Najnowsze wydanie 39

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 392019 

 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Mój filmowy świat nabrał rozpędu…

Kolak TROJANKI foto Michał Szlaga

 

Z Dorotą Kolak, aktorką Teatru Wybrzeże, laureatką wielu prestiżowych nagród, rozmawia Alina Kietrys.

 

Ostatnia Twoja rola Hekabe w „Trojankach” Eurypidesa w Teatrze Wybrzeże elektryzuje publiczność i krytykę. Dlaczego właśnie teraz tak dużo pracujesz? Spektakle w Gdańsku, Warszawie, wyjazdy zagraniczne, zdjęcia na planach filmowych, profesor Akademii Muzycznej w Gdańsku…


Mam 60 lat i tak się zdarzyło w moim życiu, że już na emeryturze po prostu rozsypał się wór obfitości. Nigdy wcześniej nie miałam tylu propozycji równocześnie. Przez wiele lat mieszkałam i żyłam w Gdańsku, pracowałam tylko w Teatrze Wybrzeże i tu nagle… jakby coś wybuchło. Bardzo za każdym razem jestem ciekawa tego, co mi proponują, i tych spotkań, i tych nowych wrażeń. Ciągle jestem poruszona, kiedy pojawia się nowy projekt. Na większość propozycji patrzę szeroko otwartymi oczami.

 

Wiele spraw w takim natłoku działań artystycznych trzeba było przewartościować. Kiedyś bałaś się latać samolotem…


A teraz latam, byłam ze spektaklem „Koniec” w reżyserii Warlikowskiego w Meksyku. Graliśmy w Palacio de Bellas Artes. Nauczyłam się spać w pociągu, żeby być przytomną na planie czy potem w teatrze. Musiałam się nauczyć obsługi koniecznych sprzętów elektronicznych, które są mi potrzebne do pracy, opanować sposób mówienia do mikroportu, kiedy pracuję z mikrofonem na spektaklach. Tych niby zwykłych i niezwykłych spraw, które powinnam była sobie przyswoić, przez ostatnie dziesięć lat było naprawdę sporo.

 

Grasz w Gdańsku w Wybrzeżu, w Warszawie w Teatrze Nowym i w Polonii – teatrze Krystyny Jandy, masz zdjęcia filmowe. Film odkrył Dorotę Kolak nie tak dawno.


Mariusz Grzegorek pierwszy mi zaufał i dał mi znaczącą rolę. W „Jestem twój” zagrałam Irenę – sprzątaczkę i zaborczą, bezwzględną matkę dozorcy. To był film z 2009 roku, a więc zaczęłam bardzo poważnie życie filmowe. Wcześniej grałam w kilku serialach: „Radio Romans”, „Przepis na życie”, „Marzenia do spełnienia”, „Pensjonat pod Różą”, a potem i w „Barwach szczęścia”, „Przyjaciółkach” i serialach kryminalnych. Ale tak naprawdę mój filmowy świat nabrał rozpędu właśnie od filmu „Jestem twój”. Za tę rolę dostałam na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni indywidualną nagrodę aktorską.

 

Potem zagrałam w ważnym filmie Bartosza Konopki „Lęk wysokości” moją kolejną rolę matki, następnie w „Miłości” Sławomira Fabickiego i „Dniu kobiet” Marii Sadowskiej i w „Chce się żyć” Macieja Pieprzycy. Ostatnio byłam panią profesor pediatrii, alkoholiczką w filmie „Zabawa, zabawa” Kingi Dębskiej i grałam w „Ciemno, prawie nic” – filmie, który wszedł właśnie na ekrany. Łącznie to będzie niebawem 40 ról pierwszo- i drugoplanowych w filmach i serialach.

 

Jesteś w swoich filmowych, najbardziej znaczących kreacjach bolesna i autentyczna. Ról „bohaterek matek” – tych filmowych i tych teatralnych – nie da się zapomnieć. Twoje aktorstwo ma ciężar gatunkowy.


Bo to były też takie role, w których musiałam zmieniać i przepracowywać siebie. Tak długo analizowałam i wciskałam w siebie rolę, aż uznałam, że jest dla mnie ważna albo nawet najważniejsza w tym momencie. Czasami jestem wobec siebie nieznośnie dociekliwa. A odnaleźć mi się dobrze w filmie pozwolił też fakt, że już miałam tyle lat ile miałam i była zwolniona z tego, co jest największym obciążeniem aktorek – nie musiałam już wyglądać, mogłam grać.

 

Kobieta-aktorka musi dobrze wyglądać nawet do setki. Przypomnij sobie Ninę Andrycz.


Mam wrażenie, że w moim wypadku jest właśnie odwrotnie. Moje role filmowe były budowane na bezmakijażowej autentyczności, fizycznej umiejętności pokazania ciężkiego życia w sposobie chodzenia, siedzenia, mówienia, przez opuszczoną głowę i bezradność wynikającą ze zmarnowanego przez moje bohaterki życia. Oczywiście grałam też po drodze w komediach romantycznych, ale było to bardziej dla zabawy albo też higieny artystycznej.

 

Często grasz na scenie z Mirkiem Baką. Ostatnio „W kto się boi Virginii Woolf”, w spektaklach „Seks dla opornych”, „Raj dla opornych”.


Dobrze mi się z nim pracuje i mam nadzieję, że jemu również ze mną. Często nadajemy na tej samej fali. Rozumiemy się i mamy podobny staż aktorski. Oboje nieźle znamy teatr. To wszystko jest ważne na scenie.

 

Jesteś też profesorem, doktorem habilitowanym w Akademii Muzycznej w Gdańsku.


Uczę studentów Wydziału Wokalno-Aktorskiego i studentów Wydziału Solowego, czyli przyszłych śpiewaków. Uczę, bo lubię i chcę ich nauczyć rzemiosła, bo – jak mówili też moi pedagodzy – talentu nikogo nie nauczę. A nigdy nie wiadomo do końca już na studiach, czy ktoś jest obdarzony talentem czy nie. Pilnuję, żeby wiedzieli, że mają ćwiczyć dykcję, bo muszą być wyraziści i zrozumiali. I obowiązkowo muszą być słyszalni, bo co z tego, że „ktoś pięknie zagra”, jak widz nic nie słyszy i nic nie rozumie. Moi studenci muszą panować nad własnym ciałem w przestrzeni sceny, mają też wiedzieć, że artysta musi być dobrze wkomponowany w zamysł reżysera, że na scenie nie może być bezhołowia. No i każę im różne spektakle teatralne oglądać, podpowiadam, żeby mieli dobre wzory. To jest konieczne w tym zawodzie. A jeśli chodzi o przedstawienia operowe – to oni mi podpowiadają, co warto obejrzeć i kogo posłuchać.

 

Co w zawodzie aktorki jest najważniejsze?


[po długim zastanowieniu] Prawda. Ale nie tak dosłownie rozumiana. To że gram mordercę, to nie znaczy, że morduję. Jaka gram pijaczkę, to nie znaczy, że jestem alkoholiczką. Natomiast prawda aktorska musi dawać spójność wyobraźni. To, co się w mojej głowie urodzi, w mojej wyobraźni zaistnieje musi być spójne ze mną. Nie mogę siebie gwałcić, choć równocześnie są różne granice tego obnażania prawdy.

 

Jaka jest Twoja granica w spektaklu? Bywa, że Twoim kostiumem jest nagie ciało. Dzisiaj w teatrze to nic nadzwyczajnego…


Oczywiście. Moją granicą jest moment, kiedy ja sama czuję się zawstydzona. Dopóki nie jestem zawstydzona, akceptuję spójność postaci ułożonej w głowie z tym, co robię na scenie. Ale kiedy sama się wstydzę, zapala mi się czerwone światełko.

 

I co wtedy?


To skomplikowany i długi temat. Z jednej strony staram się przesuwać tę granicę wstydu. Myślę sobie wtedy, a może jednak trzeba spróbować, zmierzyć się z koncepcją reżysera. Ale im jestem starsza, tym jest to dla mnie trudniejsze.

 

 

Z drugiej strony lubię być przekonana, ze takie działanie sceniczne jest w spektaklu nieodzowne. Dzisiaj teatr przemawia innym językiem. Bardziej dosłowny i też cielesny.

 

Pracujesz z wybitnymi reżyserami, czego od nich wymagasz? Nie muszą prowadzić Ciebie za rączkę…


Najbardziej wymagam od nich świata. Ich świata, który we mnie otworzy coś nowego. Na poziomie tekstu sztuki czy scenariusza filmowego poradzę sobie bez problemów. Przysiądę, pomyślę, popracuję, sprawdzę, zrozumiem i mam. Wezmę ten tekst w siebie. Będzie siedział w mojej głowie. Z interpretacją też sobie dam radę, bo w końcu sama reżyseruję nie tylko spektakle dyplomowe studentów. Ale reżyser powinien mnie wprowadzić w ten swój świat i dać szansę, żebym mogła w ten świat wejść i z tego świata czerpać.

 

Masz wielką wyobraźnię.


Szczerze… nie wiem, czy wielką. Ale właśnie wyobraźnia przywiodła mnie do tego zawodu. Byłam dzieckiem, kiedy tata mnie wziął na spektakl „Chata wuja Toma” w Krakowie, bo stamtąd pochodzę i tam kończyłam szkołę teatralną. Jedną z ważnych moich profesorek była Anna Polony. No i kiedy na tym moim dziecięcym przedstawieniu ten wuj Tom płynął w ciemności po scenie przez rzekę Missisipi i była za nim pogoń z psami… ciemna scena, psy szczekały i rozlegały się jakieś głosy w ciemności. Jak zapalono światło na widowni – ja miałam gorączkę. Tata był przerażony. Ta moja wyobraźnia była już dosyć rozwinięta w dzieciństwie, a potem… potem potrafiłam ją podsycać.


Twoją wyobraźnię z pewnością kształtował też tajemniczy Kraków.


Pewnie tak, bo to było pełne dziwów miasto. Klimat, specyficzne spotkania w rynku, długie spacery po plantach i na Błonie. Kiedyś Kraków był inny, za Krakowem się tęskniło. Dziś spotykam coraz więcej ludzi z Krakowa, którzy mówią: „mnie tam już dawno nie było”. Nie tęsknią za Krakowem, bo stało się to miasto przede wszystkim turystyczne i wszystko jest temu podporządkowane, łącznie z tymi głupimi białymi karocami na rynku.

 

To już nie jest „zaczarowana dorożka, zaczarowany dorożkarz i zaczarowany koń” jak u Gałczyńskiego.


O nie. Kraków w centrum spaskudniał, zbrzydł, stracił na autentyczności. Stał się taki fasadowy, zewnętrzny, wszystko w Krakowie dla tych, którzy mają pieniądze… Ale są miejsca urokliwe. Ostatnio była na Podgórzu. Tam miałam hotel, bo robiłam film w Krakowie. I zobaczyłam, jak jest jeszcze pięknie i klimatycznie. Fantastyczne miejsce.

 

Jaki robiłaś film?


Nazywa się „1800 gramów”. To jest film, który wymyśliła Magda Różczka i gram w nim główną rolę. Od lat leżała jej na sercu sprawa adopcji dzieci. Temu poświęca i fundację i swój czas. Projekt jest sprzed lat, z roku 2013 jak napisała sama Różczka. Zaprosiła mnie do tego projektu u zarania, ale do teraz szukała pieniędzy na realizację. Znalazła i byłam na zdjęciach w Krakowie. Wiem, że skończyła już film finansowany przez TVN i w listopadzie ma być premiera kinowa.

 

Jak to jest w Twoim domu, kiedy cała prawie rodzina – poza Twoim wnukiem – jest teatralna? Mąż aktor i dyrektor teatru Igor Michalski, jego rodzice też byli aktorami, córka Katarzyna jest aktorką.


Ciągle gadamy o teatrze albo o kinie. Wcale nie mamy jednomyślnych osądów, każdy ma swoich faworytów. Już nieraz słyszałam: Mama, no nie przesadzaj, przecież to jest wybitne kino. A ja na to: A mnie to nudzi. I tak w kółko. Wychodzi w gustach czasami różnica pokoleń. Ale to jest także źródło stałej naszej troski wokół naszej pracy, spektakli, działań teatralnych. Bardzo też zależy mi, żeby się powiodło mojej córce. Aktorstwo to kapryśne zajęcie. A bardzo mi leży na sercu jej aktorski i życiowy los. Chciałabym, żeby była szczęśliwa w tym zawodzie. Co prawda Kasia od początku wiedziała, że to nie jest zawód z napisem: sama radość i same sukcesy. Żyła z nami na co dzień, także z naszymi frustracjami.

 

 

A sama wiem, bo rozglądam się dookoła i widzę kariery bez powodu i przegrane bez sensu. Drażni mnie, kiedy widzę tylko dyspozycję a nie talent, kiedy wiem, że jest tylko gwiazdorzenie i swoiste nabieranie otoczenia. To dziwny zawód.

 

W takich zawodach jak mój – dziennikarstwo, i Twój – aktorstwo, nie ma sprawiedliwości.

 


Żadnej. Wiem, ale przecież mogę pomarzyć.

 

Za rolę Hakabe w „Trojankach” Eurypidesa w reżyserii Jana Klaty w Teatrze Wybrzeże nagrodzono Cię Splendorem Gedanensis. Bardzo, ale to bardzo gratuluję.


Dziękuję. Dla mnie każda nagroda jest radosna, a ta może szczególnie, bo moja gdańska, wśród gdańskich znakomitych artystów. A poza tym ja ciągle, mimo upływu lat i wielu doświadczeń artystycznych [ponad 80 ról teatralnych – przyp.

red.], jestem utkana z niepewności, z poczucia, że nie jestem wystarczająco dobra. Mam takie miejsce w domu na kredensie, gdzie stoją różne moje „trofea”. Więc jak czasem mnie dopada jakiś brak wiary we własne siły i możliwości, to sobie tam patrzę i myślę: „No przecież dźwigniesz, dasz radę. Powinnaś. Musisz. I bez histerii”. Takie przemawianie do siebie czasami pomaga.

 

Dziękuję za rozmowę. I życzę nieustających sukcesów.

 

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl