Najnowsze wydanie 30

 

okladka online magazyn pomorski 30

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Byłem skazany na piłkę...

m00080677

 

Rozmowa z trenerem Lechii Gdańsk, Piotrem Nowakiem, głównie o futbolu, ale i o świętach w Ameryce…

 

Jest Pan wychowankiem Włókniarza Pabianice. Pamięta Pan swój pierwszy trening? Ile miał Pan wówczas lat?


To nawet trudno stwierdzić tak jednoznacznie, bo praktycznie pierwsze trzy lata swojego życia spędziłem na boisku. Mój ojciec był piłkarzem i trenerem we Włókniarzu Pabianice, a my mieszkaliśmy w pokoju hotelowym nad szatniami, tuż przy płycie głównej. Tata zabierał mnie na treningi, jeździłem na zgrupowania ze starszymi chłopakami i z seniorami. Nie miałem wyjścia, po prostu byłem skazany na piłkę. Zresztą moje całe życie, czy to młodzieńcze, czy już dorosłe, było i jest jej podporządkowane.

 

Grał Pan w Polsce, Europie i w USA. Który z trenerów miał największy wpływa na Pana karierę?


Ze względu na niezbyt imponujące warunki fizyczne, jak i fakt, że moim atutem zawsze była lewa noga, bo prawa służyła mi jedynie podczas wsiadania do tramwaju, trenerzy zazwyczaj ustawiali mnie na lewej pomocy. Owszem technikę miałem dobrą, bo o to zadbał mój ojciec, który zawsze mi powtarzał, że aby walczyć z rosłymi obrońcami muszę być od nich sprytniejszy, zwinniejszy i lepiej wyszkolony technicznie. Później miałem różnych trenerów, zazwyczaj bardzo dobrych i wymagających, ale tym, który ustawił mnie na środku pomocy był, nieżyjący już niestety, Władysław Stachurski. On właśnie dojrzał we mnie potencjał do gry kombinacyjnej, nieszablonowej i nie bał się zaryzykować przydzielając mi rolę „wolnego elektronu”. W Szwajcarii trafiłem na trenera Martina Trumplera, który przynajmniej raz w tygodniu wbijał mi do głowy, abym się zastanowił, jakim chcę być piłkarzem, co chcę w życiu osiągnąć; pytał dlaczego, z moim talentem, nie przykładam się do pracy. To ostatnie, to efekt cyklicznych biegów w terenie na dystansie kilku kilometrów. Limitu czasowego nie było, kto był wcześniej, mył się i szedł do domu. Ja zawsze człapałem na szarym końcu, a trener na mnie czekał i do znudzenia powtarzał, że piłkarsko mam wszystko, ale nie chce mi się pracować. Był tak konsekwentny w tych wykładach, że zacząłem się nad tym zastanawiać. Po kilku miesiącach przybiegałem jako drugi, tego pierwszego nigdy nie mogłem dogonić. Zrozumiałem, do czego chcę dążyć. Trumpler zmienił mnie jako człowieka i jako piłkarza. Szkoda, że tak późno.

 

Był Pan kapitanem reprezentacji Polski w latach 1996-1997. Czy bycie kapitanem drużyny, to jedynie wykładnia piłkarskich umiejętności, wieku, stażu w drużynie, czy dochodzą do tego także aspekty osobowości?


Nie będę oryginalny mówiąc, że wszystkiego po trochu. W czasach, które Pan wspomniał, w kadrze była ekipa piłkarzy starszych z dorobkiem, jak Romek Kosecki, Andrzej Wożniak, Maciek Szczęsny czy chociażby i ja oraz ci młodsi, opromienieni jeszcze blaskiem srebra z igrzysk w Barcelonie z Juskowiakiem, Kowalczykiem czy Koźmińskim. Wspólnie tworzyliśmy wybuchową mieszankę na boisku. Każdy miał swój charakter, ale ich połączenie dawało wyniki. Potrafiliśmy znaleźć wspólny język mimo różnicy wieku. Funkcja kapitana to jednak również pochodna umiejętności. Sam dostałem się do reprezentacji i zostałem jej kapitanem dopiero wówczas, gdy zacząłem grać w Bundeslidze i to na najwyższym poziomie. Osobowość człowieka, jego zdolności przywódcze, umiejętność budowania autorytetu, łatwość rozwiązywania konfliktów czy tonowania nastrojów, to równie ważne składowe boiskowego przywódcy.

 

Czasami jest tak, że kapitana drużyny wybierają sami piłkarze, czasami wyznacza go trener. W przypadku gdańskiej Lechii to Pan podjął tę decyzję, stawiając na Sebastiana Milę, którego zastępcą jest Milos Krasić. Czym Pan się kierował?


Obserwacją. Gdy pojawiłem się w klubie zauważyłem, że siłą rzeczy utworzyły się trzy grupy: polska, portugalska i, nazwijmy ją, bałkańska. Trzeba było to jakoś poukładać, zintegrować, posklejać, by powstała jedna całość. Sebastian pasował do tej roli od razu, chociażby z racji właśnie swojej osobowości, elokwencji i faktu, że jego po prostu nie da się nie lubić. A w dodatku jeszcze jest niesamowicie związany z Lechią emocjonalnie. Na pierwszym zgrupowaniu w Turcji, do wspólnego stołu zaprosiłem Milosa i tak sobie w trójkę porozmawialiśmy o piłkarzach, o ich podejściu do pracy, o sprawach boiskowych i pozaboiskowych, o partnerstwie, ale i odpowiedzialności za drużynę. No, a potem oni załatwili resztę w szatni.

 

Przejdźmy na moment na inne podwórko. Czy podziela Pan opinię, że biznes i piłka nożna, generalnie sport, to dwie połówki tego samego jabłka?


Bezsprzecznie. Biznes jest obecnie nieodłączną częścią futbolu, jak i całego sportu. Stwierdzę nawet, że sport napędza gospodarkę, napędza biznes, który mimo licznych innych możliwości rozwoju od dawien dawna trzyma się bardzo blisko tej dziedziny życia. A korzyści są obopólne.

 

No to wracamy na boisko. Dlaczego zdecydował się Pan na pracę w Lechii? Na pewno zrobił Pan wcześniej rozeznanie i wiedział, że ta funkcja w Gdańsku przypomina jazdę tramwajem. Co przystanek, jeden wysiada, drugi wsiada.


Obaw nie miałem. Proszę pamiętać, że już dwa lata wcześniej otrzymałem z Lechii propozycję, jednak wówczas nie było sprzyjających okoliczności, aby nastąpiła finalizacja tych rozmów...

 

...w tym czasie był Pan przymierzany do funkcji trenera reprezentacji Polski. Między innymi i o to chodziło?


Nie, absolutnie nie. Zresztą z tym przymierzaniem do roli selekcjonera kadry, to więcej było medialnych spekulacji i dziennikarskiego koncertu życzeń niż życiowych realiów. Wracając do wcześniejszego pytania, to powtórzę raz jeszcze, że obaw nie miałem. Chociaż... słyszałem głosy, że podejmuję się roli sapera, że faktycznie rotacja trenerów jest częsta; że jeden utrzymał się przez dziewięć miesięcy, inny tylko przez trzy, że teraz, gdy obejmę drużynę, to ma ona tylko dwa punkty przewagi nad tzw. strefą spadkową, i że generalnie to trudny teren. Mnie przekonał prezes Mandziara, którego znałem wcześniej. On powiedział o podzieleniu ról. To, co należy do jego obowiązków, jest jego, to co jest moją „działką”, czyli drużyna, pozostawia w mojej gestii. Wraz z panem Wernze, właścicielem klubu, zapewnili mnie, że, mówiąc kolokwialnie, mam pole do popisu. A mnie właśnie na partnerstwie opartym na takich zasadach zależało. I dlatego znalazłem się w Lechii.

 

A piłkarze nie narzekali na brak stabilizacji na stanowisku trenera?


Jasne, że narzekali i to wielokrotnie. Mówili, że to wpływa na ich grę. Powiedziałem im jedno. To nie kwestia jednego czy drugiego trenera, który jest krócej albo dłużej. To wy nie wierzycie w swoje umiejętności, w to, że jesteście naprawdę dobrymi piłkarzami, że w tę piłkę potraficie grać. Tylko jest jedno ale... a to „ale” trzeba przekuć na boisko. I sami musicie wierzyć w to, co wy i ja, jako drużyna, chcemy osiągnąć. Myśli Pan, że od razu ich przekonałem? Otóż nie. Nie do końca wierzyli w to, co im zaproponowałem. Ale z czasem to się zmieniło. Do perfekcji jednak jeszcze daleko. Na nią potrzeba czasu i cierpliwości. Proszę pamiętać, że piłkarz to też człowiek i ma swoje życie poza boiskiem, a to wszystko później ma wpływ, mniejszy lub większy, na boisku. Oni sami muszą dojść do wniosku, szczególnie ci młodzi piłkarze, a ich w Lechii nie brakuje, jaki wytyczają sobie cel na dziś, ale i na przyszłość. Ja to zrozumiałem grając w Szwajcarii, po tych cotygodniowych „wykładach” trenera Trumplera. Szkoda, że miałem wówczas 28, a nie 20 lat...


No to jeżeli klub jest poukładany profesjonalnie, ma ludzi w osobach panów Wernze, Mandziara i Nowaka jako trenera, to czego brakuje, jeżeli jeszcze brakuje Lechii do zdobycia tytułu Mistrza Polski?


To nie tak. W rundzie wiosennej ubiegłego sezonu chcieliśmy być w pierwszej „ósemce”, gdyby nie pewne straty punktowe, gdyby nie mecze, które nam „uciekły”, być może gralibyśmy teraz w pucharach europejskich. Ale wszystko po kolei, na wszystko przyjdzie czas. Na razie chciałbym, abyśmy byli w tym sezonie określani mianem pretendenta do wygrania Lotto Ekstraklasy, a właściwie do zajęcia lepszego miejsca niż w ubiegłym sezonie. Wychodząc z takiego założenia, zdecydowanie lepiej będzie nam pracować nad uzyskaniem końcowego sukcesu, jakikolwiek on by był i jakiekolwiek miejsce byśmy zajęli, w kontekście tego z ubiegłego sezonu. Na razie najważniejsze są zwycięstwa, nawet te wyszarpane mozolnie albo odniesione w ostatnich sekundach i to w dodatku z potencjalnie słabszym rywalem. Takie wygrane powinny cieszyć najbardziej i to powtarzam swoim chłopakom. Nie sztuką jest wygrać 3:0 czy 5:0, gdy rywalowi nie idzie i obnażamy jego słabości; sztuką jest wygrać, gdy my mamy słabości, gdy nam nie idzie. Z tych zwycięstw powinniśmy się cieszyć najbardziej, bo to świadczy o charakterze drużyny i każdego piłkarza indywidualnie. Wolę mówić o nas, jako pretendentach do korony mistrzowskiej i niech tak zostanie. W dodatku, proszę pamiętać, że do końca rozgrywek pozostało do rozegrania 19 meczów. Wszystko może się zdarzyć.

 

Ale święta Bożego Narodzenia będą na pewno. Gdzie je Pan spędzi?


Wracam do Ameryki, do rodziny.

 

A jak wyglądają Państwa święta w Ameryce?


Zawsze tak samo jak w Polsce. Kultywujemy nasze tradycje, więc nic się nie zmienia od wielu lat. Na stole zawsze pojawiają się te same potrawy, polskie dania. Nie ma większego problemu, aby je zdobyć, bo zazwyczaj wszędzie, gdzie mieszkaliśmy w Stanach, były polskie sklepy. Moja żona gotuje typowo, jak w kraju, a zatem te święta nie będą inne niż te w Polsce. Chociaż, na przykład, karpie amerykańskie nie mają tak dobrego smaku, jak nasze. Choinka też jest naturalna, bo inaczej być nie może. Na Florydzie tylko jest problem z tym drzewkiem... Ale, jeżeli chodzi o stół, to jest on polski w... Ameryce.

 

A co musi znaleźć się koniecznie na stole wigilijnym w domu Piotra Nowaka?


Zupa grzybowa. Nikt jej tak wspaniale na świecie nie robi, jak moja małżonka. To jest podstawa.

 

A co chciałby Pan dostać w prezencie pod choinkę? Nowego obrońcę, czy coś osobistego?


Nigdy nie oczekiwałem prezentów. Nawet gdy byłem małym chłopcem. Zawsze uznawałem, że w życiu nie brakowało mi niczego, więc i niczego domagać się nie powinienem. Nie myślałem o rowerach, o samochodzikach, a piłkę w domu miałem zawsze. Życie dało mi tak wiele, jak chociażby wspaniałe kobiety mojego życia, czyli żonę i dwie cudowne córki. Dlatego uważam, że dostałem już wszystko, czego mi potrzeba. Oczywiście moja żona zawsze jakiś prezencik dla mnie przyszykuje...

 

...a Pan dla niej?


Ona ma podobne podejście, jak ja. Też uważa, że ma wszystko. Ale jasne, że nie pozostaję dłużny. Też kupuję...

 

No, a co z tym obrońcą pod choinką?


To już jest kwestia na nowy rok, ewentualnie, podobnie jak i inne potencjalne wzmocnienia.

 

Dziękuję za rozmowę i wesołych świąt dla Pana i całej drużyny!


Wzajemnie.


Rozmawiał: Piotr Rymsza

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl