Najnowsze wydanie 29

 


okladka online magazyn pomorski 29

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

„Ojciec Mateusz” Nigdy nie był zagrożony...

2 moje

 

Z Krzysztofem Grabowskim, gdynianinem, producentem serialu nagrodzonego tegoroczną Telekamerą Teletygodnia, rozmawia Alina Kietrys

 

”Ojciec Mateusz” to popularny serial obecny w telewizji publicznej od 2008 roku. Pierwszą Telekamerę Teletygodnia za ten serial zdobyliście w 2011, a teraz Telekamera 2016, czyli widzowie ponownie uznali go za najlepszy. Gratuluję! Co się w nim zmieniło przez te dziewięć lat?
Nie za wiele mogło się zmienić, bo serial jest włoskim formatem „Don Matteo” i jesteśmy trochę uzależnieni od licencjodawcy, firmy Lux Vide z Rzymu. Muszę jednak przyznać, że od samego początku miałem bardzo dobry kontakt z Włochami. Zrobiłem z nimi film fabularny „Jan Paweł II”, a potem z niego również miniserial dla telewizji polskiej. Od tamtego czasu zawiązała się nitka wzajemnego porozumienia. Zobaczyłem w ich repertuarze serial „Don Matteo”, który robią z sukcesem od 1999 roku dla RAI UNO, największego włoskiego nadawcy publicznego. Kupiliśmy więc licencję na Polskę. Licencja niemało kosztuje i jeszcze trzeba wiedzieć, jak przerobić fabułę na warunki polskie. Prace literackie kosztowały nas zatem podwójnie. Udało się to chyba jednak dobrze zaadaptować, skoro już pierwszy sezon, na progu zimy 2008 roku, odniósł prawdziwy sukces. Znacząco wzrosła też liczba widzów w TVP1 oglądających „Ojca Mateusza”, więc telewizja zamówiła u nas drugi sezon.

 

Pierwszy sezon realizowała Twoja firma Baltmedia.
Tak, byłem tzw. producentem wykonawczym i choć odniosłem wielki sukces wśród widzów, to poległem finansowo i straciłem kilkaset tysięcy złotych. Brak doświadczenia i źle zaplanowane koszty dały mi się we znaki. Pierwszymi reżyserami serialu byli Maciej Dejczer i Andrzej Kostenko. To był na tyle duży i zauważony sukces, że kiedy telewizja zamówiła u nas kolejny sezon, to na rynku znaleźli się chętni do odkupienia praw i kontynuowania produkcji serialu. Nie wdając się w szczegóły powiem, że moją spółkę Baltmedia zakupił jeden z największych polskich producentów – ATM Grupa SA z Wrocławia, a ja, wraz z Katarzyną Anczarską, zostaliśmy od samego początku producentami wykonawczymi i nadzorującymi.

 

20140411-IMG 3531

 

 

20150701-IMG 5233

Duży może więcej?
Tak. Nasze działania przerodziły się w wiele lat dobrej współpracy z tą wrocławską firmą. W przyszłym roku, 11 listopada, będziemy obchodzić dziesięciolecie naszego serialu, a już dziś możemy się poszczycić ponad dwustoma wyprodukowanymi odcinkami.

 

Producent to ważna funkcja i istotne zadania. Jakie?
Po pierwsze trzeba znaleźć dobry projekt, a potem zapanować nad rozwojem scenariuszy i koncepcją produkcyjną. W naszym przypadku też było oczywiście jakieś ryzyko, choć nie największe, bo „Don Matteo” miał już renomę we Włoszech. Kiedy my wkraczaliśmy w okres produkcji, oni mieli już za sobą ponad dziewięć lat doświadczeń i sukcesów, w tym – co ważne – bezgraniczną sympatię i akceptację widzów. Ta historia proboszcza z wyidealizowanej parafii gdzieś na prowincji wydawała nam się godna uwagi i nie pomyliliśmy się. Zaprosiliśmy do współpracy świetnych scenarzystów – adaptatorów: Jolę Hartwig-Sosnowską i Grześka Łoszewskiego. To oni byli autorami adaptacji scenariuszy pierwszego sezonu, a potem doszły jeszcze Grażyna Wilczyńska i Agnieszka Błotnicka. W tej chwili grupę piszącą stanowi siedem osób. W tym zespole dyskutuje się i analizuje główne wątki, ale potem każdy odcinek pisze jeden scenarzysta. Nad tymi działaniami czuwa współproducentka serialu Kasia Anczarska, która świetnie orientuje się w postaciach, ich losach i wątkach scenariuszowych. Przez lata dokonaliśmy wielu modyfikacji oryginalnego formatu, gdyż nie mieliśmy specjalnych barier i narzuconych przez Włochów ograniczeń. Zazwyczaj przy kupnie licencji dostaje się tzw. nadzorcę formatu i jego „biblię”, według której należy pracować i ściśle pilnować linii dramaturgicznej, żeby nie odbiegała od oryginału. Myśmy mieli wolną rękę, więc stworzyliśmy wiele nowych postaci, które nie do końca były zgodne z włoskim formatem, ale znakomicie osadziły się na krajowym rynku. Polscy widzowie w pełni zaakceptowali naszych bohaterów, a Włosi – widząc polski sukces – dali nam zielone światło. I co więcej – już w piątym sezonie dali nam zgodę na pisanie własnych, oryginalnych odcinków, zupełnie już nieopartych na ich formacie. Oczywiście pełną kwotę licencji płacimy do dziś.

 

20140411-IMG 3056

 

20150323120256 IMG 6113-2

 

Znaleźliście Państwo też własną przestrzeń, miasto klimatyczne i na swój sposób cudowne, czyli Sandomierz. Tam ojciec Mateusz jest najważniejszy, przynajmniej w serialu.
Mieliśmy kłopot, gdzie ten serial osadzić w Polsce. W oryginale włoski serial kręcony był początkowo w miejscowości Gubbio, pięknym renesansowym miasteczku ok. 130 km od Rzymu. Tam opowieść o lokalnej społeczności miała swój sens, więc szukaliśmy podobnej miejscowości w Polsce. Nasza ekipa długo jeździła po całym kraju, a po dwóch miesiącach poszukiwań i fotograficznych dokumentacji zawęziliśmy kryteria i doszliśmy do wniosku, że trzeba znaleźć jakieś miejsce blisko Warszawy. Może to paradoksalnie zabrzmi, ale najtaniej jest kręcić filmy w Warszawie, ze względu na ekonomię: aktorów, bazę hotelową i całą logistykę przedsięwzięcia. Postanowiliśmy szukać miejsca odległego maksymalnie o około 200 kilometrów od Warszawy i w ten sposób trafiliśmy do Sandomierza. To było miejsce dziewicze pod kątem filmowym, ale dla nas – ze wszech miar fantastyczne. Spotkaliśmy się w Sandomierzu ze znakomitym przyjęciem ze strony władz lokalnych. Zarówno świeckich, jak i kościelnych. Cały pierwszy sezon serialu: te wszystkie uliczki, widoki, panoramy, przejazdy i spotkania bohaterów były realizowane w Sandomierzu. Teraz, po latach, poruszamy się tylko w określonej przestrzeni wokół rynku i niektórzy mają nam to za złe, mówiąc, że Sandomierz jest znacznie większy. My jednak wiemy, że to właśnie ten renesansowy rynek bardzo utkwił w pamięci widzów. Wnętrze komendy policji kręcone jest w zaaranżowanym obiekcie w Warszawie, a urokliwy drewniany kościół księdza Mateusza znajduje się w Gliniance, przy drodze z Warszawy do Lublina. Plebania to też wynajęty stylowy dom w prawobrzeżnej części stolicy.

 

Obsada serialu to ważna sprawa dla widzów i zapewne dla producentów.
Mamy naszą reżyser castingu, Sylwię Czaplewską, przed którą stoi to trudne zadanie. Policzyliśmy, że oprócz naszej stałej kilkuosobowej obsady występuje w każdym odcinku serialu około dwudziestu gościnnie grających wykonawców. Na przestrzeni 9 lat i ponad 200 odcinków można śmiało powiedzieć, że grała u nas większość aktorów polskich, a niektórzy nawet po kilka razy. Pojawili się ponownie nawet ci aktorzy, których postaci zostały wcześniej „zamordowane” w serialu. Mówiąc o aktorach i ich gażach nie sposób nie wspomnieć aspektu finansowego produkcji serialu. Nad tym czuwa od lat nasza kierowniczka produkcji Teresa Paszkiewicz i ona pilnuje też budżetu.

 

A w telewizji publicznej coraz mniej pieniędzy.
Trzeba przyznać, że obecnie z telewizją publiczną współpraca układa się nie najgorzej i to nawet pomimo ostatniego trudnego okresu. Z pewnością naszym dużym atutem w rozmowach z TVP będzie zdobyta niedawno Telekamera. Telewizja zamawia u nas co roku 26 odcinków w dwóch transzach: jesiennej i wiosennej. Tego typu zamówienie wymaga znaczącego wyprzedzenia czasowego, gdyż od zamówienia do emisji na antenie upływa z reguły około półtora roku – tak bowiem długo trwają wszystkie prace. Musimy więc zawczasu wiedzieć, czy telewizja decyduje się z nami dalej współpracować, czy też będzie chciała zakończyć produkcję.

 

A czy rzeczywistość, którą przedstawiacie w serialu z takim koniecznym wyprzedzeniem, czasami nie spłata figla?
Staramy się wiedzieć o różnych ważnych wydarzeniach wcześniej, ale oczywiście nie wszystko można przewidzieć. Mamy dobre relacje np. z Konferencją Episkopatu Polski, bo to jest przecież serial „pochylony” w kierunku Kościoła i często służy promocji ważnych wydarzeń z jego życia. Mieliśmy na przykład dwa specjalne odcinki serialu poświęcone Dniom Papieskim i Światowym Dniom Młodzieży. Mamy też oczywiście konsultanta kościelnego, który doradza nam w sprawach liturgii, żebyśmy nie popełnili błędu. Mamy też konsultanta policyjnego I medycznego. Nasze scenariusze, zanim trafią do telewizji, przechodzą przez wiele rąk specjalistów. Fabuła częściowo bazuje na oryginale włoskim, ale tylko w pewnej mierze, bo część tych historyjek jest dla nas za cienka. Zastanawialiśmy się po pierwszym sezonie i sukcesie „Ojca Mateusza”, na czym polega powodzenie tego serialu we Włoszech, a na czym u nas. Konsultowaliśmy to z naszymi licencjodawcami i okazało się, że dla widza włoskiego najważniejsi są ulubieni aktorzy. Widzowie ci kochają styl commedia dell’arte i postaci grane w tej konwencji są dla nich ważniejsze niż fabuła. Dla naszych widzów zaś najważniejsza jest ciekawa historia i chętnie tropią wszelkie nieścisłości w opowieści. A aktorów polscy widzowie po prostu lubią. W polskiej wersji serialu opowiadamy o losach naszych stałych bohaterów i postaci epizodycznych, ale każdy odcinek jest przede wszystkim zamkniętą fabularnie całością.

 

Artur Żmijewski zyskał ogromną popularność tym serialem, a teraz też reżyseruje „Ojca Mateusza”.
Propozycja reżyserowania była naturalna i nie była to pierwsza próba reżyserska Artura, który wystawił kilka sztuk teatralnych i reżyserował też kilka odcinków „Na dobre i na złe”. Poza tym on wie wszystko „od środka”; jak wygląda i o czym opowiada nasz serial. Oczywiście zawsze ma znaczące wsparcie ze strony operatora, szczególnie kiedy na planie musi być jednocześnie po obu stronach kamery.

 

Operatorzy i reżyserzy w tym serialu.
Mamy trzech głównych autorów zdjęć. W pierwszym sezonie pracował Jarek Żamojda, a potem dołączyli Adam Bajerski i Piotrek Wojtowicz. A reżyserzy, poza Dejczerem, Kostenką i Żmijewskim, to: Wojtek Nowak, Filip Zylber, Maciek Dutkiewicz i Jakub Miszczak. Każdy z nich realizuje w sezonie sześć albo siedem odcinków.

 

Zatrzęsło się przez chwilę, bo pojawiły się głosy, że „Ojciec Mateusz” zniknie z ekranu telewizyjnego, bo wchodzi podobna produkcja w programie II TVP2.
Nie, to były plotki. Myśmy nawet tego nie dementowali, bo to była zwykła nadinterpretacja dziennikarska. „Ojciec Mateusz” nigdy nie był zagrożony. Mamy stałą, bardzo równą widownię w czwartki o 20.30 w TVP1 i ta widownia nigdy nie spada poniżej 4 milionów. To bardzo dobra oglądalność przy wciąż topniejącej dziś widowni nadawcy publicznego. Z badań audytorium „Ojca Mateusza” wynika, że nasz serial, który jest miłą, dobrze kończącą się bajką z moralnym przesłaniem, oglądają najczęściej panie po pięćdziesiątce ze średnim wykształceniem i z mniejszych miejscowości. Widzowie w pełni akceptują naszą idealną plebanię, prowadzoną przez przystojnego księdza, który pomaga policji w załatwianiu najczarniejszych spraw. Śmiejemy się, że serialowy Sandomierz to miasto, w którym jest największa przestępczość w Polsce, ale też i największa wykrywalność tych przestępstw.

 

Serial „Ojciec Mateusz” lubi Sandomierz.
Tak, bo to jest miasto życzliwe i otwarte. Poza tym niebywale rozrosło się turystycznie. Organizowane są wycieczki „Szlakami Ojca Mateusza”, przybywa hoteli i wzrastają ceny nieruchomości. W tym roku przygotowana będzie, w porozumieniu z TVP, specjalna wystawa na rynku zatytułowana „Świat Ojca Mateusza”. Pokazane, a ściślej odtworzone tam zostaną stałe miejsca, w których toczy się akcja serialu, a naturalnej wielkości figury woskowe postaci z serialu będą dodatkową atrakcją. Często lokalni przewodnicy opowiadają niesłychane historie zwiedzającym i tworzą legendę miejsca i serialu. A prawda jest taka, że bywamy w Sandomierzu cztery razy do roku, łącznie około dwudziestu dni zdjęciowych. Reszta zdjęć – ponad sto dni – kręcona jest głównie w Warszawie i okolicach.

 

Pomagaliśmy też mieszkańcom Sandomierza zbierając dary podczas powodzi w 2010 roku. Zrealizowaliśmy nawet specjalny odcinek poświęcony tym dramatycznym wydarzeniom. Zorganizowaliśmy również na rynku wielki koncert z udziałem naszych aktorów z serialu i ich gości, a z uzyskanych funduszy wybudowano w Sandomierzu przedszkole im. Ojca Mateusza.

 

Na planie serialu pracują też gdańszczanie, a Ty jesteś gdynianinem, absolwentem uniwersytetów Śląskiego i Gdańskiego. Nie korci Cię film lub serial o Trójmieście?
Niedawno mieliśmy zdjęcia do jednego z odcinków z Mirkiem Baką, który zagrał u nas znakomicie. Występował też kilkakrotnie Igor Michalski. W ekipie pracuje Jacek Mocny – scenograf, Ala Lewicka – charakteryzatorka i Piotrek Mazurkiewicz – rekwizytor, który wywodzi się z Video Studio Gdańsk. To miłe trójmiejskie akcenty. Myślałem nawet o czymś naszym, wybrzeżowym, ale na razie zajęcia przy rozpędzonym „Ojciec Mateuszu” są tak absorbujące, że muszę być cały czas w Warszawie, a do Gdyni przyjeżdżam na weekendy. Muszę też przyznać, że hamuje mnie świadomość produkcyjna, bo – paradoksalnie – wszystko, co kręcimy poza Warszawą, jest dla producenta piekielnie drogie, a budżety seriali telewizyjnych są coraz mniejsze.

 

Szkoda. Jeszcze raz na Twoje ręce gratulacje dla całej ekipy serialu „Ojciec Mateusz” i dziękuję za rozmowę.

akpa20170130 telekamery2017 jk 0964

 

Ekipa „Ojca Mateusza” z telekamerą.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl