Najnowsze wydanie 42

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 42 

 

 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Jerzy Stuhr lubi i szanuje Trójmiasto Kusi mnie w życiu, żeby cały czas debiutować…

Jerzy Stuhr 1

 

Z Jerzym Stuhrem rozmawia Alina Kietrys.

 

W maju jurorował Pan w konkursie Gdyńska Nagroda Dramaturgiczna. Werdykt został ogłoszony na gali finałowej Festiwalu Sztuk Współczesnych R@port. W czerwcu był Pan jurorem na festiwalu twórczości dla dzieci w Sopocie, a w połowie lipca ma Pan czytać fragmenty książki Pawła Adamowicza w mozartowskim koncercie poświęconym Jego pamięci.


To wszystko prawda. Z Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną jestem związany od początku, od dwunastu lat. Z radością obserwuję, jak zmienia się stan naszej dramaturgii. Gdy zaczynałem czytanie sztuk w tym konkursie, to autorzy byli generalnie skierowani na siebie, własne refleksje na tematy egzystencjalne. A dzisiaj w tych tekstach wyraźnie dominuje ogląd społeczny naszej rzeczywistości – i to mi się podoba. To swoiste branie odpowiedzialności za to, co oceniają. Dramaturgia jest bardziej socjologicznie uwarunkowana i penetruje psychologię różnych środowisk, a także zajmuje się najnowszą historią Polski. Tegoroczny laureat gdyńskiej nagrody, Rafał Wojasiński, to autor piszący wcześniej dla Teatru Polskiego Radia. W swoich tekstach z pasją penetruje środowiska wiejskie, ich kompleksy rodem gdzieś z „Wesela” Wyspiańskiego, z „Tanga” Mrożka, a to nie jest zbyt popularne w naszym najnowszym dramacie. A do tego w tekście nagrodzonym „Siostry” jest ciekawy, wyczulony i autentyczny język i przejmujące postacie.


Teatr, film mają teraz odwagę mówienia o tym, w czym żyjemy. Twórcy przestali się po Gombrowiczowsku „ciamkać w sobie”. To bardzo ważne. Świat dookoła jest wystarczająco bolesny. Duet Strzępka–Demirski czy Michał Zadara, Jan Klata – to pokolenie reżyserów, którzy sięgają po tematy, żeby opowiedzieć coś o współczesnej Polsce.

 

Zagrał Pan w Gdyni i w Gdańsku w spektaklu, który jak najbardziej dotyczy Polski dzisiaj. „Wałęsa w Kolonos” w reżyserii Bartosza Szydłowskiego to spektakl Teatru Łaźnia Nowa pokazywany w Trójmieście.


Rola Lecha Wałęsy to było jakieś moje spełnienie, w pewnym sensie oddanie czci. Wałęsa wywarł na mnie ogromne wrażenie. Jego intuicja, celność, spryt, odwaga, umiejętność rozmawiania z władzą… Uczyłem się wiele od niego, bo byłem o wiele bardziej zachowawczy w latach poprzedzających Solidarność. Jak obejrzałem „Robotników ’80” na festiwalu w Gdańsku – Kieślowski mnie wziął na taki specjalny pokaz materiałów, jeszcze nie filmu – to zobaczyłem, jak Wałęsa z władzą rozmawiał. Dzisiaj sobie bardzo trudno odtworzyć tamten czas. Po tym festiwalu natychmiast pojechałem na strajk w Nowej Hucie i recytowałem wiersze Karola Wojtyły.


Boli mnie to, co się teraz wokół Wałęsy dzieje. Dlatego też bez żadnych skrupułów, bez cienia wątpliwości wziąłem tę rolę. Najważniejsze w tym spektaklu, że umieszczono go wśród bohaterów tragedii greckiej. Edypem, Medeą pokierował los. Oni byli zaplątani w los. A Wałęsa co? Też uwikłał go los, swoiste przeznaczenie, zaplątany ze swoimi małostkami, śmiesznostkami, zacietrzewieniem i grzechami. Starałem się również pokazać cechy problematyczne u tego bohatera. Bo to jest człowiek, tylko człowiek. I dlatego nie bałem się kwestii w tym spektaklu, kiedy Wałęsa mówi: „A ja jestem królem, ostatnim królem”. Wiem, że to zadufane i śmieszne. Każdy człowiek ma grzechy, każdy popełnia jakieś błędy. Nie ma ludzi absolutnie kryształowych, zresztą i na krysztale bywają rysy. A tłum-chór w tym spektaklu sądzi Wałęsę i łatwo zmienia zdanie, bo podlega różnym naciskom. Jak mieszać tłumowi w głowie w kategoriach wartości, widzimy nie po raz pierwszy w naszej historii. Mam wyraźną słabość do historii, która działa się za mojego życia tutaj w Gdańsku i w Gdyni. Ta historia bardzo mnie kształtowała.

 

Zauważyłam, że ludzie Pana lubią. Byłam świadkiem hołdów składanych przez ludzi, którzy oglądali filmy z Pana udziałem. To miłe.


Dobrze się tutaj czuję, niemal tak dobrze jak w Krakowie, nawet wtedy, gdy jestem zajęty pracą. I lubię i szanuję te trzy miasta. Lubię spacerować i rozmawiać z ludźmi. Mam tyle wspomnień. Zacząłem bywać tutaj jako aktor w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, jak festiwal filmowy był jeszcze w Gdańsku, a potem przeniosłem się z festiwalem do Gdyni. Ile nerwów mną tutaj targało... Przecież nagrody aktorskie to niebyle co.


A debiutowałem w kinie jako reżyser późno, już jako dojrzały aktor, więc musiałem też nauczyć się bycia debiutantem dobrze po czterdziestce. Pierwszy mój film, „Spis cudzołożnic”, powstał wg prozy Jerzego Pilcha. Odniósł sukces, dostał kilka nagród za scenariusz, za dialogi. Drugi film zazwyczaj jest najtrudniejszy, tak uważają twórcy filmów. A mnie się udało. „Historie miłosne”, z którymi przyjechałem do Gdyni na festiwal filmowy, zdobyły Złote Lwy. Teraz, po latach, znowu pokazywałem ten film w Gdyni w Konsulacie Kultury. I nie ukrywam, że miałem pewną tremę. Wcześniej byłem też w Gdyńskim Centrum Filmowym z „Seksmisją”, również po latach od premiery. Ale to film Julka Machulskiego – jak mówią młodzi – kultowy. Tak więc moja obecność w Trójmieście jest cyklicznie częsta. I to zobowiązuje.


Hotel Gdynia, dzisiaj Mercury, jest mi bardzo bliski – ile tam odbyło się ważnych debat przy szklaneczkach i kieliszkach… Klimat tego miejsca zawsze budzi wspomnienia.

 

Aktorem był Pan zawsze, od kiedy pamiętam, ale na serio debiutował Pan w kinie w 1976 roku w pierwszym fabularnym filmie Krzysztofa Kieślowskiego „Blizna”, a w Starym Teatrze w Krakowie pojawił się Pan na scenie zaraz po krakowskiej szkole teatralnej w 1972 roku. Potem rozpoczął Pan poważny flirt z Melpomeną jako reżyser.


Dziwnie losy moje zawinęły moją karierą artystyczną. Chciałem być zawsze aktorem. Po szkole teatralnej dostałem się do jednego z najlepszych teatrów w Polsce – Starego Teatru w Krakowie. Kolejne role były sukcesem i dawały mi szanse pójścia drogą Tadeusza Łomnickiego, więc wydawało się, że mam już prawie wszystko. I nagle się w moim życiu zjawił Krzysztof Kieślowski i odmienił moje zapatrywania i dążenia.

 

Pokazał mi film fabularny jako dzieło z niebywałymi możliwościami twórczymi, do którego dopiero też sam dochodził. Franciszek Pieczka i ja byliśmy pierwszymi aktorami profesjonalnymi, którzy pracowali z Kieślowskim. W 1975 był mój aktorski debiut filmowy i Kieślowski mi uświadomił, jaka jest waga filmu współczesnego. Mogłem zdjąć kostium teatralny, nie musiałem słowo w słowo mówić tekstu scenicznego, a przede wszystkim posiadałem… fotogeniczność. To wcale nie jest związane z urodą. Kamera mnie lubiła. I nagle ja, aktor teatralny, zacząłem przepoczwarzać się w aktora filmowego, samouka.


Po latach sam wykładałem w krakowskiej szkole teatralnej przedmiot praca z kamerą, a mój syn Maciej (już po doktoracie!) ten sam przedmiot wykłada w Akademii Teatralnej w Warszawie. Ale dzisiaj to są inne czasy. Każdy może zrobić zdjęcie aparatem telefonicznym, nakręcić film, a ja w tamtych czasach byłem często zdany na siebie. Chociaż nie do końca, bo bardzo pomagała mi Telewizja Kraków, która w latach siedemdziesiątych produkowała mnóstwo spektakli do teatru telewizji. I właśnie tak się uczyłem kamery. I pokochałem spektakle telewizyjne, kamerę i film.

 

Zanim został Pan reżyserem filmowym, był Pan już reżyserem teatralnym.


Tak, bo ciągle uporczywie trzymałem się teatru, chociaż nie musiałem. I jak się zastanawiam, to muszę przyznać, że zwyciężyła we mnie miłość do teatru, ale flirtowałem skutecznie z kinem. I wtedy też zobaczyłem na własne oczy, że poza tzw. wielką rolą aktora w kinie, jest jeszcze większa rola reżysera. Uświadomiłem też sobie dosadnie, że z aktorem w filmie można zrobić różne rzeczy: z małej roli zrobić dużą – wystarczy parę zbliżeń, można też aktora skasować, jeśli wytnie się grane przez niego sceny. Można aktorowi zmienić głos... bo najpiękniejszy i najbardziej tajemniczy etap w filmie to montaż. I tutaj Krzysztof Kieślowski był mistrzem. Dla niego artystyczna robota nad filmem zaczynała się, kiedy zamykał się w montażowni.


Ze „Spisem cudzołożnic” przyszedł do mnie nieżyjący już operator i producent Witold Adamek. Pokazał mi książkę Jerzego Pilcha, bardzo osobistą i… krakowską. A ja też, Krakus z krwi i kości, wychowany i ukształtowany w tej atmosferze, uznałem, że coś mogę z tego zrobić, mimo że była to trudna forma, bo monolog wewnętrzny.


Kiedy pokazywałem debiutancki „Spis cudzołożnic” w Gdyni, zerknąłem zza kulis na widownię, a tam siedzieli Andrzej Wajda, Jerzy Kawalerowicz Kuba Morgenstern, Julek Machulski… I ja z tym swoim filmem do nich... Mój Boże, jaka mnie wtedy trema owładnęła. I oni wszyscy mieli takie miny, jakby mówili: „No... zobaczymy, co też nasz ukochany Jureczek-aktor może nam pokazać jako reżyser”. Wyraźnie czułem, że wszedłem nie na swoje podwórko. Tremę miałem potworną. Tak naprawdę uratował mnie osobisty ton tego filmu. Czekałem na werdykt z niepokojem. Byłem niepewny – odrzucenie czy akceptacja? Ale na którymś z ostatnich festiwali zrobiono ranking i określono, kto z artystów był najczęściej nagradzany. I nagle okazało się, że właśnie ja. Dostałem więcej nagród – łącznie oczywiście: aktorskich, za scenariusz i za reżyserię – niż… mistrz Andrzej Wajda.

 

Krytyka filmowa od razu pokochała reżysera Jerzego Stuhra.


To prawda, na początku pokochała, a potem mnie znielubiła. Ale taki często jest los artysty.

 

Lubi Pan zmiany artystyczne?


Kusi mnie, żeby w życiu cały czas debiutować, to mi daje siłę. Pamiętam, jak we Włoszech zaczynałem w teatrze w połowie lat osiemdziesiątych. To było w Pizie. Wtedy dopiero co zaczynałem mówić słabo po włosku i usłyszałem, jak dwie aktorki szeptały na mój temat. Miałem grać główną rolę w „Onych”, sztuce Witkacego, a one komentowały: „Podobno to jest jakiś znany aktor w Polsce…” A ja już byłem po „Wodzireju” Feliksa Falka! Podjąłem jednak wyzwanie. I wiedziałem, że albo wyjadę z tych Włoch, albo się uda. No i de facto zostałem w tych Włoszech na trzydzieści lat. Rozkochałem włoski teatr w Mrożku, grałem w kilku teatrach – od Triestu po Palermo, wykładałem na uczelniach, organizowałem sesje naukowe, grałem w filmach. Mnóstwo pracy i satysfakcji.


A teraz odkryłem nową fascynację. Reżyseruję opery, ostatnio wyreżyserowałem drugą – „Cyrulika Sewilskiego” Rossiniego w Krakowie. Śmieszny spektakl. Podoba mi się. I publiczności też, sądząc po oklaskach.

 

Niedawno Krystyna Janda wyreżyserowała „Hrabinę” Stanisława Moniuszki, u nas, w Operze Bałtyckiej.


Tak, tak konkurujemy ze sobą. Czasami nawet ci sami śpiewacy u nas grają. To z pewnością nowa moja pasja.

 

A film?


Jeden scenariusz leży w szufladzie i czeka. Nie jestem Zanussim, nie produkuję sam swoich filmów. Niestety. Więc pewnie poczeka.

 

Dziękuję za spotkanie i rozmowę. Do zobaczenia w lipcu!

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl