Najnowsze wydanie 35

 

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 3518

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Jestem stąd i tu jest moje miejsce…

8kbit DSC 9426 kopia

 

Z Tomkiem Podsiadłym – aktorem, reżyserem, konferansjerem, rozmawia Alina Kietrys

 

Rozmawialiśmy rok temu. Mówił Pan o planach i marzeniach. Zawodowo to był dobry rok dla Pana?


Zawodowo – bardzo dobry. Zmaterializowało się wiele rzeczy, o których kiedyś zawsze marzyłem. I właściwie nadal trwa ta materializacja, bo trwa rok. Najważniejsza i największa dla mnie była bardzo mocna współpraca z Operą Bałtycką i to zarówno ze względów artystycznych, mego osobistego rozwoju, ale także ze względów rodzinnych – pamięci moich dziadków, którzy w tej instytucji pracowali trzydzieści lat. Byli śpiewakami. Zawsze chciałem stanąć na tej scenie, niekoniecznie dosłownie, ale również jako współtwórca spektaklu – reżyser. I udało się. To moja radość i satysfakcja, piękna, wielka sprawa.

 

Wiele Pańskich działań artystycznych związanych jest też z Gdynią.


Tak, od wielu, wielu lat jestem związany z Centrum Kultury w Gdyni. I teraz następuje dosłownie historyczny moment, bo centrum przenosi się z prowizorycznej siedziby w starym budynku w Małym Kacku przy ulicy Łowickiej, gdzie był trudny dojazd, a warunki sceniczne były dość spartańskie. Nowe miejsce to dawny Dom Marynarza Szwedzkiego w samym centrum Gdyni, przy ulicy Jana z Kolna.

 

Miejsce w Małym Kacku było dotąd tzw. trwałą prowizorką, a teraz powiało wielkim światem. Robił Pan w tamtej siedzibie interesujący teatr.


Dyrektor Jarosław Wojciechowski przeszło dekadę temu postanowił stworzyć w Gdyni kolejny ważny teatr. Zaczynaliśmy od kilku reflektorów i prowizorycznego podium scenicznego. Krok po kroku tworzyliśmy zaplecze i spektakle. Wiele lat temu do Centrum Kultury trafiłem z projektem, który nazywał się Scena 138. Była to forma projektu edukacyjnego dla gdyńskiej młodzieży. Przez kilka ładnych miesięcy tworzyliśmy warsztaty teatralne i była to praca nad spektaklem. Warsztaty kończyło prezentowane publiczności przedstawienie. Potem to uległo modyfikacji – spektakl warsztatowy wchodził do repertuaru i był grany w Centrum Kultury. Potem do naszego teatru dołączyli ludzie dorośli, którzy chcieli uczyć się teatru, mieli pasje, a nigdy wcześniej nie występowali na scenie. I tak nasz teatr obrastał w ludzi i przedstawienia.

 

Dzisiaj, gdy ta instytucja przenosi się do nowego, pięknego budynku i zmienia nazwę na Gdyńskie Centrum Kultury – rysuje się całkiem nowa perspektywa. Nowy budynek jest przepiękny. Ja jestem fanem architektury modernistycznej, a właśnie taki jest ten dom. Odrestaurowany fantastycznie, z pełną pieczołowitością – piękne balustrady z lat 20., świetne oświetlenie. I w tym budynku, w starej kaplicy będzie sala wielofunkcyjna, przede wszystkim wykorzystywana jako sala teatralna. Kameralna, bo na 160 osób. Ale do pracy to miejsce świetne, a poza tym wszystko będzie nowe i dostosowane do potrzeb dzisiejszych działań kameralnego teatru.

 

I dzisiaj ten zespół, który ukształtował się w Małym Kacku, to kilkanaście osób, z którymi mam przyjemność pracować. Mówię to bez żadnej kokieterii. To są osoby, które zagrały już koło setki spektakli, przygotowały kilkanaście tytułów. Ci ludzie byli na początku adeptami w teatrze, uczyli się zawodu od starszych kolegów-aktorów. Czasami w początkowej fazie przygotowania spektaklu przypomina to „popychanie po papierze ściernym”, a potem, kiedy nasz zespół grał przedstawienia z publicznością, nabierał coraz bardziej wyraźnej płynności i elastyczności. Stał się profesjonalny.

 

Przedstawienia dojrzewały – tak często bywa w teatrze.


Pomaga publiczność, a wykonawcy grając – uczą się. I to doświadczenie zostaje w tej grupie ludzi. Wie Pani, ja mam problem z opowiadaniem o sobie i chwaleniem się moimi przedsięwzięciami teatralnymi. Często, jak jeździmy na festiwale czy przeglądy np. teatrów amatorskich, słyszę, że to nie jest miejsce dla nas, bo nasze przedstawienia – mówią oceniający – nie są amatorskie. Bardzo często też zawodowi aktorzy i reżyserzy, którzy przychodzą, by pracować z naszym zespołem, też nie wierzą, że ci nasi wykonawcy to amatorzy. I dlatego teraz w momencie przenosin do nowej siedziby postanowiliśmy z dyrektorem Wojciechowskim podnieść rangę naszego projektu. Teraz nasz teatr będzie nazywał się Bałtycki Teatr Różnorodności.

 

Premierę na koniec sierpnia, na otwarcie Gdańskiego Centrum Kultury, przygotowuje dobrze znany w Trójmieście aktor i reżyser Grzegorz Chrapkiewicz, który na co dzień pracuje m.in. w teatrach warszawskich. Spektakl będzie nosił tytuł „Konsternacja”, a wystąpią aktorzy, których reżyser sam sobie dobrał. A ja swoją premierę przygotowuję na 30 grudnia i będzie to rewia złożona z polskich piosenek lat 20. i 30. W sam raz na Sylwestra i czas karnawału. A potem na cały rok.

 

8kbit DSC 9457 kopia

 

Gdyńskie Centrum Kultury ma swoją publiczność. 

 

To prawda, nasza publiczność przyzwyczaiła się do nas i nas zna. Ten proces trwał kilka ładnych lat. Ale się udało, choć w Małym Kacku było trudno, choćby problemy z parkingiem, który w czasie deszczu zamieniał się w grząskie błoto.

 

W nowym miejscu też nie ma parkingu. Wiem, że przy pojawiających się informacjach prasowych nie tylko gdynianie sygnalizowali ten problem.


Tak, ale równocześnie lokalizacja jest dogodna: w centrum, gdzie są parkingi i wygodny dojazd trolejbusem, jest też blisko do kolejki. A my liczymy, że po zmianie lokalizacji publiczność jeszcze się nam powiększy. Myślę też o tym, że może uda nam się marketingowo wyjść poza Gdynię. Mam pełną świadomość, że Sopot i Gdańsk nas jeszcze nie znają. Może więc BTR będzie takim nowym magnesem i nasz teatr stanie się miejscem dla całego Trójmiasta. Konkurencja jest dobra, a scen teatralnych w Trójmieście nie ma wcale tak dużo.

 

Niechętnie mówi Pan o sukcesach, ale te ostatnie miesiące to był czas Pańskich ciekawych dokonań artystycznych. Którą z realizacji wyróżniłby Pan i z której jest Pan wyraźnie zadowolony?


[Po dłuższej chwili ciszy…] Mam chyba problem z moim zadowoleniem z dokonań. To pewnie moja cecha charakteru, ale też sposób wychowania. To zapewne nie jest dobre, ale cóż – tak już mam.

 

To trochę niedzisiejsze…


Pani też jest trochę niedzisiejsza. Mówi Pani o teatrze i pracy artysty inaczej niż zazwyczaj dzisiejsi dziennikarze. Rozmawiając z Panią, czuję się jak w swoim rodzinnym domu. Bardzo brakuje mi takiej atmosfery – szukam jej, bo kiedyś wydawało mi się, że tak będzie przez całe moje życie…

 

Powiem na swoje usprawiedliwienie – jestem krytykiem teatralnym, więc stawiam sobie inne wymagania.


To wiem.

 

8kbit DSC 8680 kopia

 

Wracając do Pana dokonań.


Największym przeżyciem dla mnie, ale i dokonaniem, była reżyseria opery „Poławiacze pereł” Georgesa Bizeta, bardzo trudna dla mnie w realizacji. Na dwa dni przed premierą zachorował solista i ściągaliśmy artystę z Europy. Nauczyliśmy go – jak się to mówi zawodowo – „chodzić po sytuacjach”, bo nie było czasu na zbudowanie emocji czy interakcji albo zależności między bohaterami. On na szczęście partię miał w małym palcu, bo śpiewał ją już wcześniej. Wznawialiśmy to przedstawienie w czerwcu i wówczas zrobiliśmy już wszystko tak, jak należało. Genialna muzyka Bizeta, w której nie ma ani jednej zbędnej nuty czy niewłaściwej pauzy, świetni śpiewacy, m.in. Piotr Lempa, i niebywała, przedziwna energia, która zafunkcjonowała w tej operze.

 

Mimo ogólnie znanych w tamtym czasie niepokojów w zespole Opery Bałtyckiej…


Właśnie, ale tam każdy chciał zrobić to, co powinien jak najlepiej. I to jest też cudowne w sztuce, bo od razu odpowiednie napięcie przechodzi przez rampę. I to była też moja największa przyjemność.

 

A w Gdyni?


Cały czas myślę, że Witkacego „Sonata Belzebuba”, mimo że nie był to spektakl zrealizowany w ostatnich miesiącach, ale jest ciągle w repertuarze. Jestem w Witkacym ciężko zakochany. Jego forma dramatów, sposób myślenia mnie fascynują. Często słyszę, że Witkacy jest trudny, a ja myślę, że wystarczy się dobrze skupić i nie być obojętnym. To sztuka jakby o naszych czasach, bo teksty Witkacego dotykają najgłębszych emocji, które zawsze są w nas.

 

A jak się dzisiaj żyje artyście, który jest z zewnątrz? Który musi za każdym razem szukać swojego najlepszego miejsca w zawodowym zespole teatralnym?


I dobrze, i niedobrze. Świadomie zostałem freelancerem. Przez lata pracowałem na etacie w Teatrze Muzycznym. Odszedłem, kiedy uznałem, że już zrobiłem swoje w konkretnym zespole. Jarek Staniek – znakomity choreograf, kiedyś powiedział, że ja świadomie stoję dwa metry od reszty zespołu, i namawiał, by aktorzy się nie kleili do siebie. I pomyślałem, że on trafnie określił mój charakter. Nie czułem się dobrze w grupie, zawsze lepiej mi było trochę na uboczu. To był mój świadomy wybór, bo odszedłem też od pewnego bezpieczeństwa, zaplecza. Ale nie żałuję, bo mogę robić to, co chcę robić. Jeśli mi się nie udaje, to zapewne moja wina. A czasami jest mi przykro, bo stabilizacja też jest potrzebna, podobnie jak każdemu z nas pieniądze na co dzień.

Mam naturę estety, lubię ładne rzeczy i zawsze chciałem je mieć. Więc muszę na nie zarobić. A bywa różnie, bo nie ma u nas takiej normalności dla artystów, jak w innych europejskich krajach, choćby np. w Niemczech. Artysta zauważany i doceniany ma zapewniony socjal, który daje mu poczucie bezpieczeństwa. A u nas nie – wiem, bo to mnie też dotyczy. Ja muszę prowadzić działalność gospodarczą jako samozatrudniony. Staram się działać, a nie czekać na jakiś cud, bo może on się nie wydarzyć.


A wywodzi się Pan z domu, w którym dziadkowie byli zatrudnieni na etatach w Operze Bałtyckiej.


Oj, tak. Moja rodzina była wielopokoleniowa. Mieszkaliśmy we Wrzeszczu. Babcia – śpiewaczka operowa, która pochodziła z Wilna, mnie wychowała i ukształtowała. To dzięki niej pokochałem muzykę, ale też dużo czytałem, bo w domu była wspaniała biblioteka. Babcia odeszła trzy i pół roku temu, a dla mnie skończyła się pewna epoka. W Centrum Kultury w Gdyni zrealizowałem „Balladynę” Słowackiego i ten spektakl dedykowałem mojej babci, podobnie jak operę „Poławiacze pereł”. W programie zaznaczyłem, że to przedstawienie dedykuję swoim dziadkom, którzy śpiewali do lat 80. ubiegłego stulecia. Dziadek był wybitnym polskim basem, solistą, stąd namawiano go, by przeniósł się do Warszawy, z której pochodził, ale dziadek nie uległ. Dziadkowie wybrali Gdańsk i uznali to miasto za swoje miejsce na ziemi. Ja też czuję podobnie. Ostatnie pół roku spędziłem zawodowo w Warszawie, ale w Trójmieście czuję się u siebie, więc wróciłem z radością. Zimniejszy wiatr i morze po prostu dodają mi energii i wydaje mi się, że się stąd nie ruszę.

 

Dziękuję za spotkanie.

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl