeby się nie opalać, i grać w brydża.

 

PM169134

 

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl