Najnowsze wydanie 42

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 42 

 

 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Ciężar odpowiedzialności

  IKA3626

Od lewej: Jacek Karnowski, prezydent Sopotu i śp. Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska

 

Z Jackiem Karnowskim, prezydentem Sopotu, rozmawia Alina Kietrys

 

Panie Prezydencie, jak to jest, gdy człowiek traci Przyjaciela?


Trudno to sobie uzmysłowić. Bardzo bolesne doświadczenie. Aram Rybicki i Maciej Płażyński też odeszli tragicznie. Oni również byli mi bliscy, nie tylko politycznie, ale Pawła Adamowicza znałem najdłużej i chyba najbliżej. Ciągle to do mnie w pełni nie dociera, potrzebuję czasu. Ostatnio pojechałem w góry i myślałem, że może to coś zmieni, ale nie... nic się nie zmieniło. Trudno to przyjąć i się z tym pogodzić.

 

Paweł Adamowicz studiował na Uniwersytecie Gdańskim prawo, Pan budownictwo lądowe na Politechnice Gdańskiej. Co Panów połączyło? Polityka?


Myślę, że raczej działalność samorządowa, bo to była możliwość pozytywnego działania, tworzenia nowej jakości. Działania w samorządzie studenckim trudno było jeszcze nazwać polityką, ale na pewno był to dobry wstęp do publicznej działalności, szczególnie, że nie było to działanie koniunkturalne. Wręcz przeciwnie, ryzykowaliśmy wyrzuceniem ze studiów…

 

 

 

A kiedy podjęliście Panowie decyzję, że wejdziecie w duże życie społeczne, w społeczną aktywność?


Kiedy zostaliśmy radnymi, to uważaliśmy, że rozpoczęliśmy ważny etap działań społecznych. Byliśmy smarkaci, dwudziestoparoletni, a obok nas byli ludzie z autorytetami.

 

W Gdańsku prof. Andrzej Januszajtis (fizyk, znawca historii Gdańska, poeta) był przewodniczącym Rady Miasta, a w Sopocie również fizyk, autor podręczników akademickich dr Jerzy Grzywacz (harcerz Szarych Szeregów, walczył w Powstaniu Warszawskim, działacz Solidarności, uczestnik Okrągłego Stołu). To były nobliwe postacie, a my dopiero coś zaczynaliśmy. Wydawało nam się, że to jest szczyt odpowiedzialności. Nikt się z nas wtedy nie spodziewał, że zostaniemy prezydentami miast. Paweł wpierw był przewodniczącym Rady Miasta, a potem prezydentem, ja zostałem drugim wiceprezydentem Sopotu za czasów prezydenta Henryka Ledóchowskiego. To była już ogromna odpowiedzialność. Nie spodziewaliśmy się, że to wszystko tak szybko nastąpi, ale to były takie czasy kontrrewolucji i budowania nowego ładu w przestrzeni politycznej i społecznej.

 

Jak te wielkie przemiany ukształtowały Panów?


Trzeba było uważać, żeby nam – mówiąc wprost – nie odwaliło. Kilku naszych kolegów niestety bardzo szybko odpadło, bo mieli inne wyobrażenia i coś źle odczytali z tego sensu służby publicznej. A my na pewno wpadliśmy w wir, mieliśmy dużo mniej czasu i wiele rzeczy do uzupełnienia, działaliśmy intensywnie. Musieliśmy się sami dobrze organizować.

 

Ale zarówno Paweł, jak i ja już w czasie studiów pracowaliśmy, bo nie chcieliśmy dodatkowo obciążać naszych rodziców i być tylko na ich utrzymaniu. Łączyliśmy studia na trudnych kierunkach: Paweł – prawo, a ja budownictwo – z pracą, więc potrafiliśmy się dyscyplinować. A z drugiej strony mieliśmy już własną świadomość polityczną i opowiedzieliśmy się za określoną formacją polityczną.

 

GD130427KM 007


Konserwatyści?


Można powiedzieć, że konserwatyści, ale dzisiaj to słowo jest wyświechtane i źle pojmowane. Byliśmy wówczas młodą, nowoczesną formacją w porównaniu do socjalistów czy postkomunistów.

 

Czy odczuwaliście wtedy ciężar odpowiedzialności?


Pamiętam, że byłem przerażony, jak zostałem wiceprezydentem, i przez długi czas się zastanawiałam, czy to jest odpowiedzialność, którą powinienem wziąć na siebie. Byłem najmłodszym radnym, kiedy zostawałem wiceprezydentem Sopotu. Na szczęście bardzo szybko poczułem wsparcie starszych koleżanek i kolegów, choćby dr. Grzegorza Grzelaka, ojca dzisiejszego wiceprezydenta Gdańska, czy Franciszki Cegielskiej, prezydent Gdyni. Oni nas obdarzyli dużym kredytem zaufania i mocno wspierali.

 

A czy pamięta Pan ton rozmów, dyskusji, które odbywaliście? Miał Pan z Pawłem Adamowiczem podobne zdanie?


Bardzo często się spieraliśmy, ale w sprawach pryncypialnych myśleliśmy i działaliśmy tak samo. Choćby problemy Metropolii Pomorskiej – co do tego od początku mieliśmy takie samo zdanie i obaj uważaliśmy, że ta ustawa powinna powstać jak najszybciej. A poza tym nie mieliśmy w sobie zazdrości o działania czy sukcesy drugiego miasta. Potrafiliśmy się dzielić pomysłami i dobrym słowem i podpowiadać sobie wzajemnie dobre rozwiązania.

 

Wyjeżdżaliście Panowie razem na weekendy, po to żeby odpocząć czy żeby dyskutować?


Raczej żeby coś przegadać. Jeździliśmy też z Mieczysławem Strukiem, zdarzało się też z Aleksandrą Dulkiewicz, której opinie i głos ceniliśmy. A wcześniej jeździliśmy ze Zbyszkiem Dulkiewiczem, ojcem Oli, czy z Maciejem Płażyńskim i Piotrem Adamowiczem – bratem Pawła. Spotykaliśmy się też z Aleksandrem Hallem.


To były wieczorne długie rozmowy. Czasami spotykaliśmy się po to, żeby się naradzić, co robić, jak działać. Pamiętam ostatni, grudniowy wyjazd z Pawłem i z Mieczysławem Strukiem na trzy dni. Musieliśmy pogadać.

 

Czy profesor Hall był dla Panów guru?


Przede wszystkim był osobą, na której zawsze można było polegać. Całe środowisko o tym wie i wiedziało. Dawał i daje nam wielkie wsparcie. Kiedy nie we wszystkich szczegółach się zgadzaliśmy z Pawłem, to profesor Hall nas temperował. Potrafił też interweniować w sprawach wielu osób w dobrym tego słowa znaczeniu, nigdy by nas nie zostawił. Był kimś takim dla nas, jak był i jest ojciec Ludwik, dominikanin, dla niego.

 

Kiedyś taką ważną osobą dla kształtującego się młodego środowiska demokratycznego w Gdańsku był Lech Bądkowski.


Tak, osoba trochę dzisiaj zapomniana, ale bardzo ważna wśród młodych wówczas gdańskich polityków w latach osiemdziesiątych.

 

Czy zastanawiał się Pan, co po tych gorących, ale i przerażających dniach w nas zostanie po zamachu na życie Pawła Adamowicza?


To bardzo ważne pytanie, ale nie chciałbym, żeby to, co powiem, zabrzmiało patetycznie. Odchodziło wielu ważnych Polaków i wszyscy po tych odejściach płakaliśmy, ale nie wykorzystaliśmy chyba do końca tego, co po tamtych osobach zostało. Po Pawle zostały chociażby dwie książki. Tę drugą „Gdańsk jako wspólnota” – muszę powiedzieć uczciwie – zacząłem czytać dopiero teraz. Pierwszą, „Gdańsk jako wyzwanie”, przeczytałem wcześniej. Jestem pod wrażeniem tej drugiej książki, mam nadzieję, że będzie jej dodruk, bo jest nasycona ważnymi treściami. Ale jest pytanie, czy samorządowcy to, co zapisał i zostawił Paweł, wykorzystają. Wierzę, że Aleksandra Dulkiewicz – jak będzie miała szansę – wykorzysta przemyślenia i doświadczenia Pawła Adamowicza. Mam też nadzieję, że przerośnie Mistrza i wiem, że Paweł byłby z tego dumny. Mam też nadzieję, że inni samorządowcy będą wiedzieli, że powinni być odważni, bo Paweł taki był. Wiedział, o jakie wartości trzeba uparcie i konsekwentnie walczyć. Jeśli mamy budować społeczeństwo obywatelskie, to nie możemy tego robić w jakiejś bańce, w oderwaniu od Państwa Polskiego. A to państwo należy do nas – obywateli, a nie do jakiejś formacji politycznej. Dziwię się, że ludzie nie wyciągają nauki z historii i nie zastanawiają się, jak krótka i opłakana w skutkach jest chwila dyktatury jednostki.

 

AT3P4612

 

Jak oceniać należy mowę nienawiści, która dotknęła Pawła Adamowicza?


Doszliśmy do katastroficznego momentu w tym słownym „sporze” politycznym. Wiedzieliśmy z Pawłem, że są ludzie, którzy bali się podać nam rękę, bo ich zdaniem byliśmy z innej strony politycznej. Ludzie przestali ze sobą rozmawiać, zdarzało nam się to zaobserwować np. w autobusie na lotnisku, kiedy jechaliśmy do samolotu. A w tym autobusie trudno się nie zauważyć. To było wyraźne unikanie siebie. Prawdę mówiąc, uważam to za katastrofę.

 

Kiedyś ludzie, którzy nie chcieli z sobą rozmawiać, przechodzili na drugą stronę ulicy.


Tak, ale teraz dodatkowo się oskarżają i używają prokuratury do celów politycznych. Pomawianie i wyzywanie stało się codziennością. Oczywiście, że my się spieramy. Paweł też nie zostawał dłużny opozycji, ale potrafił argumentować i był daleki od tego, żeby na kogoś uruchamiać prokuraturę czy służby, żeby wykorzystywać je w sposób polityczny.

 

Myślę też, że te lata bycia prezydentem spowodowały, że patrzyliśmy na przeciwników politycznych z większym dystansem, nie było już takich emocji.

 

Prezydenci też dojrzewają.


Na pewno, właśnie nabieramy dystansu. Paweł też wiedział, że należy spokojniej obserwować, ale nie zgadzaliśmy się na zakłamanie.


Czy wiadomo, w jaki sposób zostanie upamiętniona osoba Pawła Adamowicza?


Na pewno zostanie upamiętniony, ale na to potrzeba – szczególnie w Gdańsku i na Pomorzu – trochę czasu. Poza Gdańskiem nie powinno się z tym zwlekać, ale u nas trzeba się nad tym dobrze zastanowić, żeby nie była to tylko jakaś ulica Jego imienia, skwer czy węzeł komunikacyjny. Do dzisiaj uważam, że Franciszka Cegielska nie jest dobrze upamiętniona w Gdyni i dlatego myślę, że głównie Gdańsk powinien się dobrze zastanowić, jak upamiętnić osobę Pawła Adamowicza. A może też wszyscy na Pomorzu powinni pomyśleć, jak uhonorować Pawła Adamowicza, żeby to nie był tylko punkt na mapie. Nie mam na razie pomysłu – poczekajmy chwilę.

 

Dziękuję za rozmowę.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl