Najnowsze wydanie 29

 


okladka online magazyn pomorski 29

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

25 lat na scenie Mam wielki apetyt na realizację marzeń!

hr-160209Portret-MK0246

Z Tomaszem Podsiadłym, aktorem, reżyserem,  konferansjerem rozmawia Alina Kietrys.

 

Znamy się kilka ładnych lat, karierę artystyczną zaczynał Pan jeszcze jako zdolne dziecko, a w swoim portfolio ma Pan nazwiska znanych reżyserów, z którymi współpracował, m.in. Jarosława Kiliana, Wojciecha Kościelniaka. I co tu kryć, Pan świadomie startował w świat artystycznej bohemy.

 

W domu był zawsze obecny teatr, o nim się rozmawiało, dyskutowało i plotkowało. Dziadkowie oboje byli śpiewakami opery w Gdańsku, od początku, od kiedy zaistniało studio operowe. Pamiętam swoje pierwsze przedstawienie operowe, na które mnie prowadzono. Miałem wtedy ze sześć lat, a wszystko pamiętam z detalami: scenografię na scenie i fotel, w którym siedziałem na widowni. To była opera „Straszny dwór” Stanisława Moniuszki z przepiękną scenografią Wiktora Zina. Kiedy byłem w ósmej klasie podstawówki, miałem wtedy 14 lat, usłyszałem w radiu komunikat o przesłuchaniach do spektaklu w teatrze, dzisiaj byśmy powiedzieli - o castingu. Szukano młodych wykonawców do „Księcia i żebraka” Marka Twaina w Teatrze Miejskim w Gdyni. Pojechaliśmy na to przesłuchanie całą rodziną, w wielkich emocjach i z niepewnością. Udało mi się tę rolę dostać, ale nie od razu. Były dwa etapy tego castingu i wybrano wówczas aż czterech chłopców – dwóch wyglądających dość dorosło, którzy byli bardzo podobni do siebie, i dwóch takich dziecięcych. Ja byłem w tym drugim duecie. I dopiero na pierwszej próbie reżyser Jarosław Kilian (scenografię robił jego ojciec, już niestety nieżyjący świetny scenograf Adam Kilian), zdecydował, że jednak atrakcyjnie będzie, jeśli te role zagrają chłopcy o dziecięcej fizjonomii. I po latach, kiedy już kończyłem Studio Wokalno-Aktorskie przy Teatrze Muzycznym w Gdyni, jeden z kolegów przy jakiejś rozmowie o bieżącym castingu powiedział: Ja już z tobą raz przegrałem. Nie wiedziałem oczywiście o czym mówi, więc zapytałem, a on mi przypomniał, że też startował do spektaklu „Księcia i żebraka” i był w tym starszym z wyglądu duecie. Zresztą spektakl w Teatrze Miejskim był świetnie wypromowany i było głośno o tej realizacji w Polsce.

 

Tradycja operowa w domu, znany i doceniany dziadek – solista Opery Bałtyckiej Jerzy Podsiadły – to zapewne buduje w młodym człowieku swoistą wrażliwość.


Wrażliwość w zawodzie artystycznym jest wręcz konieczna, z drugiej strony na dzisiejszym rynku artystycznym trzeba mieć sporo odporności i wrażliwość może być przeszkodą. Wtedy trzeba z nią walczyć, żeby sobie po prostu radzić na co dzień. W domu opowiadano mi o teatrze lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. I na pewno był to inny teatr, niż dzisiaj. Mieliśmy inny ustrój, ale wtedy łatwiej było tworzyć teatr. To może dziwnie brzmi, ale wiele osób mi o tym mówiło w różnych teatrach w ciągu ostatnich lat. Teatr był absolutną odskocznią od życia codziennego, często był ucieczką, ale nie było wtedy komercji. Opowiadano mi o teatrze pełnym tajemnic, a dzisiaj w tej pogoni za sławą i pieniędzmi nie ma tej niezwykłości. I ja jestem rozczarowany, bo myślałem o innym teatrze, tym z opowieści znajomych moich dziadków i rodziców. Mam świadomość, że przedstawiano mi to bardzo kolorowo. Oczywiście jestem bardzo wdzięczny za moją domową wrażliwość, którą dostałem, bo jak pisał Witkacy: ...bez tego nic z tego. Ale czasami wrażliwość utrudnia – to fakt.

 

Nawet jeszcze w latach 90. ci ludzie, którzy uczyli mnie teatru, żyli tym innym teatrem. Na pięć sezonów zakotwiczyłem w Teatrze Miejskim w Gdyni. To było za czasów dyrektora Krzysztofa Wójcickiego, niestety już nieżyjącego człowieka z wyobraźnią. I byłem tam swoistym adeptem, a artyści gdyńscy żyli swoim teatrem, byli tam jak w rodzinie, teatr był ich domem. Doświadczyłem tam wiele dobrego, choć to była szkoła życia i z cieniami, i z blaskami, ale było to prawdziwe. I to jest chyba słowo-klucz. Prawdziwe! Pan Stefan Iżyłowski, Kuba Zaklukiewicz, Sławek Lewandowski, Mariusz Żarnecki to świetni aktorzy; Żarnecki zaczynał wtedy w Teatrze Miejskim i jego niezapomniana rola Miętusa w „Ferdydurce” Gombrowicza. Mam ciary na plecach, jak dzisiaj sobie go przypominam na scenie. Spotkałem Żarneckiego wcześniej niż w teatrze, jeszcze w II LO w Gdyni, gdzie prowadził zajęcia w mojej teatralnej klasie.

 

hr-160209Portret-MK293853

 

Czy pamięta Pan swoich profesorów ze studium aktorskiego w Gdyni?


Oczywiście. Miała na mnie wielki wpływ i była moją bratnią duszą profesor od śpiewu – Anna Bartoszyńska, zresztą młodsza koleżanka mojej babci z Opery Bałtyckiej. Nauczyła mnie bardzo dużo, a co ważniejsze, pomogła mi przejść przez wszystkie zakręty w szkole, których nie brakowało, bo to naprawdę trudne studia. To jest zawód, w którym prowadzi się życie w wiecznej konkurencji na każdym etapie: czy w szkole, czy debiutując, czy potem w teatrze, czy nawet w tym, co teraz robię. Zszedłem ze sceny jako aktor, a stałem się konferansjerem i reżyserem. Fantastycznie też ze studium wspominam Dorotę Kolak. Mieliśmy z nią tylko przez rok zajęcia, była to praca nad wierszem – znakomita pedagog, ale też świetny człowiek. To był mój drugi rok w studium, ale też rok dużego własnego zakrętu; gdzieś się pogubiłem, to był swoisty bunt, ale jak dzisiaj na to patrzę już na chłodno, z dystansem, to był uzasadniony. Bo to był bunt z tego powodu, że się nie zrealizowało coś, co powinno się zrealizować.

 

Brzmi tajemniczo.


Każdy aktor ma jakąś swoją tajemnicę. Czasami niejedną. I właśnie wtedy pani Dorota Kolak rozmawiała ze mną ze dwa, trzy razy na korytarzu. Ona pewnie tego nie pamięta, ale dla mnie to były bardzo ważne spotkania. Te rozmowy zaważyły na mojej dalszej drodze, także zawodowej. Jestem tego pewien.

 

A który reżyser był ważny w Pana aktorskiej drodze?


Już po studiach spotkałem Wojtka Kościelniaka, reżysera wyjątkowego, ze znakomitym wyczuciem sceny i aktora. Wiem dzisiaj, że to, co teraz robię jako reżyser, ma właśnie silną pieczątkę Wojtka Kościelniaka i jego myślenia, to on wpłynął bardzo na moje wyobrażenie o teatrze.

 

Lubi Pan reżyserować Witkacego?


Tak, nawet bardzo. Wpierw było "W małym dworku", a teraz jest „Sonata Belzebuba”. To autor mnie uwodzi żartem. Reżyseria zdarzyła mi się przy okazji, bo jestem niespokojną naturą i lubię wyzwania. Pracowałem z młodzieżą, m.in. W teatrze Junior przy Teatrze Muzycznym, a dzisiaj pracuję ze Sceną 138. Lubię obserwować dojrzewanie młodych ludzi. Publiczność kupuje to, co robię i to mi sprawia satysfakcję. Pan Jarosław Wojciechowski wymyślił sobie scenę w Gdyni w Centrum Kultury. A ja tam pracuję dwutorowo – z amatorami na Scenie 138 robimy literaturę bajkową i Witkacego, a z zawodowcami, profesjonalnymi aktorami, robimy inne spektakle. Zaczynaliśmy od „Balladyny” Słowackiego.

 

Zdradził Pan aktorstwo dla konferansjerki.


To był absolutny przypadek. Zaproponowano mi współprowadzenie zawodów konnych w Salinie i powiem szczerze, że kiedy zacząłem mówić do mikrofonu do tłumu i wiele osób zaczęło reagować i robić to, o co prosiłem, poczułem nagle siłę takiego działania. A to była nowa jakość. I zacząłem tego szukać. W sumie aktorem byłem osiem sezonów, a jako konferansjer pracuję już dłużej. Wtedy musiałem wybierać między aktorstwem a konferansjerką, a dzisiaj uważam, że to była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć. To dobre doświadczenie. Przyjemność sprawia mi prowadzenie koncertów i festiwali muzyki poważnej. Poprowadzę i wyreżyseruję w grudniu koncert-marzenie w Operze Bałtyckiej, czyli wielki jubileusz świetnego gdańskiego śpiewaka operowego Floriana Skulskiego. To 80. urodziny tego Artysty. Pierwszy raz stanę po drugiej stronie rampy w tej operze i na pewno będę miał gonitwę myśli. Wie pani, jak to jest na scenie. A mimo to na pewno będę widział swój fotel ze „Strasznego dworu” – tego spektaklu sprzed lat.

 

Profesjonalista też ma tremę?


Gdybym nie miał tremy, trzeba by zrezygnować z zawodu, bo to by oznaczało, że mój perfekcjonizm zawodzi. I trema wcale nie jest mniejsza z latami.

 

W tym roku mija Panu 25 lat pracy na scenie.


Nawet nie wiem, jak to zleciało. Mam nadzieję, że jeszcze wiele rzeczy się wydarzy, że to dopiero rozpęd. Czuję się dorosły, potrzebny, zatrudniony i mam wielki apetyt na realizację swoich wielu marzeń.
Mam jednak jakiś problem z tą swoją potencjalną połową życia, bo w przyszłym roku stuknie mi czterdziestka. Muszę się z tym oswoić.

 

Dziękuje za rozmowę i życzę realizacji marzeń w przyszłym roku, roku czterdziestki!

 

hr-160209Portret-MK0392

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl