Najnowsze wydanie 40

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 402019 

 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Muzeum Sopotu w ruchu

JB20190208004

 

Z Karoliną Babicz-Kaczmarek, dyrektor muzeum, rozmawia Alina Kietrys.

 

W Muzeum Sopotu wydano właśnie bardzo ciekawą publikację „Mewa na patyku”, dodrukowano wyczerpany katalog „Sopot – miejsce, ludzie, wydarzenia”, czyli opowieść z albumów rodzinnych Karla-Ottona von Wechmara z lat 1928–1933, oraz otwarto wystawę „Sopot w rzeczy samej”.

 

Pani Dyrektor, to kilka arcyciekawych wydarzeń równocześnie, a więc wstęp do sezonu?


„Sopot – miejsce, ludzie, wydarzenia” to wyjątkowe wydawnictwo, bo prezentuje fragmenty bogatych dziejów kąpieliska Sopot. Zdjęcia są świetne, obrazują to, co się działo w kąpielisku, jakie były zwyczaje, moda, bale, spotkania, zawody, ale i corso kwiatowe, pochody. To świetna dokumentacja, którą nasze muzeum pozyskało od spadkobierców.

 

Cennym darem był rodzinny album Karla-Ottona von Wechmara. Warto to przeczytać i obejrzeć. To właśnie z tego albumu dowiadujemy się, że ulica Podjazd była zalewana również przed wojną, a nie tylko dzisiaj. Szczegółów o Sopocie jest tam naprawdę bardzo wiele.

 

A „Mewa na patyku”?


To też opowieść o Sopocie, ale nieco późniejszych czasów. Muzeum jest nie tylko wydawcą – dostarczyliśmy przede wszystkim materiałów, które zostały wykorzystane w tej książce. Autorki dostały kompletny materiał zebrany przez nas w ramach projektu Sopocianie. W tym projekcie wzięło udział ponad sześćdziesiąt osób i podzieliło się swoimi opowieściami i wspomnieniami o naszym mieście. Przez dłuższy czas zastanawialiśmy, jak nadać tym zgromadzonym materiałom lżejszą formułę. I przez przypadek w naszym muzeum pojawiły się panie Barbara Caillot i Aleksandra Karkowska. Wcześniej współpracowałam z Basią, robiłam promocję jej książki. Przejrzałam jej nowe publikacje – poświęconą warszawiakom opowieść „Banany z cukru pudru” i góralom „Na Giewont się patrzy”. I pomyślałam sobie, że to jest dokładnie to, co ja chcę zrobić z sopocianami.

 

Oczywiście moglibyśmy wydać książkę stricte historyczną, ale to wówczas byłaby lektura dla wąskiego grona. A nam zależało, żeby te sopockie opowieści znalazły szeroki krąg odbiorców.

 

Jest w tej „Mewie na patyku” bardzo ciekawy czas Sopotu od 1945 po lata sześćdziesiąte.


Uczestnicy projektu, sopocianie, najczęściej o tym okresie opowiadają. Koniec wojny i przyjazd tutaj z różnych stron: z Wilna, Lwowa, Leska, Grudziądza, Bydgoszczy, Krakowa, Kościerzyny, Nasielska i wielu jeszcze innych miejscowości, był dla większości późniejszych sopocian niezwykłym wydarzeniem. To były różne drogi, ale wzruszenie towarzyszyło wszystkim. Tamten Sopot był swoistą dziwną oazą, po Monte Casino jeździły samochody, po dwóch stronach ulicy pełno było użytkowych i usługowych sklepów z różnymi ofertami od repasacji pończoch po delikatesy spożywcze.

 

Bardzo się cieszę, że ta książka powstała, bo tłumaczy też naszą historię, czasami trudną i skomplikowaną.

 

JB20190208020

 

Sopot tuż po wojnie to była mekka artystów, profesorów powstających wyższych uczelni w Gdańsku, przyjeżdżali tu nauczyciele, architekci, powstawała Państwowa Wyższa Szkoła Sztuk Plastycznych.


Osiedlali się też lekarze, późniejsi pracownicy Akademii Lekarskiej, inżynierowie, którzy związali się z Politechniką Gdańską, osoby, które przyjechały z ministrem Eugeniuszem Kwiatkowskim jako członkowie Delegatury Rządu do spraw Wybrzeża, np. profesor Stanisław Szymborski, który potem zakładał naszą stację morską w Sopocie, dzisiaj Instytut Oceanologii Polskiej Akademii Nauk. Przyjechało wiele osób, które z pasją podchodziły do swego życia zawodowego, ale też ci sopocianie pracowali na rzecz lokalnej społeczności i integrowali się. Często byli razem, spotykali się: grali w brydża, bywali na imieninach, spacerowali i dyskutowali. Prowadzili aktywne życie towarzyskie, chcieli się bawić, bo cieszyli się,
że przeżyli wojnę. A dzięki temu, że pierwsi sopocianie po wojnie byli tacy aktywni, możemy się cieszyć nie tylko wspaniałymi opowieściami, ale cudowną kolekcją zdjęć.

Najnowsza wystaw „Sopot w rzeczy samej” też będzie opowieścią o mieście przy pomocy rzeczy, przedmiotów, detali.


Nasze muzeum ma 18 lat. Wiem, że to nie jest okrągła rocznica, ale jednak w obyczajowości „osiemnastka” jest bardzo symboliczna. I przekraczamy tę granicę wieku – wkraczamy w czas dojrzałości. Przez długi okres byliśmy najmłodszym muzeum w Polsce. Warto pamiętać, że Muzeum Sopotu nie odziedziczyło żadnej kolekcji po przedwojennym muzeum. Musieliśmy wszystko zebrać sami, stworzyć muzeum właściwie od zera. Takim początkiem naszej kolekcji, oprócz tego, co pozyskaliśmy od Ruth Koch z domu Claaszen, czyli najmłodszej córki pierwszego właściciela wilii Ernsta Augusta Claaszena, w której mieści się muzeum, były dary od mieszkańców. Udostępnili nam to, co znaleźli w swoich domach i co stało się zaczątkiem naszych zbiorów. Na tej najnowszej wystawie prezentujemy fragmenty listów, które przesłali mieszkańcy i pasjonaci Sopotu, którzy komunikowali, że są zachwyceni pomysłem powstania muzeum i że z radością ofiarują eksponaty, np. medale, fragmenty starych tapet, gazety, ceramikę, szkło.

 

Jesteśmy muzeum historycznym i nasza kolekcja jest bardzo szeroka. Mamy bardzo duży zbiór klasyków, czyli pocztówek, planów miasta, grafik, obrazów, zdjęć, dokumentów i przedmiotów, które są nośnikiem codzienności, choćby fragment tłuczka do mięsa z wygrawerowanym napisem Copot czy spłuczkę porcelanową również sygnowaną nazwą miasta. Mamy bardzo dużo szkła kuracyjnego, posiadamy zastawy z sopockich hoteli, restauracji, pensjonatów zarówno przedwojennych, jak i powojennych, butelki z browaru sopockiego, torby z Sopot-Plastu. Nasze muzeum w przyszłym roku planuje dużą wystawę poświęconą historii Sopot-Plastu, bo to był bardzo ciekawy zakład sopocki, który produkował przeróżne przedmioty – od toreb, walizek, kufrów, kosmetyczek po worki na słodycze z myszką Mickey. We wspomnieniach pracowników była to kolorowa firma, bo dzięki handlowi z zagranicznymi kontrahentami żyli trochę inaczej.

 

Czy muzeum się w czymś specjalizuje?


Właśnie pomyśleliśmy o tym, co może wzbudzi zazdrość innych. I wymyśliliśmy. Będzie to kolekcja strojów kąpielowych i akcesoriów plażowych. Na dobry początek kupiliśmy dwa stroje z lat dwudziestych i wiemy, że tę kolekcję będziemy tworzyć przez jakiś czas. Chcemy pokazać, jak strój kąpielowy zmieniał się na przestrzeni wieków i jak zmieniała się obyczajowość związana z modą plażową.

 

Jak długo będzie można oglądać wystawę „Sopot w rzeczy samej”?


Do 14 kwietnia, a potem będziemy uruchamiać wystawę sezonową, która jest zwykle największą w ciągu roku, bo też zwiedza ją najwięcej turystów. Chcemy w tym roku zaskoczyć naszych gości i przygotowujemy wystawę o lecie 1939 roku. Te ostatnie przedwojenne wakacje.

 

To był gorący sierpień. Dziękuję za rozmowę.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl