Najnowsze wydanie 36

 

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 36 

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Mam wielkie szczęście...

DSC 6551

 

Ma dopiero 24 lata. Jest po Szkole Filmowej w Łodzi. Pochodzi z Gdańska, mieszka w centrum Warszawy. Biegle mówi po francusku, hiszpańsku i po angielsku. Gra na fortepianie, jeździ konno. Kto? Marianna Zydek, aktorka utalentowana i pracowita. Zagrała w kilku filmach: początkowo w etiudach studenckich takich jak „Gigant” czy „The Fractal Show” w reżyserii Justyny Bilik, następnie dostała rolę w filmie Filipa Bajona „Panie Dulskie”. W teatrze zauważono ją w przedstawieniu dyplomowym „Diabeł, który...” w reżyserii Mariusza Grzegorzka, wysoko oceniona została jej ostatnia rola w Teatrze Ludowym w Krakowie w spektaklu „Hańba” Johna Maxwella Coetzee w reżyserii Marcina Wierzchowskiego.

 

Marianna Zydek była w Gdyni oblegana przez fotoreporterów i dziennikarzy. Umawiałyśmy się na spotkanie kilka razy, ale w końcu udało się porozmawiać w gwarnej kawiarni Multikina w Gdyni.

 

Jak Pani odbiera ten festiwalowy wielki zgiełk? Czy to inny świat? Wydaje mi się, że nie pojawia się Pani zbyt często na tzw. ściankach.


Nie nazwałabym tego festiwalu wielkim zgiełkiem czy wielkim, nowym światem. Bywam w Gdyni od wielu lat, bo pochodzę z Trójmiasta, więc znam to wszystko, co towarzyszy festiwalowi. Kiedyś oglądałam to z drugiej strony jako bardzo młoda dziewczyna – jeszcze bez konkretnych planów na życie, raczej przeczuwając co może się zdarzyć. I marzyłam, by wreszcie uczestniczyć w tym, na co wtedy patrzyłam z boku. Kiedy to się już stało, nie jest to dla mnie wielkim zaskoczeniem czy tremą. A bycie tutaj w Gdyni razem z cała ekipą „Kamerdynera” jest po prostu ogromnym zaszczytem.

 

Podkreśla Pani swoje trójmiejskie korzenie.


Tak, urodziłam się w Gdańsku, mieszkałam w Gdyni i w Gdańsku, a do szkoły muzycznej I stopnia chodziłam w Sopocie. Byłam też uczennicą gimnazjum francuskiego nr 23, a maturę robiłam w Topolówce we Wrzeszczu.

 

Wydział aktorski w Szkole Filmowej był to wybór od razu?


Tak, już wcześniej wiedziałam, że chcę być aktorką i będę tą drogą podążać.

 

Jak się spełnia takie marzenia?


Miałam ogromne szczęście. Szkoła filmowa w Łodzi była dosyć trudnym, ale też najpiękniejszym etapem w moim życiu. Tam po raz pierwszy spotkałam ludzi, z którymi mogłam dzielić się pasją i po prostu zachłysnęłam się tym szczęśliwym stanem. Wcześniej w tych swoich marzeniach byłam raczej osamotniona. Nie miałam znajomych, którzy by się pasjonowali teatrem czy filmem w taki sposób jak ja.


Na pierwszym roku, niemal na pierwszych zajęciach poznałam Filipa Bajona, który prowadził zajęcia dla reżyserów, na które zapraszani byli studenci z wydziału aktorskiego. Mieliśmy odgrywać sceny z filmu Antonioniego „Czerwona pustynia”. Miałam to szczęście, że byłam wielokrotnie zapraszana do tych etiud. Filip Bajon mnie zauważył. Przez rok mnie obserwował, przyglądał się, jak pracuję. To było moje pierwsze zetknięcie z kamerą i bardzo cenne doświadczenie. Po tym roku zobaczył też film, w którym zagrałam. To był mój debiut filmowy w licencjackim projekcie mojej koleżanki. Powiedział mi, że rola mu się bardzo podobała. Na ostatnich zajęciach pod koniec pierwszego roku obiecał, że jeśli się wszystko dobrze ułoży, to wróci do mnie z propozycją roli w jego filmie. Powiem szczerze, że nie do końca jakoś uwierzyłam, bo wiedziałam, że nie należy się za bardzo przywiązywać do takich deklaracji. Uśmiechnęłam się więc i potraktowałam to jako komplement. Zapominając o sprawie, pojechałam na wakacje. We wrześniu zadzwoniła do mnie produkcja „Pań Dulskich” i przesłała scenariusz – dostałam rolę służącej Gabrysi. Bez castingu i bez zabiegania.


Po pierwszym roku studiów mogłam pojawić się na planie u boku wspaniałych aktorów: Krystyny Jandy, Katarzyny Figury, Olgierda Łukaszewicza, Mateusza Kościukiewicza.

 

DSC 6187


Czy czuje się Pani wychowanką filmową Filipa Bajona?


Tak. Czuję, że jemu zawdzięczam, że jestem tutaj w Gdyni na festiwalu po raz drugi. Bardzo cenię sobie jego gust filmowy, profesjonalizm i intuicję filmową. Wiele się od niego nadal uczę, nie tylko w sferze działań artystycznych – podziwiam go również jako człowieka.

 

Czy ma Pani poza Filipem Bajonem ważnych profesorów w swoim artystycznym rozwoju?


To między innymi Iza Kuna, świetna aktorka, która uczyła mnie na pierwszym roku i była moją największą motywacją. Pierwszy rok w szkole filmowej jest bardzo trudny. Przychodzimy do tej szkoły ze swoimi wyobrażeniami i marzeniami. Kiedy już się dostaniemy do wymarzonej szkoły, okazuje się, że nie wszystko jest tak, jak człowiek sobie wyobrażał. Mnie też spotkało na początku pewnego rodzaju rozczarowanie, musiałam swoje wyobrażenie zderzyć z rzeczywistością. Iza Kuna podtrzymywała mnie na duchu. Jej energia i zaangażowanie uświadamiały mi, że to wszystko ma sens i że może doprowadzić mnie do czegoś pięknego. A co najważniejsze – Iza Kuna też we mnie wierzyła, za co jestem jej niezwykle wdzięczna. Taki profesor na początku drogi daje ogromną siłę, która promieniuje na kolejne lata.

 

A co było najtrudniejsze w Szkole Filmowej?


Ta szkoła gromadzi ludzi wrażliwych, a czasami nadwrażliwych, którzy siłą rzeczy muszą być kształceni w określony sposób. Żeby to przetrwać i nie dać się zranić, trzeba wytworzyć w sobie taką barierę ochronną, która będzie pozwalała wszystkie emocje i to wszystko, co mamy w sobie piękne i delikatne trzymać w bezpiecznym miejscu. W szkole trzeba podchodzić do egzaminów. Jesteśmy więc bez przerwy oceniani, często bardzo srogo, i taki młody człowiek, który jeszcze nie wie, na czym polega jego wartość, może po prostu zostać zraniony. Twarz, głos, nasze ciało – wszystko w tej szkole podlega ocenie. To jest trudne przeżycie. Ludzie muszą potem wychodzić z kompleksów, które zostały w nich zbyt mocno utrwalone.


Ja też słyszałam np. że gram zbyt filmowo na scenie. I to nie był komplement. Próbowano mnie tego oduczyć, a ja bardzo lubię subtelne granie. Choć równocześnie wiem, że scena teatralna wymaga wyrazistości. W teatrze podstawą jest głos, więc zwracano mi uwagę, że mówię zbyt cicho, do siebie. Moja intymność nie przenosiła się na scenę teatralną.

 

Czy Szkoła Filmowa była szkołą przetrwania dla osoby tak delikatnej i wrażliwej jak Pani?


Na pewno nią była i cieszę się, że udało mi się to przejść zwycięsko. Mam wrażenie, że ta szkoła mnie wzmocniła. Uszłam cało.

 

Czy dom rodzinny Panią wspierał w wyborach artystycznych?


Zawsze miałam wsparcie w rodzicach. I choć tata wolał, żebym została pianistką i namawiał mnie do tego, nie robił problemu z wyboru, którego dokonałam. Mam taki dom, w którym bardzo się szanuje nasze wybory, naszą indywidualność. Mam czwórkę rodzeństwa, każdy z nas zajmuje się zupełnie inną tematyką, każdy z nas jest zupełnie inny i to zawsze było szanowane. Rodzice bardzo mnie wspierali i mogłam na nich liczyć. Zawsze mogłam do nich zadzwonić z Łodzi, a teraz z Warszawy, bo nadal mieszkają w Trójmieście.

 

 DSF3084

 

Spotkała Pani na planie „Kamerdynera” plejadę polskich gwiazd: Janusza Gajosa, Adama Woronowicza, Borysa Szyca, Annę Radwan, Daniela Olbrychskiego...


I to było największe szczęście. Podziwiam tych aktorów, niektórzy byli dla mnie legendą. Wspólna praca to było prawdziwe przeżycie i bardzo ciekawe doświadczenie. Zaczęłam zdjęcia w tym filmie, gdy miałam dwadzieścia jeden lat. Niezwykle silnie działała na mnie cała ta atmosfera. Wiele godzin spędziłam na rozmowach z reżyserem i operatorem Łukaszem Guttem, bo ważne były dla mnie wszystkie aspekty powstawania filmu. Interesowały mnie nawet sceny, w których nie grałam. To była bardzo intensywna, inspirująca praca.

 

Rola Marity von Krauss, którą Pani gra, jednej z głównych bohaterek „Kamerdynera”, została dobrze przyjęta. To znacząca, duża rola. Opowieść o miłości zakazanej, bo kochany przez pruską arystokratkę

 

Maritę kamerdyner Mateusz Kroll nie zostanie jej mężem. Czy odczuwa Pani, że ta rola jest sukcesem?


Słyszę wiele dobrego na ten temat. Rola w „Kamerdynerze” to naprawdę spełnienie moich dziecięcych aktorskich marzeń. To była wielka propozycja i miałam takie wrażenie, że złapałam Pana Boga za nogi.

 

Ale równocześnie ten film bardzo nauczył mnie pokory. Przez trzy lata musiałam nauczyć się wytrwale czekać, a w pewnym momencie nawet pogodzić się z myślą, że ten film może nie powstać. Po pierwszej transzy zdjęć nastąpiła półtoraroczna przerwa. Dziwne uczucie. Nauczyłam się z dużym dystansem podchodzić do tego, co się dzieje w mojej karierze. W tych „przerwach” w „Kamerdynerze” chodziłam oczywiście do szkoły i na castingi. Myślę, że dobrze się stało, że taki duży film zbiega się z moim zakończeniem szkoły. Wcześniej mogłabym być na to niegotowa. W efekcie okoliczności finansowe spowodowały, że ten film pojawił się na festiwalu dwa lata później, niż miał. Bardzo się cieszę, że film jest, że działa na ludzi i że się o nim mówi. A co będzie dalej, jeszcze nie wiem. W tym zawodzie trzeba umieć łączyć pracę w teatrze z pracą na planie filmowym. To są dwa inne światy i dla mnie teatr jest bardziej wymagający psychicznie. Długofalowa praca nad rolą teatralną wymaga ode mnie innej mobilizacji. Potrzebuję dłuższego czasu na przemyślenie tego, co się w danym spektaklu zdarzyło. A na planie filmowym jestem w stanie wchodzić z roli w rolę. Już mi się to zdarzało.

 

A o czym Pani myśli w skrytości ducha?


Bardzo chciałabym zagrać za granicą, w obcym języku. Jeszcze w gimnazjum i liceum pisałam scenariusze na obcojęzyczne konkursy teatralne. Lubiłam grać w innym języku – to daje zupełnie nową możliwość ekspresji. A więc marzy mi się rola w jakimś zagranicznym filmie. Wiem, że muszę się starać, by zrealizować to marzenie, ale ja jestem dość uparta. Od dziecka wiedziałam, że chcę być aktorką i nią zostałam, więc może uda się i to zrealizować. Wiem, że nadal muszę wiele pracować, ale na szczęście sprawia mi to wielką radość.

 

Gratuluję roli w „Kamerdynerze” i dziękuję za rozmowę.


Z Marianną Zydek, odtwórczynią roli Marity von Krauss w filmie „Kamerdyner”, który zdobył Srebrne Lwy na 43. Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, rozmawiała Alina Kietrys.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl