Najnowsze wydanie 37

 

Magazyn Pomorski 37/2018 wydanie online 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Jaką będziemy mieli zimę?

Jarosław Kret

 

Z Jarosławem Kretem rozmawia Alina Kietrys

 

Czasami słyszę określenie „Pan Pogodynka” – przyzwyczaiłeś się już do takiej nazwy?


Chyba tak, rzeczywiście słyszę, jak ludzie tak reagują. Ale życzliwie. Nawet nie wiem, skąd się wzięło to słowo „pogodynka”. Skoro widzowie lubią takie określenie, to ja to akceptuję.

 

Pasjonuje Cię przepowiadanie pogody?


Oczywiście, ale ja nie przepowiadam. Po prostu analizuję różne dane i wyciągam wnioski. Prognozowanie pogody to już działanie naukowe, więc ja jestem pomiędzy przepowiadaniem a prognozowaniem. Opieram się na różnych prognozach – polskich i zagranicznych, ale ich nie buduję. Skrzętnie też śledzę informacje od meteorologów. I tworzę swój własny, indywidualny przekaz do telewidzów czy dla słuchaczy radia. Muszę znaleźć metodę dobrego docierania do odbiorcy. Prognozami pogody zajmuję się od 2002 roku, wystartowałem w ówczesnej TVP3, a dwa lata później już pojawiałem się po Wiadomościach w programie pierwszym. A piętnaście lat później zostałem wyrzucony z telewizji właściwie bez żadnej motywacji, bo przyszły nowe czasy także na pogodę.


Według badań popularności i oglądalności miałeś u telewidzów osiemdziesięcioprocentową akceptację. I to się liczy.


I osiemdziesięcioprocentowe zaufanie. Nie ukrywam, że w trudnych momentach ważne jest wsparcie. Tak się zaczęło dziwnie dziać w tej telewizji, że bez przerwy coś się zmienia.

 

A kto namówił Jarosława Kreta, żeby kompletnie zmienił zawód?


Zaproponowała mi to Zofia Ratajczak, koleżanka z warszawskiego ośrodka telewizyjnego. Pamiętała mnie z Teleexpressu w latach dziewięćdziesiątych i z moich programów podróżniczych. Reaktywowałem program „Klub sześciu kontynentów” – słynny ongiś program Ryszarda Badowskiego. Bazowałem na tamtej scenografii i wspomnieniach wielu podróżników, którzy przyjaźnili się z redaktorem Badowskim. A ja po prostu wychowałem się na tym cyklu i uważałem, że warto do tego wrócić. Nazwałem swój program „Klub podróżników”. Dobre wiatry wtedy wiały w moim kierunku. Współtworzyłem też polską wersję „National Geographic”. Od Tomasza Tomaszewskiego uczyłem się fotografowania, a ściślej – myślenia przy robieniu zdjęć. To on pokierował mnie w stronę wyrażania swego stosunku do rzeczywistości właśnie poprzez zdjęcia. Wtedy też na pewien czas wyjechałem do Indii i wsiąkłem w tamten kraj. Mieszkałem jedną nogą w Warszawie, a drugą w Delhi. Po powrocie zacząłem tworzyć swoje prognozy pogody. Musiałem spełnić oczywiście określone warunki, które stawia się prezenterom: w miarę dobra prezencja, dobra dykcja i komunikatywny sposób bycia. To jest rzemiosło, którego się uczyłem, bo sprawiało mi to radość. Szkoliłem się uparcie. Miałem wspaniałych mistrzów od interpretacji tekstów, emisji głosu, zachowań przed kamerą.

 

Chciałeś być prezenterem pogody?


Nie. Miałem obawę, czy znajdę formułę na wyrażenie siebie pomiędzy wyżem i niżem. I wtedy szefostwo uznało, że da mi pięć minut na opowiadanie o pogodzie. To bardzo dużo czasu w telewizji. I już wiedziałem, że muszę i mogę znaleźć sposób na wyrażenie siebie. Pracowałem też w tym czasie nad swoim pierwszym albumem fotograficznym i książką. I jedna z koleżanek mi uświadomiła, że ta praca w telewizji pomoże mi w moich planach i marzeniach wydawniczych. I dorzuciła: „Zrób tak, żebyś był znany”.


No i stało się.

 

Jesteś egiptologiem z wykształcenia. I rozpocząłeś swoje szaleństwa podróżnicze od stypendium w Kairze.


Tak. Byłem na trzecim roku studiów na Uniwersytecie Warszawskim. Było nas sześcioro studentów na tym kierunku. To dzisiaj niewyobrażalne. Nasza pani profesor załatwiła nam wszystkim stypendium do Egiptu, a czasy to były ciężkie – schyłek PRL-u. I wyjechaliśmy na rok do Egiptu. Zamiast zajęć po angielsku, mieliśmy zajęcia w języku arabskim na Uniwersytecie Kairskim. Motywowano nas do nauki języka arabskiego, ale my zaczęliśmy jeździć po wykopaliskach, chodzić po bibliotekach, zaczęliśmy prawdziwe indywidualne studiowanie. To był czas bez internetu i bez przewodników w księgarniach po Egipcie. Czerpaliśmy więc na miejscu wiedzę praktyczną, a resztę wyszukiwaliśmy, gdzie się dało, i sporo dowiedzieliśmy się od arabskich studentów, którzy już mieli jakąś wiedzę i doświadczenia.

 

Wiedziałem dużo o starożytnym Egipcie, ale nie widziałem, jak poruszać się po współczesnym świecie. Zdobywanie wiedzy stało się moją pasją i wtedy postanowiłem podzielić się tym, co już wiedziałem. Pisałem gigantyczne epistoły do domu, do rodziców i do brata. A potem do przyjaciół. Pisałem przez tydzień, bo raz w tygodniu latał samolot z Kairu do Warszawy i tą drogą „podawałem” te swoje listy. Potem zapraszaliśmy do nas różnych gości i tworzyłem dla nich takie mikroprzewodniki po Egipcie. To mnie wciągnęło i to był właściwie początek późniejszych moich książek.

 

Jeżdżenie po świecie i opowiadanie o tym świecie to było coś fascynującego. Studiowałem kiedyś stosunki międzykulturowe i ciągle te różne problemy z antropologii kultury mnie fascynują.

 

Po Egipcie był Izrael, potem kolejne kraje arabskie. Nie mogłeś usiedzieć w miejscu?


Nie mogłem, bo zwiedziłem też kawał Ameryki Południowej, kawałek Azji i Afryki. Tylko w Australii nie byłem. Pamiętam, jak z Olgierdem Budrewiczem leciałem do Bhutanu, to nikt nie wiedział, gdzie jest Bhutan. Podobnie było z moją podróżą na Malediwy. To były po prostu kompletnie inne czasu. W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia to była pionierska robota. Dopiero oswajaliśmy się ze światem. W tej chwili świat ogląda się i opisuje zupełnie inaczej. Przełom wieku to też przełom w naszych podróżach i mentalności. Polacy jeżdżą teraz właściwie wszędzie.

Obecnie opisywanie świata jest bardzo inspirujące. Dzięki nowym czasom nauczyłem się też inaczej opowiadać i sam zacząłem od siebie więcej wymagać. Nie mogę już być banalny, bo konkurencja wśród podróżników jest bardzo duża.

 

To Cię mobilizuje?


Ja się już nie ścigam. Staram się być dobry w swojej konkurencji. Napisałem już „Moje Indie”, „Mój Egipt”, „Mój Madagaskar”, „W Ziemi Świętej”, no i „Planetę według Kreta”. I myślę, że już kończę, bo każda z książek to są lata doświadczeń i moje długie gawędy o tym, co znam naprawdę dobrze. Napisałem to, co miałem napisać, a teraz przyszedł mój inny czas.

 

Jaki?


Jestem w drodze do siebie po kilku zakrętach. Przepowiadanie pogody jest ciągle moją pasją.

 

To jaką będziemy mieli zimę?


Piękną. Warto to zauważyć. Będzie i mroźnie, i słonecznie.

 

A co jeszcze zamierzasz w 2019 roku?


Myślę o pisaniu kryminałów. I prawdę mówiąc, już zacząłem nad tym pracować. Moim idolem jest Stieg Larsson i jego „Milenium”. To jest seria nieprzeciętna.

 

Takie pisanie wymaga czasu, ciszy i skupienia, a Ciebie ciągle ktoś zaczepia – nawet teraz, gdy rozmawiamy.


Czas i zacisze znajdę, ważniejsza jest wena. I do niej potrzebny jest mi spokój, z którym przez ostatnie miesiące miałem problemy. Bycie tzw. rozpoznawalnym ma też swoją cenę. Nie uważam się za celebrytę, a i tak tabloidy lubią sobie poużywać, szczególnie jeśli w tle jest lub było jakieś uczucie. Nikt nie pyta mnie o zgodę na publikacje o mnie. A wypisywane są – jak wiadomo – różne różności. Nie jestem bywalcem „na ściankach”, bo szkoda mi czasu, wolę poczytać. A i tak potem się dowiaduję, że... jestem. Dzisiaj jest wszystko na sprzedaż. I to mi naprawdę przeszkadza. Jeśli nie pasuję do szablonu tych poszukiwaczy pseudosensacji, to trzeba wymyślić mnie na nowo. I wcisnąć w taki szablon. Bo tych, co o mnie wypisują cuda, nie obchodzi naprawdę, jaki jestem i co się ze mną dzieje. Ich obchodzi wymyślone „kretowisko”.

 

Jakoś tak smutno się zrobiło.


Ależ skąd. Realnie. Trzeba szukać dystansu.

 

Wezmę to pod uwagę w przyszłym roku. Życzę Ci wszystkiego najlepszego i dziękuję za rozmowę.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl