Najnowsze wydanie 42

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 42 

 

 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Moja Gdynia

Małgorzata Sokołowska

 

Z Małgorzatą Sokołowską, autorką albumów „Kobiety Gdyni”, rozmawia Alina Kietrys.

 

Czy Pani jest gdynianką?


Tak, tu się urodziłam, podobnie jak moja mama. Dziadkowie do Gdyni przyjechali za pracą – byli „bosymi Antkami” z okolic Wiewiórczyna, Łasku, Pabianic, czyli ze środka Polski. Dziadek dostał pracę w porcie, ściągnął tutaj babcię z trójką dzieci, a moja mama uraodziła się już w Gdyni.

 

A więc Gdynię ma Pani w genach.


No tak! Zaraz jak skończyła się II wojna, dziadkowie wrócili do Gdyni, bo byli w czasie wojny wysiedleni, jak większość gdynian.

 

Czy po kilkunastu już napisanych książkach poświęconych Gdyni mogłaby Pani określić, jaki jest duch tego miasta?


Gdynia jest miastem przede wszystkim... otwartym i zawsze taka była, nawet wówczas, w 1926 roku, gdy była kaszubskim małym miasteczkiem, bo dopiero co dostała prawa miejskie. Żeby zostać radnym miejskim albo pracować w zarządzie miejskim w latach 1926/1929, trzeba było dostać tzw. prawo swojszczyzny, czyli być uznanym za swojego. Ale wystarczyło mieszkać w Gdyni tylko pół roku. Później i to zostało zlikwidowane, bo Kaszubi byli otwarci na przybyszów, chętnie przyjmowali obcych, a ci obcy błyskawicznie wchłaniali ducha Gdyni i czuli się gdynianami. W 1931 roku w gazecie był duży tytuł: „Naszych mieszkańców jest już 50 tysięcy”.

 

Obiegowa opinia o Kaszubach jest nieco inna. Mówi się, że Kaszubi mają dystans do obcych, są nieufni, z dystansem i raczej zamknięci.


Pewnie są i tacy, i tacy, ale generalnie gdyńscy Kaszubi okazali się otwarci i przedsiębiorczy. O duchu gdynian Kaszubów najlepiej świadczy ulica Starowiejska, którą trzeba było wyprostować, a zatem wyburzyć wszystkie domy, które już tam stały. Pierwszy zburzył swoje domy pan Tutkowski i postawił dwie kamienice pod dziewiątką i jedenastką. Miasto płaciło za zburzenie całkiem niemałe pieniądze. Potem robili to też inni, czasami narzekając, czasami protestując, ale robili i w trzy lata wyprostowali ulicę. Pierwsze domy magistrackie – Starowiejska 50 – opisywane były w gazetach jako domy w poprzek ulicy, bo właśnie odbywało się to prostowanie.

 

A teraz oczywiście ten dom stoi dokładnie przy ulicy.

 

Przy Starowiejskiej został jeden mały domek, kiedyś siedziba muzeum miasta.


To wynik uporu właścicieli, rodziny Skwierczów. Oni byli proszeni, by zburzyli ten dom, opisywani w gazetach, ale i tak trwali przy swoim. Mieli dostać za rozbiórkę dziewięć tysięcy złotych, to naprawdę przed wojną była pokaźna suma. Ale nie rozebrali, potem była wojna, a potem w czasach PRL-u była wielka bitwa z urzędnikami Gdyni, żeby zachować ten domek. Jan Skwiercz, mimo ogromnych nacisków, wręcz straszenia, przez cały czas trwania władzy ludowej opłacał podatek od nieruchomości i nie podpisywał żadnych papierów. W związku z tym, gdy przyszedł rok 1990, natychmiast odzyskał swoją własność.

 

Interesuje Panią wiele przestrzeni Gdyni: historia miasta, ulic, ale także gdynianie. Wydała Pani „Encyklopedię Gdyni”.


Historia Gdyni ciągle jest nie do końca rozpoznana i nie do końca znana. Pokutuje taka narracja, że Gdynia była małą, ubogą wioską. A to nieprawda. Mieszkali tutaj całkiem zamożni gospodarze, którzy mieli po sto i więcej hektarów, może niezbyt żyznych, ale nieźle zarabiali. Mnie uczono jeszcze w szkole w PRL-u, że biedni gdynianie mieszkali w chatach krytych strzechą. Tak – były takie chaty, zwane chalepami, ale dla robotników sezonowych. Gospodarze mieli bardzo ładne, choć niewielkie domy, bo taki był obyczaj. Poznałam to dokładnie, kiedy pisałam o ulicach Gdyni i studiowałam dokumenty w archiwach na temat ulic Świętojańskiej, 10 Lutego czy ulicy Starowiejskiej. Przed np. kamienicą Grubbów, która stoi dzisiaj na samym końcu Starowiejskiej po prawej stronie, był śliczny niby dworek – domek z wieżyczkami. Stał w środku sadu i tam właśnie mieszkali gospodarze – państwo Grubbowie, którzy mieli swoje hektary w obecnym śródmieściu.


Skąd się wziął mit Kamiennej Góry w Gdyni? To dzisiaj miejsce dość wyjątkowe.


W 1921 roku pierwsze Polskie Towarzystwo Kąpieli Morskich założone przez grupę warszawiaków odkupiło majątek ziemski od właściciela Niemca. Uznano, że w nowo odrodzonej Polsce trzeba robić polskie kąpieliska morskie, trzeba zbudować piękne letnisko. Ten zamiar zbiegł się z pomysłem lwowiaków, którzy założyli spółkę Polska Riwiera i zbudowali hotel o takiej samej nazwie nad samą plażą. To były równoległe działania warszawiaków i lwowiaków. Kąpieliska i letniska tworzyli bardzo ciekawi ludzie. Oprócz braci Gałczyńskich, jednym z udziałowców w PTKM był Gabriel Chrzanowski, który krótko potem został pierwszym dyrektorem Departamentu Morskiego Ministerstwa Przemysłu i Handlu. Był on twórcą morskości państwa polskiego. Budowę portu i zakup floty zapoczątkował właśnie ten departament. A na Kamiennej Górze budowano piękne wille z ogrodami. I każdy ogród musiał być różany, bo takie były wytyczne władz spółki. Było to piękne, klimatyczne miejsce – kolorowe i pachnące. Kiedy w październiku 1924 roku przewożono zwłoki Henryka Sienkiewicza ze Szwajcarii do Polski w bardzo pięknym wagonie, przerobionym przez PKP na kaplicę, to w Gdyni właśnie na Kamiennej Górze jedną z ulic nazwano ulicą Sienkiewicza, a bracia Gałczyńscy wystawili pisarzowi pomnik – popiersie. Teraz na rondzie stoi już inny pomnik – bardziej okazały, ufundowany krótko przed wojną przez Napoleona Korzóna – dyrektora Polskarobu, mającego firmową kamienicę w sąsiedztwie, przy ul. Korzeniowskiego.

 

Mądrzy i ciekawi ludzie, którzy mieszkali na Kamiennej Górze, przyciągali innych aktywnych, pomysłowych i zasłużonych dla Gdyni. Przy ul. Mickiewicza Julian Rumel zbudował willę, odziedziczywszy po ojcu spadek.

 

Dyrektorzy przedsiębiorstw połowowych również budowali swoje domy na Kamiennej Górze. Jeden z nich miał okno w kształcie bulaju usytuowane w łazience tak, że leżąc w wannie, widział wchodzące do portu statki.

 

Szczególnie ważnym tematem dla Pani są kobiety… mieszkające i pracujące w Gdyni, ale również te panie, które ze świata przyjechały do Gdyni albo z Gdyni wyjechały w świat. Właśnie ukazał się II tom z cyklu „Kobiety Gdyni” zatytułowany „Ciche bohaterki – czas II wojny”. Pierwszy nosił tytuł „Kapelusik z piórkiem – lata międzywojenne”. Kobiety stały się dla Pani ważnym wyznacznikiem myślenia historycznego. Dlaczego?

 

 

kobiety Gdyni okladka


Bo o nich nie pisano. Kiedy jeździłam do biblioteki Polskiej Akademii Nauk w Gdańsku, by czytać stare gazety, uderzyło mnie, że znalazłam dużo sprawozdań kwartalnych, rocznych różnych stowarzyszeń prowadzonych przez kobiety. A we wspomnieniach spisywanych przez gdynian w wieku XX głównie można było przeczytać, że panie tylko siedziały u Fangrata i piły kawę. Tak pisał np. pan Edward Obertyński, gdynianin od zarania, autor wspomnień, bardzo rzutki człowiek.

 

Oficer rozrywkowy na m/s Batory…


Tak. Znał kilka języków, w tym angielski, co w tamtych czasach było wyjątkowe. Wtedy królował język francuski, znała go nasza gdyńska elita, a Kaszubi znali niemiecki, bo chodzili do niemieckich szkół. Julian Rumel – wyjątkowy gdynianin, znał świetnie angielski, bo studiował w Anglii, rosyjski, bo tam mieszkał i doskonale znał francuski, porozumiewał się również po niemiecku. Także gdynianki znały dobrze języki obce, były wykształcone i przedsiębiorcze. Panie w Gdyni prowadziły piętnaście stowarzyszeń. Jednym z największych był Związek Pracy Obywatelskiej Kobiet, ogólnopolskie stowarzyszenie, ale miało swój bardzo prężny i samodzielny oddział w Gdyni. Ten związek prowadził m.in. sześć przedszkoli, w których dzieci ubogie przyjmowano i karmiono za darmo. Trochę subwencji te przedszkola otrzymywały od Komisariatu Rządu, ale pozostałe środki panie zdobywały koncertując, grając. Były w tym stowarzyszeniu wybitne śpiewaczki, choćby Julia Gorzechowska. Towarzystwo Pań Miłosierdzia też robiło zbiórki, wspomagało potrzebujących. Kiedy zbliżały się komunie św., panie wiedziały, które dzieci nie mają na odpowiednie ubrania, i same szyły im komunijne szaty. A siostry zakonne postawiły najnowocześniejszy w Europie szpital. Siostra Franciszka Berek prowadziła Szpital Sióstr Miłosierdzia i była inicjatorką dobudowania nowego skrzydła. Zanim to zrobiła, objechała Europę, by sprawdzić, jak najlepiej to zrobić. Siostry urszulanki prowadziły bardzo dobrą szkołę, siostry wielkopolanki – ochronkę, przedszkole i szkołę zawodową dla panien, które trzeba było wyprowadzić na dobrą drogę.

 

W Pani książce gdynianki, tak jak w życiu, są różnych zawodów, powołań i mają różne życiorysy.


Niektórych swoich bohaterek nie cierpię, np. tych z czasów PRL-u, bo one były jak cioty rewolucji i wygadywały straszne bzdury. Jadwiga Szlenkowa głęboko wierzyła w to, co mówiła i robiła, że aż było strach na to patrzeć. Ale potem sama została skrzywdzona przez tego boga, w którego wierzyła, bo została oskarżona o kolaborację z granatową policją. Inna ciota rewolucji była do wojny marną aktorką. Ale były to kobiety „ważne” w Gdyni, bo były radnymi, więc znalazły się w mojej książce. Ale ja się kocham w przedwojennych gdyniankach.

 

A dlaczego?


Bo były niezwykle aktywne i bardzo pracowite, robiły bardzo wiele dobrych i pożytecznych rzeczy. A równocześnie były żonami, matkami, prowadziły swój dom, w wolnych chwilach działały w stowarzyszeniach, ale też miały gabinety lekarskie pod własnym szyldem, prowadziły salony fryzjerskie, różnego rodzaju sklepy, szkoły, przedszkola, były akuszerkami. W Gdyni pracowało sześćdziesiąt akuszerek. Szkołę Radosną prowadziła pani Irena Górska. Była to szkoła płatna, gdzie kształcili swoje dzieci zamożni ludzie. Profesor Krzyżanowski, syn przedwojennego bardzo znanego ginekologa w Gdyni, który przed wojną pomógł przyjść na świat połowie gdynian, pisał we wspomnieniach, że Szkoła Radosna była nobilitacją „w kategoriach Fangrata” – czyli spotkaniach przy kawie pań z wyższej sfery urzędniczo-inżynieryjnej.

 

Kapelusik z piorkiem

 

Znaczącą kobietą Gdyni była prezydent Franciszka Cegielska. Bardzo pieczołowicie opisuje Pani jej życie i działania.


Poznałyśmy się, gdy była ona jeszcze na czele gdyńskiego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w 1989 roku, przed wyborami. Ja byłam dziennikarką, więc biegałam, opisywałam, spotykałam się. Franciszka Cegielska była bardzo bezpośrednia, zaproponowała przejście na ty. Ale gdy został wybrana prezydentem Gdyni, to ja już z szacunkiem; „pani prezydent”, ale ona na to: „Jaka pani. Jesteśmy po imieniu”. Bardzo mnie to ujęło. Mądra, ciepła kobieta, otwarta, życzliwa ludziom. Chodziłam do niej na spotkania, moja mama też robiła z nią wywiady. To był bardzo ważny czas. Powtarzaliśmy często, że przed wojną ważny był Franciszek Sokół, a po wojnie Gdynia znowu ma swoją Franciszkę, porządną i mądrą panią prezydent.

 

Jest Pani dziennikarką z zawodu. Jak się dochodzi do takiej zawodowej skrupulatności badaczki dziejów?


Trzeba parę razy dostać po łapach [śmiech]. Kiedyś nie cierpiałam siedzieć w czytelni, a teraz mogę przesiadywać tam godzinami. Dzisiaj wiele gazet jest online. To ogromna wygoda. Ale nie ma „Dzienników Gdyńskich”. Musiałam ich szukać w Bibliotece Narodowej w Warszawie. Najtrudniejszą robotą jest opisywanie każdego zdjęcia, jeśli fotografuję w bibliotece potrzebne mi materiały. Cudowny jest taki moment, kiedy jestem już blisko celu. Ale zdarza się, że nie mam czegoś, co powinno być w mojej książce, i szukam tego do ostatniej chwili. Wtedy nagle, nie wiem skąd, może z powietrza, coś się znajduje. Opatrzność czuwa. Tak było przy pracy nad ostatnią książką. Szukałam zdjęcia ślicznej gdynianki, która z Krakowa, gdy Armia Czerwona weszła do Krakowa, została wywieziona na Sybir, bo była żołnierzem Armii Krajowej i razem z innymi w ponad stu wagonach ich wywieziono. Zmarła w Krasnowodsku. Nie miałam jej zdjęcia, a już musiałam oddawać książkę do druku. I wtedy zadzwonił do mnie ksiądz z Wieliczki, bo się dowiedział, że ja przygotowuję książkę, a on ma archiwalne materiały z tego okresu. Miał też zdjęcie mojej bohaterki, ślicznej dziewczyny Aleksandry Spyrłak. I to zdjęcie trafiło do książki. Byłam naprawdę szczęśliwa.


Przy tej mojej pracy trzyma mnie też takie myślenie, że póki o tych, co odeszli, pamiętamy, to oni żyją. Okropnie mnie denerwuje, jeśli po ludziach, którzy robili wielkie rzeczy, nie ma nic.

 

Zacieramy ślady.


Tak.

 

A co jest według Pani największym szczęściem Gdyni?


Miejsce i ludzie, którzy kochają nasze miasto.

 

Dziękuję za rozmowę i mam nadzieję, że czytelnicy zachwycą się Pani albumami, bo są w nich niezwykłe zdjęcia i fascynujące opowieści o Gdyni.

 

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl