Najnowsze wydanie 30

 

okladka online magazyn pomorski 30

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Nie wszystko

amb125

Rozmowa z Beatą Tyszkiewicz, przewodniczącą rady Fundacji Dzieciom „Zdążyć z Pomocą”

 

 

Przyjechała Pani do Gdańska z wystawą fotografii "Moje dzieci – moja miłość" do Centrum Międzynarodowych Targów Gdańskich. Odbyła Pani kilka spotkań i spacerów sentymentalnych w Trójmieście.

 

To prawda, otoczono mnie tu szczególną opieką. Czułam się jak na wakacjach. Prezesa targów gdańskich pana Andrzeja Kasprzaka spotkałam kiedyś dość przypadkowo. To był szczęśliwy zbieg okoliczności, porozmawialiśmy i okazało się, że moje fotografie warto też pokazać w Gdańsku w czasie Targów Bursztynu w Amber Expo. I tak tu trafiłam. Pokazywanie fotografii dzieci, ale przede wszystkim moich córek [Karoliny Wajdy i Wiktorii Padlewskiej – przyp. red.] w różnym okresie ich życia i w różnych stanach mojej duszy jest zawsze dla mnie przeżyciem. Te zdjęcia były wcześniej pokazywane w Zachęcie w Warszawie za czasów dyrekcji Andy Rottenberg. I miały wzięcie. Kiedyś już mówiłam, że pasja do fotografii i miłość do mego życia, jakie sobie stworzyłam – to w pełni mój wybór. Dla odróżnienia: nie ja wybrałam film, to film wybrał mnie.


W Gdańsku też podobały się te fotografie, a Pani pozowała na ich tle z radością.

Zawodowy nawyk. Jeśli mnie ktoś o coś prosi, szczególnie gdy dotyczy to mojej pracy, staram się sprostać oczekiwaniom. Dlatego tak chętnie spotykałam się z publicznością – i na wystawie, i w bibliotece. Ludzie mnie inspirują, bo myślę, że mogę inaczej siebie pokazać, choć jak Pani wie, nie wszystko jest na sprzedaż.


A sentymentalnie byłam w Sopocie, na plaży i w mieście. Poszłam w te same miejsca, które kiedyś były dla mnie ważne, bo mam swój epizod sopocki. Ostatni raz w Trójmieście spędziłam parę dni cztery lata temu. Czas tak szybko biegnie… Sopot to szczególne miejsce, tu mieszkał mężczyzna, w którym się zakochałam. W mojej książce zatytułowanej Nie wszystko na sprzedaż jest zdjęcie z Sopotu z 1964 roku. Plaża przed Grand Hotelem i my: moja przyjaciółka Basia Baranowska-Rudnicka, Jerzy Andrzejewski, Andrzej Wajda, Kazimierz Brandys i ja. Czasami też zaglądał do nas Antoni Słonimski, bo tak jak my mieszkał w domu ZAIKS-u. Jeździłam do Sopotu zawsze w czerwcu, cudownie tam odpoczywałam nawet po najtrudniejszych filmach, jak choćby po Pierwszym dniu wolności, w którym zagrałam z moim przyjacielem Tadeuszem Łomnickim, bardzo ważnym dla mnie człowiekiem i aktorem. W tym filmie grała też moja przyjaciółka Elżbieta Czyżewska. Też bardzo ważna dla mnie osoba.

 

Nie ocalały właściwie żadne zdjęcia z Pani dzieciństwa, czy dlatego z taką uwagą fotografuje Pani dzieci?

 

Tak. Mam zaledwie kilka swoich zdjęć, a jedno dostałam od przypadkowo spotkanej na ulicy pani. To było wzruszające. Nie ocalały zdjęcia, ale ocalała i przetrwała moja chęć poszukiwania wszystkiego, co związane jest z miejscem urodzenia i rodziną. Urodziłam się w letniej rezydencji Jana III Sobieskiego w Wilanowie 14 sierpnia 1938 roku, nie ukrywam wieku. Ciocia Be, czyli Beata Branicka, sprawiła, że moje dzieciństwo było zaczarowane. Moja mama – Barbara z domu Rechowicz i ojciec – Krzysztof Tyszkiewicz spotkali się w Krakowie na studiach rolniczych na Uniwersytecie Jagiellońskim. Rodzice mego ojca mieli pałacyk przy ul. Litewskiej (vis a vis teatru Syrena). Stoi do dzisiaj, mieści się w nim ambasada Słowacji. Tyszkiewiczowie byli spokrewnieni z Habsburgami. Mam jeszcze o cztery lata młodszego brata Krzysztofa Jana Benedykta, urodził się w czasie wojny. To z nim w Wilanowie przeżyłam Powstanie Warszawskie. Widziałam łuny palącej się Warszawy. Po wojnie mój ojciec został w Anglii, a mama często zmieniała miejsca pobytu i pracę. Mieszkaliśmy w Krakowie, w Bronowicach, mama pracowała na Uniwersytecie Jagiellońskim, a potem w Muzeum Narodowym w Krakowie współpracowała z prof. Lorentzem. Prowadziła też ośrodek w Bierutowicach, a potem pod Jelenią Górą – Paulinum. I wszędzie do nas przyjeżdżali znakomici ludzie: profesorowie Kazimierz Kuratowski z córką Zofią, późniejszą wicemarszałek Senatu, Kazimierz Komaniecki, Władysław Tatarkiewicz, Stanisław Lorentz, prof. Zachwatowicz z córkami. Krystyna Zachwatowicz tak jak ja kochała koty, a potem została żoną Andrzeja Wajdy. Bywał też profesor Aleksander Gieysztor. Poznałam Marię Dąbrowską, Ankę Kowalską i Stanisława Dygata. Mieszkaliśmy też z mamą w Laskach, a potem mama pracowała w redakcji „Szpilek” w Warszawie dzięki Erykowi Lipińskiemu i Edmundowi Osmańczykowi.

 

Człowiek przy okazji takich spotkań wiele zyskuje. Miała Pani szczęście.

 

Zdecydowanie ma Pani rację. Miałam szczęście do wręcz historycznie ważnych kontaktów. Ci wspaniali ludzie tworzyli naszą naukę i kulturę. To było fascynujące.

 

Lubi Pani wieś, to widać na zdjęciach, a szczególnie dworek w Głuchach, w którym mieszka teraz córka Karolina.

 

To był dworek Cypriana Kamila Norwida. Kupiliśmy ten dom z Andrzejem Wajdą, wiele robiliśmy własnymi rękami i patrzyliśmy, jak wszystko pięknieje. To było prawdziwe przeobrażenie z dość zaniedbanej posiadłości w cudowne miejsce. Tak lubię wieś i jej rytm, który określają pory roku, lubię robić zaprawy, nalewki, konfitury, lubię nawet takie miejsce jak spiżarnia. Z dworu w Głuchach przeprowadziłam się do mieszkania w Warszawie i znalazłam swoje miejsce obok różnych ważnych i wpływowych w tamtym czasie ludzi: państwa Międzyrzeckich, Jagielskich, Kreczmarów, poznałam Józefa Cyrankiewicza i Włodzimierza Sokorskiego, Jerzego Waldorffa i Adama Michnika. Ja się nie chwalę przeszłością, tylko po prostu los sprawił, że mogłam bywać wśród nieprzeciętnych ludzi. Byłam dość rozpieszczona i rozpuszczana przez mamę, robiłam to co chciałam, bo mama mi właściwie niczego nie zabraniała i ulegała moim fanaberiom. Myślę, że często robiła to świadomie, bo wiedziała, że i tak postawię na swoim. Zastosowałam tę metodę wobec swojej córki Wiktorii, kiedy ona wpadła w taki rockowy okres i ubierała się na czarno, nabijała wszystkie kurtki ćwiekami. Ja jej wtedy mówiłam: „Jak pięknie w tym wyglądasz”, choć wyglądała koszmarnie. To ją zadziwiało i zastanawiała się, czy ja żartuję, czy mówię serio. A ja zaciskałam zęby. Z czasem ona oprzytomniała. Ja też. Chodziłam do kilku szkół. Byłam w internacie u Urszulanek w Milanówku, chodziłam do gimnazjum w Karpaczu i gimnazjum im. Żmichowskiej w Warszawie, byłam też u sióstr Niepokalanek w Szymanowie. W szkole zadebiutowałam w filmie, w Zemście Fredry w reżyserii Bohdziewicza rolą Klary. To był rok 1954. Zaczęłam szkołę teatralną, której nie skończyłam, bo rektor Kreczmar uznał, że zbyt spoufaliłam się z legendarnym krytykiem teatralnym Janem Kottem. To było zabawne, bo z braku miejsca w teatrze usiadłam krytykowi – na jego zaproszenie – na kolanach. Edukowałam się na planach filmowych, gdzie podpatrywałam znakomitych kolegów i dużo czytałam, dyskutowałam też przy stoliku w Wydawnictwie Czytelnik, przy którym siadywali Tadeusz Konwicki i Gustaw Holoubek. W życiu bardzo ważne są rzeczy niewymierne: atmosfera domu, ideały. Tak wiele nauczyłam się od ludzi, wśród których toczyło się moje życie, tak wiele im zawdzięczam…

 

W życiu jest Pani trochę Zosią Samosią?

 

No, może trochę. Mam takie inklinacje. Sama szyłam sobie spódnice, farbowałam bluzki, wycinałam dekolty à la Brigitte Bardot, córkom szyłam letnie sukienki, lubię gotować i kolekcjonować przepisy kulinarne, lubię też eleganckie buty, nie na obcasach. Ważny dla mnie jest szyk, styl i biżuteria…

 

Była Pani żoną Andrzeja Wajdy, Witolda Orzechowskiego, Jacka Padlewskiego, ale o miłości mówi Pani w swej książce z dużym dystansem.

 

Pewnie dlatego, że się często w kimś zakochiwałam [śmiech]. Moi mężczyźni mieli mieć we mnie partnera, pomocne oparcie. Zawsze zaczynało się od wybuchu serca, uniesienia, później była nadzieja na coś wielkiego. Ale tylko nadzieja… To były powtarzające się stany zakochania, tęsknota za miłością. Małżeństwo ma sens, jeśli miłość otwiera ludzi na świat, a nie uzależnia od siebie. Czy w ogóle można kochać?.. Mnie się nie udało. Miłość w moim życiu bywała rozbiciem i rozkoszą równocześnie, ale też niewygodą… Nie prowokowałam zmian. Jak się związek wypalał – uciekałam. Nawet dzieci nie były usprawiedliwieniem do pozostania w układzie, który mnie nie wypełniał. Lubię zależeć od siebie, dlatego niespecjalnie polegam na mężczyznach. Staram się do wszystkiego mieć odpowiedni dystans. Do miłości także.

 

Film to Pani prawdziwe życie?

Tak. Grałam u reżyserów francuskich, węgierskich, rosyjskich, włoskich i oczywiście polskich, byłam gwiazdą w Indiach i na Kubie. Uczestniczyłam w największych festiwalach: w Moskwie, Berlinie, Cannes, w Hawanie, szukałam swego miejsca artystycznego i życiowego w Polsce i we Francji, w Paryżu. Kochałam La Coupole i fascynował mnie Claude Lelouche. To wszystko ważne w moim życiu, które jest jak dziwny film. Miałam 20 lat i grałam z Maklakiewiczem, Holoubkiem, Pawlikowskim, a potem już pracowałam u najciekawszych reżyserów polskiego kina z najznamienitszymi aktorami: Wojtkiem Pszoniakiem, Gustawem Holoubkiem, Andrzejem Łapickim, Bogumiłem Kobielą, Tadeuszem Łomnickim, Danielem Olbrychskim. Każdą podróż filmową przygotowywałam bardzo starannie, bo jestem osobą zorganizowaną. Na niezliczonych karteczkach wypisywałam, co muszę zrobić.

 

A które swoje filmy Pani lubi?

Może te, które jeszcze nie powstały, albo te co przede mną. Ale tak serio to mam kilka ulubionych: Wszystko na sprzedaż, Popioły, Lalka, Pierwszy dzień wolności, Seksmisja, Rękopis znaleziony w Saragossie, Marysia i Napoleon, Zaduszki, Dziś w nocy umrze miasto, Edith i Marcel, Tańczący jastrząb… Bogatsza jestem w pamiątki niż plany na przyszłość. I pewnie dlatego lubię czytać pamiętniki i książki historyczne, zazwyczaj czytam kilka równocześnie. Nie lubię beletrystyki. Mam taką wyobraźnię, że całe życie czekam na niepokojące wiadomości, które kiedyś do mnie mogą nadejść.

 

Dziękuję za spotkanie.
PS Spotkanie z Beatą Tyszkiewicz odbyło się pod koniec sierpnia 2016 roku.

 

Rozmawiała: Alina Kietrys

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl