Najnowsze wydanie 41

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 41 

 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Magda Umer w Sopocie

Magda Umer

 

Trafiam na tajemnicze zdarzenia. Na wyciemnionej scenie w Teatrze Atelier w Sopocie dwie osoby wręczały Magdzie Umer jakiś obraz. Był on potem eksponowany przez cały czas trwania ostatniego, sierpniowego recitalu Magdy Umer w Sopocie. Darczyńcy pstrykali pamiątkowe zdjęcia, a tajemnica obrazu wyjaśniła się w trakcie wywiadu. Proszę sprawdzić.

 

Jaka jest publiczność sopocka?


Jest – i mam nadzieję będzie – wspaniała. I to nie tylko mieszkańcy Sopotu, ale też ludzie z całej Polski, którzy przyjeżdżają do Sopotu w okresie wakacyjnym i często już znają ten teatr. Przed chwilą – co Pani widziała – przyjechali tu państwo z Torunia z obrazkiem. To zupełnie niebywała historia. Dałam kiedyś na aukcję obrazek Otto Axera (malarza i scenografa), który dostałam w prezencie od Agnieszki Osieckiej z okazji premiery „Białej bluzki”. I dałam ten obrazek na licytację na rzecz chorych dzieci. I ci państwo z Torunia kupili ten obrazek za jakieś wielkie pieniądze. Potem pomyśleli, że pozbyłam się czegoś bardzo mi bliskiego i właśnie przyjechali z tym obrazkiem i dali mi go z powrotem… w prezencie. I znowu Otto Axer z dedykacją od Agnieszki Osieckiej jest u mnie.

 

Dobro wraca...


Jeśli chodzi o przypadki z mojego życia, to zdecydowanie wraca. Popłakałam się ze wzruszenia.


Kilka lat temu powiedziała Pani, że od początku swego śpiewania, czyli debiutu pod koniec lat 60., właściwie rozmawia Pani z publicznością, a nie tylko śpiewa.


Bo to prawda. Kiedy zapowiadam piosenki, jednocześnie opowiadam o swoim życiu. I często słyszę, że są mi też wdzięczni za tę konferansjerkę. Ona nie tylko buduje klimat recitalu, ale również pozwala mi nawiązać bliższy kontakt z widzami. I tym, co mówię, i tym o czym śpiewam, opowiadam o życiu: o tym, co myślę, w co wierzę, co drażni, a co doskwiera, co mnie boli i co cieszy.

 

Wymienia Pani te stany w takim emocjonalnym ciągu jednym tchem. Co Panią teraz boli?


W życiu społecznym boli mnie to, co się dzieje wokół nas – i to nie tylko w naszym kraju. Od urodzenia właściwie nie miałam świadomości, że ludzie mogą aż tak się nienawidzić i tak działać przeciwko sobie, walczyć nie tylko na słowa, choć oczywiście słowa też są bardzo groźne i mogą ranić, czasami nawet mogą zabijać. To jest bolesne. A w życiu prywatnym mam bardzo trudny czas. Poumierali mi najbliżsi przyjaciele, a mój mąż jest po trzecim wylewie. Nie jest łatwo. Mam za to wspaniałe dzieci: synów, synowe i wnuki. I powiem pani, że czepiam się ich młodości, która uświadamia mi, że każdy ma swój czas do przeżycia. A w moim kalendarzu ubywa numerów telefonów i to też jest zgodne z naturą. Na świat przybywają ciągle nowi ludzie i odchodzą starzy. I właśnie ten porządek uświadamia mi przebywanie z młodymi.

 

Czasami jest Pani szczera aż do bólu. Nie boi się Pani tej szczerości?


Może i boję się, ale nie potrafię być inna. A potem może nawet żałuję aż takiej szczerości, ale to walka z wiatrakiem, czyli ze mną. Taki charakter.

 

A jak dzisiaj – w czasach, kiedy odbiorców otacza rozrywka masowa i serwowane bez umiaru disco-polo – śpiewa się Pani piosenkę literacką?


Szczerze? Nie oglądam, nie słucham tego, co pokazują masowe media. To szczęście i dar losu, że zawsze byłam tzw. artystką niszową. Byłam piosenkarką studencką, śpiewałam w jakiś klubach, piwnicach, małych skupiskach i to się w moim życiu nie zmieniło. I zawsze mam publiczność.

 

Czasami śpiewała Pani też dla dużej widowni, choćby tej telewizyjnej.


Ale okazjonalnie i w przeszłości. Najważniejsze, że moja publiczność rodzi się na nowo. I ciągle mam wzruszające spotkania z tymi, którzy przychodzą na moje koncerty. Wczoraj po sopockim koncercie przyszedł do mnie pan, który pamiętał, jakiego wywiadu udzieliłam w 1985 roku do tygodnika „Przekrój”. Powiedziałam wtedy, że marzyłabym, żeby w Polsce były winogrona. Do tego pana „Przekrój” dotarł, gdy był w Afryce. Wracając do Polski przez Brukselę, kupił dla mnie sześć kilo winogron! I wczoraj mówił, że skoro przejechał cały świat, to myślał, że w Polsce łatwo mnie znajdzie. Ale nie znalazł i sam zjadł te winogrona. I właśnie w Sopocie po koncercie poczekał, żeby mi o tym opowiedzieć, ale też uświadomił mi, jak bardzo pomagały mu w życiu moje piosenki. To było dość niezwykłe, bo mój rozmówca jest dzisiaj osiemdziesięciolatkiem. Ale też przyszły kiedyś na koncert dwie dziewczynki – 17- i 18-latki. I teraz one jeżdżą za mną po Polsce.

 

Ma Pani swój udział w konkursie piosenek Agnieszki Osieckiej zatytułowanym „Pamiętajmy o Osieckiej”.


Ten konkurs wymyśliła pani Maria Szymonik z domu kultury na Pradze w Warszawie. I zaprosiła mnie do jury tego konkursu, byłam tam od samego początku, a potem przez 12 lat prowadziłam ten konkurs. Opiekowała się nim Fundacja Okularnicy i córka Agnieszki. Niestety, zestarzał się mój kręgosłup i musiałam zrezygnować, bo tydzień trwania konkursu i dwa koncerty dziennie to w tej sytuacji za duży wysiłek.


Teraz konkurs piosenek Osieckiej świetnie prowadzi Magda Smolara, zresztą laureatka tego konkursu, a muzycznie czuwa nad całością Jerzy Satanowski. Osiecką śpiewają coraz młodsi ludzie. Teatr Atelier w Sopocie nie tylko nosi imię Osieckiej, ale jest jej wierny.

 

W Sopocie odbywają się półfinały, a Teatr Nowy z Poznania i dyrektor Piotr Kruszczyński opiekują się finałem tego konkursu. I czynią to wspaniale.

 

Jak Pani ocenia młodych wykonawców śpiewających Osiecką?


Kiedyś o tej śpiewającej młodzieży mówiłam, że mogliby być moimi dziećmi – dzisiaj mogliby już być moimi wnukami. To wzruszające, że taka wrażliwa młodzież chce śpiewać piosenki Osieckiej, chce dotykać tych słów, tych sensów, tych znaczeń. Podobało mi się kilka pomysłów i kilka śpiewających osób. Właściwie co roku w tym konkursie jest ktoś, kto znajduje sobie własną drogę i swój sposób na życie. To bardzo ważne, żeby te teksty żyły i przechodziły do coraz młodszych pokoleń.

 

Wierzy Pani w siłę piosenki literackiej?


Bardzo wierzę. Wisława Szymborska powiedziała kiedyś – co cytowałam na fanpage’u – że wielcy tyrani poezji nie czytają, więc nie wierzy w to, że poezja zmieni świat. A ja napisałam: „ja… powierzywam” w to, że może jednak choć troszeczkę, od czasu do czasu ludzie czytają i to ich zmienia.


A co Pani teraz czyta?


Ostatnio przeczytałam pamiętnik Anny Świrszczyńskiej i mimo zachwytów krytyków jestem trochę zażenowana tymi zwierzeniami.

 

Poza śpiewaniem Pani światem jest też teatr. Pisze Pani scenariusze, reżyseruje. Ostatnio wielkie triumfy święci spektakl na podstawie tekstów Sabiny Baral „Zapiski z wygnania” w wykonaniu Krystyny Jandy. Ten spektakl publiczność ogląda w dzwoniącej ciszy.

 

Doświadczyłam tego dwukrotnie.


To prawda, przedstawienie zebrało wszelkie możliwe nagrody. [Było pokazywane w Gdyni na festiwalu R@port – przyp. Red.]. Ale nam z Krysią nie o nagrody chodziło. Chciałyśmy zwrócić uwagę, że ten brunatny czas może się znowu odrodzić, że to nie jest historia sprzed pięćdziesięciu lat, która należy do przeszłości. Może się ona niestety powtórzyć. Dlatego Teatr Polonia organizuje spektakle dla młodzieży szkolnej. I naszą radością jest uwaga i skupienie młodego widza. To Sabina Baral w tym tekście mówi: „Opowiedzcie tę historię swoim dzieciom”. Więc my opowiadamy dzieciom i wnukom, bo one nie mają pojęcia, co dzieło się wtedy w tym 1968 roku w Polsce. Jak przeczytałam tę opowieść Sabiny Baral, to wiedziałam od razu, że to jest niezwykły i ważny materiał literacko-dokumentalny. I bardzo chciałam zrobić z tego spektakl. Ja w swoim recitalu od lat mówię o Marcu ’68, bo byłam świadkiem tamtego czasu, wtedy studiowałam i śpiewam też kilka piosenek z tamtego czasu.

 

Celebrujecie Panie w spektaklu „Zapiski z wygnania” detal: los jednostki, bohaterki wrażliwej, zdziwionej i przerażonej sytuacją.


Tak, bo w tym spektaklu bardzo liczy się każdy detal w narracji, ale także wspaniała muzyka i piosenki w spektaklu, grane przez zespół Janusza Bogackiego i materiały archiwalne i przede wszystkim twarz i głos Krystyny Jandy, genialnej aktorki.

 

To nie pierwsze Pań zawodowe spotkanie. Jak się pracuje z Krystyną Jandą?


To już moja piąta z nią praca teatralna. Trudno się pracuje z Krysią, bo jest to osoba, która sama reżyseruje. Wydaje jej się, tak jak i mnie się wydaje, że wie, jak to powinno być zrobione. Dochodzi więc czasami do konfliktów twórczych, ale mam nadzieję, że czynią w efekcie coś dobrego. Ona idzie na ustępstwa, ja z bólem także, i najważniejsze, by przedstawienia, które razem robimy, były dobre. To, co nas najbardziej różni, to może gust. Ale dogadujemy się dla dobra i wartości nadrzędnych. Obie wiemy, że nie my jesteśmy najważniejsze, tylko to, o czym autorzy i my chcemy opowiedzieć ludziom.

 

Dziesięć lat temu powiedziała Pani, że kończy śpiewanie. Na szczęście się to nie stało.


I nawet nie dziesięć, a dwadzieścia pięć lat temu, kiedy w 1994 roku nagrałam płytę „Wszystko skończone”. Myślałam wtedy, że przestanę śpiewać, ale nie przestanę robić przedstawień. Wie Pani… to zgodnie z tym powiedzeniem, jeśli chcesz rozśmieszyć Pana Boga, opowiedz mu o swoich planach. I tak się wszystko złożyło i ułożyło, że nagrałam jakieś „Kołysanki-Utulanki” dla dzieci, które okazały się potrzebne, nagrałam bajki z Wojtkiem Mannem. I jakoś poszło dalej. W dużej mierze dzięki Europejskiej Agencji Sztuki, Wojtkowi Borkowskiemu i Małgosi Borzym. A teraz mam jeszcze tak złe lata prywatnie, że muszę coś robić.

 

A samotnicą jest Pani dalej?


Tak, jak najbardziej. Ja tylko wtedy naprawdę wypoczywam, kiedy jestem sama. A ludzi sobie wyobrażam.

 

Dziękuję za rozmowę, życzę wypoczynku i spokoju.

 

Z Magdą Umer rozmawiała Alina Kietrys.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl