Najnowsze wydanie 30

 

okladka online magazyn pomorski 30

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Anna Kwiatek, Mirosław Begger, Cezary Spigarski, Barbara Miruszewska, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Anna Umięcka

Skład: Maciej Jurkiewicz, www.produktart.com.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Mieczysław Majewski, Sławomir Panek, Radosław Michalak

Spróbowałem… i nie żałuję!

Leszek Kopeć1

 

Z Leszkiem Kopciem, dyrektorem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych i Gdyńskiej Szkoły Filmowej oraz prezesem
Pomorskiej Fundacji Filmowej, rozmawia Alina Kietrys.

 

Po raz siedemnasty będzie Pan dyrektorem Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni. To sporo czasu zawodowego i wiele doświadczeń. Czy postrzega Pan to zdarzenie jak „swój festiwal ogromny”?
Festiwal jest ogromny, co do tego nie mam wątpliwości. Ale nie jestem taki pewny, czy jest to tylko moja zasługa, choć byłem przy rozszerzaniu koncepcji festiwalu – to fakt. Często powtarzam, że takim przełomem był rok 1999. Jeszcze wtedy nie byłem dyrektorem festiwalu, wspierałem zaledwie jednorazowego, eksperymentalnego producenta, który nie bardzo znał specyfikę, środowisko, formułę i samą firmę, ale przede wszystkim nie do końca wiedział, czym ten festiwal jest i czym ma być. Wtedy dzisiejsze Multikino, czyli Silver Screen w Gdyni, było jeszcze w budowie. A więc festiwal odbywał się zaledwie w kilku salach kinowych, przyjeżdżało pięćset–siedemset osób z całej Polski filmowej i filmów było około dwudziestu. A widzów przez cały czas trwania festiwalu zaledwie pięć–sześć tysięcy. A dzisiaj jest to wielokrotność. Z branży filmowej przyjechało w 2015 roku ponad cztery tysiące gości z Polski i ze świata, ponad osiemset osób zaproszonych z Trójmiasta uczestniczyło w festiwalu, a widzów w ubiegłym roku było pięćdziesiąt cztery tysiące. Ewolucja do stanu dzisiejszego następowała jednak powoli. Ważna była baza, czyli zaplecze festiwalu. To było prawdziwe wyzwanie. I ważni też byli dyrektorzy artystyczni festiwalu, począwszy od dyrektora-seniora, czyli Macieja Karpińskiego, który poszerzył ofertę o kino niezależne. Wtedy właśnie zaczęło się ono rozwijać. Lata 2001–2005 to było stałe wzbogacanie oferty, ale jeszcze nie tak dynamiczne jak w ostatnim dziesięcioleciu. Istotna była działalność Komitetu Organizacyjnego festiwalu z jego szefową Agnieszka Odorowicz, która konsekwentnie wspierała festiwal. Bardzo ważni też byli dyrektorzy artystyczni: Mirosław Bork, Michał Chaciński i teraz Michał Oleszczyk. Każdy z nich wniósł coś nowego w formułę festiwalu.

 

Nie ma już śladu po próbach przeniesienia festiwalu z Gdyni do Warszawy?
Nie, to też już przeszłość. Grono niechętnych Gdyni zdecydowanie się zmniejszyło, a ci, którzy mieli takie pomysły w latach przełomu, dzisiaj już do tego tematu nie wracają. Sami filmowcy wolą przyjechać nad morze, niż oglądać filmy w Warszawie.

 

Tamte perturbacje wiązały się też z polityczną decyzją przeniesienia w 1986 roku festiwalu z Gdańska do Gdyni.
To też. Ta zadra gdzieś tam jeszcze tkwiła, ale w tym roku festiwal w Gdyni będzie już po raz trzydziesty, a w sumie czterdziesty pierwszy festiwal w ogóle. Festiwal w Gdyni ma już swoją publiczność, ukształtowało się przekonanie, że to dobre miejsce, a władze samorządowe Gdyni bardzo sprzyjają i wspierają tę imprezę. Miasto stworzyło temu festiwalowi odpowiednie warunki. Dlatego też powstało m.in. Gdyńskie Centrum Festiwalowe.

 

Powstanie GCF budziło też spore emocje, bowiem chętnie powtarzano, że to budynek dla prywatnej szkoły filmowej. A de facto Gdynia zaczyna mieć filmowy klimat, taki jak kiedyś Łódź.
Szkoła filmowa zajmuje zaledwie 20 procent powierzchni GCF. I pewnie jeszcze będzie trwało czas jakiś, nim ludzie w pełni się przekonają, że to, co dzieje się w naszym centrum filmowym, jest przede wszystkim promocją dobrego kina. Ta inwestycja ma rzeczywisty sens dla mieszkańców, miasta i dla festiwalu. Choć wiem oczywiście, że są też osoby, które uważają, że GCF nie było potrzebne miastu.
Po ostatnich doświadczeniach wydaje mi się jednak, że tych opornych osób jest coraz mniej. Namawiam wszystkich, by przychodzili
do nas, by korzystali z codziennej, dostępnej dla wszystkich oferty w trzech świetnie wyposażonych i komfortowych salach kinowych. Działa tu ponadto Klub Filmowy – miejsce projekcji i spotkań, funkcjonuje księgarnia z ciekawymi książkami o kinie, teatrze, aktorach, są też Galeria Sztuki, czytelnia scenariuszy i kawiarnia. Warto przyjść na spotkania z reżyserami i aktorami do Klubu Gdyńskiej Szkoły Filmowej. W tej chwili do klubu należy już czterysta osób. Na spotkaniach dyskutujemy o kinie i odsłaniamy kulisy powstawania filmów i tajniki warsztatu poszczególnych filmowców, twórcy opowiadają anegdoty i wspominają zdarzenia z planu. Pokazujemy w klubie stare i nowe filmy. Spotkania odbywają się raz w miesiącu i często brakuje miejsc, więc trzeba się z wyprzedzeniem rejestrować. We wszystkich salach odbywają się codzienne seanse, oferta jest różnorodna: pokazujemy zarówno klasykę jak i najnowsze filmy. Gramy w większości inny repertuar niż multipleksy. Frekwencja jest dobra, filmy w naszym centrum w ciągu miesiąca ogląda około ośmiu tysięcy osób.
W maju odbyła się trzynasta edycja festiwalu filmowego Millennium Docs Against Gravity, który równolegle poza Gdynią trwał w Warszawie, Wrocławiu i Bydgoszczy. To największy festiwal filmów dokumentalnych w Polsce i trzeci co do popularności festiwal filmów dokumentalnych w Europie. Pokazywano świetne produkcje, który dawały szansę otwarcia się na świat, zerwania ze stereotypami. To było światowe kino dokumentalne najwyższej próby.
W GCF promujemy także wartościowe książki. Mamy świetną publiczność na spotkaniach. To naprawdę cieszy.

 

GCF z napisami 1

 

Gdyńska Szkoła Filmowa, którą Pan kieruje, też jest ważna. O sukcesach tutejszych studentów głośno nie tylko w Polsce,
ale i na świecie.
Niedawno sukces odniosła Emila Zielonka i jej film pt. „Czułość”. Na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w południowokoreańskim Busan zdobyła główną nagrodę. Prestiż tego festiwalu jest ogromny, zgłoszono nań osiem tysięcy filmów. To takie azjatyckie Cannes.
Do Gdyńskiej Szkoły Filmowej na kierunek reżyserii przyjmujemy dziesięciu–dwunastukandydatów. Wymagania rekrutacyjne są bardzo trudne i wieloetapowe: od stworzenia scenariusza, przez własne fotografie, po wiedzę ogólną i umiejętność oceniania. Teoretycznie przyjmujemy po maturze, ale w praktyce trafiają do nas ludzie po innych studiach, już z pewnym doświadczeniem, myśleniem, wiedzą. Średnia wieku jest powyżej dwudziestu pięciu lat. Po kilku miesiącach zostaje dwie trzecie. Młodzi ludzie często nie wytrzymują reżimu studiowania i ciężkiej pracy. W tym roku studia kończy ośmioro. Mówią: szkoła przetrwania, swoisty klasztor – i to prawda. A równocześnie nie ma żadnej możliwości dodatkowej pracy czy innych studiów, ze względu na ogromne obciążenia godzinowe. I to daje się młodym ludziom we znaki. Trzeba wszystko podporządkować działaniom warsztatowym w naszej szkole, opanować jak najlepiej rzemiosło i praktycznie nauczyć się podstaw zawodu reżysera. Na pierwszym roku jest około tysiąca czterystu pięćdziesięciu godzin zajęć – to co najmniej dwukrotnie więcej niż na innych, nawet trudnych studiach. Powód jest taki, że
– po pierwsze – nie mamy pieniędzy, aby ciągnąć studia w nieskończoność, a po drugie – tak silna koncentracja uwagi i napięcia daje dobre efekty. Sposób nauczania jest oczywiście inny niż na tradycyjnych uczelniach. Nasi studenci mają bardzo dużo zajęć warsztatowych z siedemnastoma wykładowcami, którzy przyjeżdżają w większości z Warszawy i Łodzi. Siedzą z nimi często do późnych godzin nocnych, dyskutują, analizują. Na drugim roku robią już swoje filmy dyplomowe i rozpoczynają poszukiwanie własnej drogi twórczej. Po sześciu latach istnienia naszej szkoły absolwentami zostały dwadzieścia cztery osoby. Zdobyli wiele nagród i wyróżnień na festiwalach w Polsce i na świecie. Od początku było obiecująco. Krótkometrażowy film „Olena” Elżbiety Benkowskiej został nominowany w Cannes, Łukasz Ostalski za film „Matka” z Danutą Stenką w roli głównej był nagradzany na wielu ważnych festiwalach. Warto jeszcze wymienić „Prawdziwy miód” Sławomira Witka i film „One” Marty Grzebickiej – te cztery filmy zdobyły łącznie ponad dwadzieścia nagród. Sukcesy odnosił film z udziałem Anny Dymnej „Dzień Babci” w reżyserii Miłosza Sakowskiego. Nagradzany był już ponad dziesięć razy. A ostatnio na IX Netia Off Camera w konkursie Polskich Filmów Fabularnych drugą nagrodę zdobył debiut fabularny z udziałem Elżbiety Benkowskiej i Łukasza Ostalskiego zatytułowany „Nowy świat”. Słowem – mamy powody do dumy.

 

Współdziałacie Państwo z Uniwersytetem Gdańskim, z wydziałem filologicznym (specjalizacja: wiedza o filmie i kulturze audiowizualnej) i zapraszacie na warsztaty młodzież szkół ponadpodstawowych.
Tak, z Uniwersytetem Gdańskim współpracujemy już trzeci rok. To jedyna taka współpraca w Polsce, gdzie studenci uczelni publicznej (okłoło stu dwudziestu osób z trzech roczników) mogą korzystać z wiedzy wykładowców oraz z bazy technicznej niepublicznej szkoły, a więc realizować i montować filmy. Sami też piszą scenariusze. Słowem – mogą tworzyć i równocześnie uczyć się technicznych tajników powstawania dzieła filmowego. Mogą też uczestniczyć w spotkaniach z naszymi wykładowcami: Robertem Glińskim, Grzegorzem Łoszewskim, Milenią Fiedler, Mirosławem Borkiem, Juliuszem Machulskim, Wojciechem Marczewskim czy Sławomirem Fabickim i Katarzyną Figurą. Mamy też uczestników warsztatów ze szkół gimnazjalnych i licealnych – około trzystu osób rocznie. To głównie młodzi ludzie z Pomorza, choć ostatnio przyjeżdża do nas grupa także z Torunia. Gdynia jest oczywiście na pierwszym planie, ale jest też Gdańsk, Sopot, bo to zależy w dużej mierze od nauczycieli, którzy przyprowadzają młodzież na warsztaty. I robimy to niekomercyjnie – ani szkoła, ani fundacja na tym nie zarabiają.

 

Rośnie potężna grupa młodych ludzi, którzy będą znać się na filmie i sekundują gdyńskiemu festiwalowi filmowemu.
Zdecydowanie tak.

 

Czego więc możemy spodziewać się na festiwalu, który rozpoczyna się 19 września w Gdyni?
Mamy kilka rocznic i cztery rodzaje konkursów. Na pewno będą: konkurs główny, kino niezależne, filmy szkolne, czyli głównie dyplomy studentów z siedmiu polskich szkól filmowych i krótkie filmy fabularne realizowane przez różnych producentów oraz Studio Munka. Trzy zespoły jurorskie mają oceniać filmy w tych czterech konkursach. Składy jury poznamy pewnie w sierpniu.
A rocznice – to między innym dwudziesta rocznica śmierci Krzysztofa Kieślowskiego, będą filmy i wystawa, chcemy upamiętnić Andrzeja Żuławskiego i pokazać jego dorobek, będziemy chcieli też uroczyście obchodzić urodziny Andrzeja Wajdy. Mamy dla Mistrza specjalną niespodziankę. Spodziewamy się około dwóch i pół tysiąca gości. Przyjadą goście z innych światowych festiwali, którzy coraz częściej po Gdyni zapraszają polskie filmy na festiwale za granicą, bądź biorą je do dystrybucji w swoich krajach.

 

Organizacyjnie festiwal filmowy to wielkie przedsięwzięcie logistyczne. Trzeba przyznać, że sprawdza się ono w Gdyni naprawdę dobrze.
Świetna ekipa robiła i robi festiwal. Kiedy pojawiłem się przy festiwalu, to najpierw z dużą pokorą uczyłem się od tych, którzy byli przede mną – od Józka Jabłonowskiego, szefa biura festiwalowego, świetnego organizatora, i od Grażyny Olejniczak, z którą pracuję
do dzisiaj. Przyglądałem się i nie przeszkadzałem, czerpałem z ich doświadczeń. A potem powoli wprowadzałem też swoje pomysły. I bardzo się cieszę, że się udaje. Mamy stałą ekipę, niewielką, bo ośmio-dziewięcioosobową. Większość z tych osób zaczynała jako studenci, wolontariusze przy festiwalu i tak zostali. Mają energię, zapał i są emocjonalnie związani z tym wydarzeniem.
Nad festiwalem pracuje się okrągły rok. Zaczyna się od skonstruowania budżetu, włączenia wszystkich podmiotów, które tworzą ten festiwal: i samorządów, i władz wojewódzkich, ministerialnych, a także Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej, a potem opracowujemy szczegółowy program naszych zajęć. Mamy bowiem do wykonania – co udowodnił jeden z menadżerów, który kiedyś z nami pracował i zrobił interaktywną tabelę – tysiąc osiemset podstawowych zadań. A do tego co najmniej drugie tyle zadań szczegółowych, których plan nie uwzględnił. O tym się bardzo rzadko mówi, bo to kulisy organizacyjne festiwalu. A więc jest co robić. Najważniejsze, że to wszystko musi bardzo dobrze zafunkcjonować.

 

Zanim został Pan dyrektorem festiwalu i Gdańskiej Szkoły Filmowej oraz szefem fundacji, robił Pan w życiu wiele innych ważnych rzeczy. Był Pan prozaikiem, recenzentem, wydawcą, menadżerem, kierowcą rajdowym, producentem, prowadził nawet firmę sprzątającą. Był Pan szefem zespołu artystycznego, jeździł po Polsce m.in. z Igą Cembrzyńską…Pewnie jeszcze coś pominęłam. I zamienił Pan to wszystko na film.
Literatura była moją pierwszą miłością. Rajdy samochodowe i biznes to był plan B, mówiąc żartobliwie. Myślę, że wszechstronność dobrze przygotowała mnie do tego aktualnego zadania. Żałuję oczywiście rozstania z literaturą, ale prawdą jest też, że kino od młodości oglądałem łapczywie. Pierwszy film obejrzałem mając pięć lat, to był rok 1956 i chciałem uciekać z kina, bo pociąg w tym filmie jechał prosto na mnie. Był to film podobny do jednej z pierwszych produkcji braci Lumière. Bywało, że w kinie Delfin w Oliwie oglądałem po kilka razy ten sam film. Pierwszym, który doskonale pamiętam, był „Diabeł morski”, kolorowy film radziecki dla dzieci i młodzieży z egzotyczną fabułą, zupełnie niepodobną do produkcyjniaków pokazywanych zwykle wówczas w kinach.
A konkurs na dyrektora festiwalu filmowego? Wystartowałem, choć to był przypadek i wyzwanie. Chciałem spróbować. Spróbowałem i nie żałuję.

 

Gruza 11

 

I od niedawna mieszka Pan w Gdyni.
Tak, zamieniłem Wrzeszcz na Gdynię. I bardzo się cieszę. Nie tylko dlatego, że mam bliżej do pracy, ale Gdynia ma też ten inny urok – otwartości i oddechu. Lubię tu być.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę bardzo udanego festiwalu we wrześniu.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl