Najnowsze wydanie 30

 

okladka online magazyn pomorski 30

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Stocznia Crist ma 27 lat

00094286

 

Ireneusz Ćwirko (z prawej) i Krzysztof Kulczycki nagrodzeni za konsekwencję i determinację.

 

 

Spróbujmy powspominać. Dwóch przyjaciół, inżynierów okrętowców, postanowiło w 1990 roku rozpocząć własną inwestycję. 27 lat wspólnego bytowania, po drodze wiele przemian, zdarzeń. Jak Panowie dzisiaj wspominają tamten start i początki Stoczni Crist, która dzisiaj obsypana jest nagrodami, zaszczytami i uznawana za jedną z najlepszych w Europie.
Ireneusz Ćwirko: Poznaliśmy się w Stoczni Północnej, ale każdy z nas miał już za sobą sporo doświadczeń zawodowych. Obaj jesteśmy absolwentami Politechniki Gdańskiej. Ja skończyłem studia wieczorowe, a kolega w trybie dziennym. Zacząłem pracę w 1970 roku, tu w Gdyni i po 40 latach zatoczyłem koło, znowu wróciłem w to samo miejsce. W Stoczni Północnej pracowałem blisko 20 lat, ostatnie lata na wydziale K2 po powrocie z rejsu, gdzie pływałem jako inżynier gwarancyjny. To była końcówka lat 80. – zaproponowano mi wówczas, żebym wystartował w konkursie na dyrektora technicznego stoczni. Nie byłem członkiem partii, a kandydatów było dwóch, więc wybrano odpowiedniego człowieka na tamte czasy. Wtedy uznałem, że pora zmienić firmę. Pracowałem rok z kolegą, a potem postanowiłem założyć własną firmę. Zaczynałem od zera.

Krzysztof Kulczycki: Od lat 80. byłem praktycznie na swoim. Trzy lata spędziłem w Libii. Do 1983 roku pracowałem jako superintendent w administracji, która zajmowała się jednostkami rybackimi. W tym czasie budowano sześć trawlerów połowowych w Grecji. Później wróciłem do Stoczni Północnej, pracowałem trzy lata w biurze projektowym. Od 1986 roku przez dwa lata pływałem u Greków, potem był Dubaj i stocznia, a potem Kuwejt – i też stocznia. Po inwazji Iraku na Kuwejt wróciłem do Polski. Szybko znalazła mnie szwedzka firma, która chciała tu zbudować fabryki. Nie znałem się na laminatach, na rurach i zbiornikach, ale podjąłem się uruchomić fabrykę i produkcję. I tak się stało. To była połowa 1990 roku, ale już wiedziałem, że to mnie mało interesuje, dlatego nie widziałem siebie w tej firmie. We wrześniu spotkaliśmy się z Ireneuszem. Pogadaliśmy, umówiliśmy się na kolejne spotkanie przy piwie i dogadanie szczegółów. Niewiele później zapadła decyzja, a w październiku zarejestrowaliśmy i założyliśmy firmę.

 

Na początku były to urządzenia wentylacyjne?
I.Ć.: Niezupełnie. Robiliśmy też wiele innych rzeczy, współpracowaliśmy ze stoczniami remontowymi, ze stocznią rzeczną na Żuławach, robiliśmy różne konstrukcje, korzystaliśmy też z wcześniejszych doświadczeń laminatowych, nawet braliśmy udział przy budowie stacji paliwowej – rury były właśnie z laminatu.


K.K.: To był wówczas niewielki rynek, więc postanowiliśmy spróbować. Robiliśmy zbiorniki z laminatu, tzw. bioklery. Znaleźliśmy odbiorcę, instalowała to polska firma, choć sam patent był fiński. Musieliśmy się dozbroić w sprzęt, bo zależało nam na jakości naszych produktów. Szukaliśmy jakichś gwarancji, ale nie było to proste. Robiliśmy też równolegle produkcję stoczniową.

 

Heavy Lift Jack Up Barge - Zourite

 

Czy wtedy powstała nazwa Stocznia Crist?
I.Ć.: Nasza firma od założenia nosiła tę nazwę. Kolega Krzysztof – pierwsze litery imienia: Cristofer i imię mojej żony Krystyna, z tej zbieżności ułożyła się nazwa firmy.

 

Stocznia Crist to marka. Ale teraz Waszym udziałowcem jest firma z państwowej grupy MARS, wchodzącej w skład Polskiej Grupy Zbrojeniowej.


K.K.: Cały czas byliśmy spółką prywatną, przekształciliśmy się ze spółki
z o. o. w spółkę SA. Obaj byliśmy udziałowcami, a w 2013 roku nastąpiło kolejne przekształcenie.


I.Ć.: Trzeba jednak wyjaśnić, dlaczego tak się stało. Kupiliśmy suchy dok w 2010 roku i zbudowaliśmy za blisko 220 mln euro statek „Innovation” do stawiania farm wiatrowych. Został on zresztą statkiem roku w Europie. W 2012 roku przekazaliśmy jednostkę armatorowi. Niestety nie zapłacono nam za wszystkie prace i od 2012 roku jesteśmy w sporze na kwotę około 25 mln euro.

 

K.K.: Żeby nie utracić płynności finansowej musieliśmy znaleźć kogoś do współpracy. Były propozycje różnych funduszy zagranicznych, ale w pewnym momencie pojawiła się polska firma. Uznaliśmy to za dobrą decyzję, ale nie sądziliśmy, że dzięki wsparciu polskiego funduszu znajdziemy się w tak dobrej sytuacji, jak obecnie. Patrząc dzisiaj na sytuację gospodarczą i przemysł stoczniowy wiemy, jak silna jest nasza pozycja. Może nie wszyscy to jeszcze widzą, ale Stocznia Crist funkcjonuje, zatrudnia blisko dwa tysiące osób i buduje różnorodne statki specjalistyczne. W Europie jako jedyna.

 

536A9442

 

 1360339 k

 

Rynek offshorowy to specjalność tej stoczni.
I.Ć.: Przez te lata wykonywaliśmy różnorodne projekty w zależności od potrzeb rynku. Jesteśmy w stanie zrobić najbardziej skomplikowane konstrukcje stalowe. Stworzyliśmy kesony pod budowę wielkiego mostu w Szkocji. To są przęsła, które można spawać pod wodą. Zrobiliśmy śluzy do Bremerhaven – każda ma ponad dwa tysiące ton.

 

K.K.: To było 32-metrowe wejście do stoczni i portu w Bremerhaven, które poszerzono do 56 metrów. I trzeba było zainstalować dwie nowe śluzy. Zrobiliśmy trzy, bo zawsze powinna być jedna rezerwowa.

 

I.Ć.: Braliśmy też udział w budowie portu kontenerowego w Gdańsku, robiliśmy różne konstrukcje stalowe, wykonywaliśmy barki do przewozu elementów związanych z farmami wiatrowymi.

 

A słynna barka „Ośmiornica” („Zourite”)?
I.Ć.: To była bardzo ważna realizacja, nasze dzieło. Ta barka wspiera budowę autostrady we Francji wokół wyspy Reunion. Skały się osypują, jest niebezpieczeństwo przy transporcie normalną drogą lądową. Dlatego jest tam budowana autostrada przez wodę, 200 metrów od brzegu. „Zourite” realizuje kluczową część inwestycji, czyli umieszcza elementy autostrady na dnie morza. 95 proc. elementów konstrukcji jest przygotowywanych na lądzie, a potem właśnie dzięki barce można je transportować i usadawiać na dnie morskim. Budowę jednostki zlecili nam Francuzi, ale robiliśmy też projekty dla Greków, Norwegów, Niemców.

 

Ile projektów zrealizowaliście w Stoczni Crist przez te 27 lat?
I.Ć.: Ponad 350, każdy inny, prawie każdy prototypowy. Nie baliśmy się wyzwań. Do np. „Innovation” startowaliśmy w przetargu z trzema stoczniami niemieckimi. Zaoferowaliśmy wykonanie jednostki w terminie 24 miesięcy, stocznie niemieckie między 32 a 36 miesięcy.

 

A to nie było szaleństwo, te 24 miesiące?
I.Ć: Podjęliśmy ryzyko i zrobiliśmy to w zaplanowanym czasie. Tylko w trakcie budowy, gdy ten projekt został nam przekazany, okazało się, że aby spełnić założenia armatora, np. osiągnięcie prędkości, system podnoszenia itd., trzeba zmienić kształt kadłuba. Przy jego pierwotnym kształcie nie dało się tego wykonać, więc musieliśmy zrobić swoje badania modelowe. Okazało się, że trzeba jednocześnie przeprojektować statek i go budować, żeby ten czas 24 miesięcy utrzymać. Teraz spieramy się z armatorem o te dodatkowe prace, czyli pieniądze za nasze działania. To niebagatelna suma 25 mln euro.

 

K.K.: Również z tego powodu zaczęliśmy współpracę z państwową grupą MARS. To była finansowa konieczność.

 

Wasza działalność i zawodowa aktywność przez te wszystkie lata łączyła się z wielkim ryzykiem, nie tylko finansowym. Czy jesteście Panowie ryzykantami?
K.K.: Szczerze? Jesteśmy racjonalnymi ryzykantami – tak to można określić.

 

I.Ć.: W biznesie nie ma tak, że wszystko jest łatwe. Wiele zależy po pierwsze – od szczęścia, a pod drugie – od wiedzy. W naszą działalność jest na pewno wkalkulowane ryzyko. Kiedy byliśmy w Gdańsku, w pierwszej fazie naszej działalności mieliśmy kilka dzierżawionych powierzchni i budowaliśmy tam statki różnego typu. Robiliśmy to dosłownie w polu, przy kawałku nabrzeża. Budowaliśmy statki, wciągaliśmy je potem na pontony. Na specjalnie robionych zdjęciach wyglądało to, jakby w krzakach stał budowany przez nas kontenerowiec.

 

K.K.: Te zdjęcia odpowiednio kadrowali nasi konkurenci z innych stoczni.

 

I.Ć.: Największy obiekt, jaki tam robiliśmy, był rzędu 120 metrów o ciężarze w granicach trzech tysięcy ton. Sprowadziliśmy obiekt pływający, który mógł na siebie wziąć tę konstrukcję i chyba dwie doby wciągaliśmy ją na ponton. Wodowaliśmy pod kątem. W tej dziedzinie mieliśmy sporo różnych doświadczeń. To nie były typowe wodowania, bo nie było pochylni, nie było doku.

 

Czyli byliście uparci i konsekwentni.
I.Ć.: Zdecydowanie tak. Pierwsze lata pracowaliśmy szesnaście i więcej godzin na dobę, w nocy często byliśmy w stoczni. Ale też zasadniczą sprawą dla nas były terminy. I tu mieliśmy przewagę, bo przez te wszystkie lata dotrzymywaliśmy terminów i... jakości. I te dwa kryteria do dzisiaj są na rynku doceniane. Obecnie klienci sami do nas przychodzą, bo znają Crist i wiedzą, na co mogą liczyć.

 

Czy zawsze w stu procentach ufano w to, co robili Panowie w Stoczni Crist?
I.Ć.: Nie zawsze, czasami pojawiały się wątpliwości. Francuzi je mieli przy budowie „Zourite”. Termin był 400-dniowy, co było prawdziwym wyzwaniem. Ostatnio zmagaliśmy się z platformą Lotosu, którą trzeba było wprowadzić do doku. Włosi, którzy robili projekt mówili, że nie mamy szans, bo w Europie jest tylko jeden dok, gdzie można wejść z takim zanurzaniem i z tymi wystającymi „nogami” platformy. Mówili o Rotterdamie. My się jednak nie poddaliśmy i wjechaliśmy do doku za pomocą pontonów wypornościowych. Włosi przecierali oczy ze zdumienia.


Dostaliście Panowie niedawno nagrodę Pracodawców Pomorza Złote Oxery za konsekwencję i determinację w budowaniu własnej firmy.
I.Ć.: Dzisiaj jesteśmy w Radzie Nadzorczej i szukamy cały czas nowego modelu rozwoju stoczni Crist. Uważamy zresztą, że budowaliśmy tę firmę nie tylko dla siebie. Gospodarka morska była tutaj kiedyś bardzo ważna, co widać na przykładzie profesjonalnej kadry inżynierskiej o wielkich kwalifikacjach. Dzisiaj Crist powinna kontynuować misję rozwoju polskiego przemysłu stoczniowego, funkcjonując dalej jako stocznia prywatna. Armatorzy, którzy od wielu lat z nami współpracują, wierzą nam, naszemu doświadczeniu i profesjonalizmowi. To zaufanie, które budowaliśmy latami, dzisiaj procentuje.

 

K.K.: Najważniejsze, że jest z kim rozmawiać. Procedury obowiązują, to oczywiste, ale decyzje możemy podejmować szybko, w ciągu kilku dni. To jest gwarantem naszych dobrych relacji z armatorami. Najważniejsze, by decyzji nietrafionych było jak najmniej.

 

I.Ć.: Do tej pory mieliśmy szczęście.

 

K.K.: Staramy się współpracować z każdą stocznią europejską, a nie tylko konkurować. Rynek europejski jest wąski i chęć istnienia zmusza do współpracy. Informujemy się o klientach i naszych działaniach. W Europie działamy wspólnie, ale w Polsce to jeszcze nie zawsze jest normą. We współpracy trzeba być uczciwym, a konkurencja bez fauli mobilizuje.

 

Dziękuję za rozmowę, gratuluję dotychczasowych wyróżnień i nagród. I życzę następnych.

 

Rozmawiała Alina Kietrys

 

Gala PP 128

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl