Najnowsze wydanie 34

 

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 34

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Gdańszczanka z urodzenia i obywatelka świata

 D8H 1596 edit

 

Z doktor Joanną Bagniewską rozmawia Alina Kietrys

 

Rocznik 1984, urodzona w Gdańsku, uczyła się we Włoszech, Tajlandii, Chinach i w Gdyni, studiowała w Bremie, w Houston i Oksfordzie. Zoolog po doktoracie, pracownik uniwersytetu w Oksfordzie, uczy studentów i promuje naukę, aktywistka i pomysłodawczyni różnych działań na rzecz ekologii, dyskutantka i laureatka konkursów również w Polsce, żona i matka 14-miesięcznej córeczki. Autorka tekstów w „Gazecie Wyborczej”, „Fokusie”, „Tygodniku Powszechnym”, ekspertka programów ekologicznych w CNN.

 

Jak trzeba się organizować, żeby robić tyle ważnych rzeczy równocześnie?


Większość mojej działalności pozaakademickiej to maja pasja i hobby. Pewnie jestem taką „smutna osobą”, która w pracy zajmuje się nauką, a po pracy popularyzacją nauki. Ale dla mnie to jest wielka frajda, jeżdżenie po tych wszystkich dodatkowych wykładach, opowiadanie zarówno o zoologii, jak i angażowanie się w działania na rzecz Polaków zagranicą. To mi daje dodatkową energię.

 

Pani zainteresowania naukowe są rozległe: doktorat robiła Pani z norek, zajmowała się tresurą pszczół do wykrywania narkotyków, broniła Pani dzikich zwierząt, które wykorzystywano do robienia tzw. pamiątkowych fotek.


Zoologia to szeroka i bardzo ciekawa dziedzina nauki. Trudno jest skupić się tylko na jednym temacie czy jednym wątku. Mnie interesują zwłaszcza kwestie związane ze ssakami, ptakami i gadami. Interesuje mnie też ekologia w tym naukowym znaczeniu, czyli ochrona gatunku np. kręgowców. Pszczoły to był epizod, pierwsza praca po doktoracie, a poza tym pszczoły przepięknie pachną, więc praca z nimi to była nie lada przyjemność.

 

Pięknie pachną?


Tak. Kilka lat temu realizowałam taki projekt, który polegał na tresurze pszczół na narkotyki i substancje nielegalne. Pszczoły tresuje się szybciej niż psy. Zajmuje to kilka sekund i działa się na zasadzie budowania odruchów. Dla pszczół odruchem może być wystawianie języka, kiedy daje im się cukier i równocześnie kojarzy się to z zapachem narkotyków. Potem pszczoła, gdy tylko poczuje narkotyk, będzie wystawiać język. W tych badaniach byliśmy o krok od wprowadzenia tego eksperymentu w obieg, ale zabrakło nam pieniędzy na finalne działania grantowe. Bo większość badań prowadzę z pieniędzy inwestorów albo z grantów.

 

W takim potocznym rozumieniu zoolog to naukowiec, który wykorzystuje zwierzęta do swoich badań i robi na nich różne eksperymenty i doświadczenia. A więc morderca zwierząt czy badacz zwierząt?


Doświadczenia na zwierzętach kojarzą się z pewnym stereotypowym obrazem, czyli wpięte elektrody w mózg myszy czy szczura i ktoś w białym fartuchu, kto analizuje zachowania i reakcje tych zwierząt.

 

Albo łysy futrzak, bo kremy były na nim testowane.


No właśnie tak. Jako zoolog specjalizujący się w ekologii też przeprowadzam eksperymenty na zwierzętach, ale one polegają na tym, że np. wolno żyjącej norce zakładam obrożę z rejestratorem danych, z którego odczytam, co norka robiła w określonym czasie. To nie jest inwazyjny eksperyment, ale nadal to jest eksperyment, bo odpowiada na pytania badawcze. Chciałabym trochę odczarować tę kwestię eksperymentów na zwierzętach, bo tak samo eksperymentuje się na dzieciach. Ja robię eksperymenty z moją malutką córką. Chodzimy razem do laboratorium dla dzieci i pracujący tam badacze sprawdzają, oglądając filmy, jak moja córka reaguje na pewne bodźce jako dziecko dwujęzyczne, bo mój mąż jest Australijczykiem. A więc jest to też eksperyment, choć moja córeczka bawi się w tym czasie zabawkami.

 

Ale słowo eksperyment brzmi wrogo...


Rzeczywiście słowo eksperyment brzmi mało zachęcająco. Zdaję sobie sprawę, że nasze zwierzęta, choćby norki amerykańskie, prawdopodobnie nie lubią być łapane i nie są zachwycone obrożą, ale działamy dla dobra ekosystemu. Robimy eksperymenty bardziej społecznie usprawiedliwione. Podobne badania robi się na wilkach czy nosorożcach. Musimy zbadać wpierw zwierzęta, żeby je potem chronić. Badanie zachowań, dróg przemieszczania się zwierząt to wszystko jest ważne, gdy chcemy np. ustalić granice parku narodowego.

 

Oczywiście są też bardziej inwazyjne badania, np. biomedyczne, choćby na myszach, ale ja się nimi nie zajmuję. Proszę pamiętać, że teraz wiele osób chce chronić różne gatunki, bez patrzenia na to czy ta ochrona przynosi jakieś pozytywne skutki i czy takie działanie jest przydatne. Ci ludzie mają szlachetne intencje, natomiast często brak im podstawy naukowej, która pozwoliłaby przewidzieć długofalowe skutki.

 

Czy myśli Pani o walczących ekologach np. w obronie lasu przed rozpoczęciem tam prac drogowych?


Ekolog z mojego punktu widzenia, to jest naukowiec zajmujący się badaniami między interakcjami zwierząt i ich środowiskiem.

 

A ci ekolodzy społeczni?


Nie nazywałabym ich ekologami...

 

To są działacze?


Robią wiele pożytecznych rzeczy, choć ja się czasami z nimi nie zgadzam. Bliżsi są mi naukowcy, którzy badają, przewidują, analizują niż ci działacze, którzy idą za porywem serca. Dobre intencje czasami nie służą nauce. Ale trzeba pamiętać, że część działań tych protestujących działaczy otwiera pole do ciekawych badań naukowych, stricte ekologicznych. I to się liczy. Nie jestem przeciwna budowie dróg, ale wolałabym, żeby te drogi miały inteligentne przejścia dla zwierząt, to znaczy duże połacie zielone, a nie wąskie przesmyki pod autostradami. Bo ludzie zapominają, że to jest świetny punkt do polowań drapieżników, które właśnie przy takich przejściach czekają na ofiary starające się przemknąć z jednej strony na drugą.

 

Jest Pani młodym naukowcem, ale już z doświadczeniem. Studiowała Pani i pracowała w kilku ważnych ośrodkach na świecie: w Europie, Afryce, w Ameryce i Australii. Wszędzie zoologowi potrzebne są środki finansowe na badania. Jak Pani je zdobywa?


Na podstawie grantów badawczych. I ta procedura wszędzie obowiązuje. Czasami pozyskuje się środki z prywatnych fundacji, ale to bardzo rzadko. To dość długi proces i trzeba konsekwentnie występować o granty. Wszędzie.

 

Uczy Pani też studentów.


Tak i to z wielką radością, bo często na zoologii są świetni, ciekawi świata ludzie. Są zaangażowani. Pracuję teraz z ostatnim rokiem studiów licencjackich, mam zajęcia z ochrony gatunków. Jeździmy co roku na badania terenowe. Byliśmy w RPA w bardzo spartańskich warunkach, mieszkaliśmy w namiotach, a dookoła był busz i dzikie lamparty, które jak wiadomo bardzo szybko się poruszają, więc nie można uciekać, bo to bezskuteczne.

 

Pracuje Pani na Zachodzie, bo nie mogła Pani znaleźć w Polsce pracy?


Trudno powiedzieć. Po doktoracie starałam się złożyć podanie do pracy w Polsce. Liczyłam, że wystarczy moje doświadczenie naukowe i doktorat Uniwersytetu Oksfordzkiego, rekomendacje moich profesorów, a także doświadczenie pedagogiczne z Oksfordu. Ale okazało się, że to było za mało. Bardzo trudno w Polsce było znaleźć jedno miejsce, w którym reklamowane są posady wszystkich uczelni. Każda uczelnia na własnych stronach oferuje swoje miejsca pracy i dane do aplikacji lub konkursu. I czasami te oferty wiszą przez lata, więc nie wiadomo, czy są jeszcze aktualne. Trudno też się dowiedzieć, jakie są wynagrodzenia na polskich uczelniach. A dla kogoś, kto nigdy nie pracował w Polsce nie jest to oczywiste. W Wielkiej Brytanii to jest prostsze, bo istnieje zbiorczy informator ze wszystkimi danymi dla wszystkich wyższych uczelni. I co najważniejsze, w Polsce jeśli wysyła się maila z pytaniem, to bardzo trudno uzyskać odpowiedź. Więc takie były wówczas przeszkody, teraz to się ponoć powoli zmienia i pewnie dzisiaj szukałabym inaczej pracy. Ale wtedy nie miałam żadnych znajomości w instytutach. A skoro dostałam pracę w Wielkiej Brytanii, tam założyłam rodzinę i urodziłam córeczkę, to na razie nie szukam zatrudnienia w Polsce. Natomiast działam w Polsce i na rzecz Polski.

 

Wspiera Pani polskich studentów i doktorantów na uniwersytetach w Cambridge i w Oksfordzie. Jest Pani współzałożycielką Federacji Polskich Stowarzyszeń Studenckich w Wielkiej Brytanii.


Działam też w Stowarzyszeniu Polskim na Uniwersytecie Oksfordzkim - już od kilku lat pomagam polskim zdolnym studentom, którzy dostają się na naszą uczelnię. Brałam udział w różnych programach mentoringowych. Są to programy bezpłatne, nasi absolwenci są mentorami i biorą pod opiekę licealistę, który stara się dostać na najlepsze zagraniczne uczelnie. Mentor i uczeń dobierani są według zainteresowań. Rezultaty są imponujące, w ostatnich latach ponad jedna trzecia przyjętych Polaków na Oksford przeszła przez ten mentorski projekt (Project Access). Dodatkowo młodzi Polacy jeżdżą do swoich miast i liceów i tłumaczą, że Oksford i Cambridge są w zasięgu ręki. I jak się chce, to można studiować. Byłam taką bezpośrednią mentorką dla licealistów. Mamy zresztą sporo absolwentów trójmiejskich liceów. Odpowiadałam na każde pytanie, czy dotyczące wyboru college'u, czy potrzebnych umiejętności w pisaniu eseju. A teraz zajmuję się mentoringiem na nieco wyższym poziomie: na studiach magisterskich i doktoranckich. Mam swoją podopieczną matematyczkę Paulinę Rowińską, która ma duże osiągnięcia w popularyzacji nauki. Obecnie jest też w finale polskiego FameLab.

 

Pani również startowała w FameLab i wygrała trzecią edycję konkursu. To swoisty sposób na przekazywanie koncepcji naukowych w sposób zrozumiały i atrakcyjny.


Wystąpienie konkursowe trwa trzy minuty i adresowane jest do „nienaukowej publiczności”.

 

To była swoista prowokacja z Pani strony, wszak wystąpiła Pani w szlafroku, co zdokumentowano na Youtubie?


To było zamierzone działanie. Tytuł brzmiał: „Jądro ciemności, czyli co grozi mężczyźnie nocą”. Spytałam mężczyzn na sali, czy spaliby bez obaw, gdybym im powiedziała, że jądra kurczą się podczas snu. Opowieść swoją wywiodłam z badań na chomikach, którym podano melatoninę – „hormon snu”, co spowodowało znaczne kurczenie się jąder. Zainteresowanie sali było spore.

 

Uczestniczyła Pani też w programie Szkoła Liderów Polonijnych.


To ciekawe doświadczenie, wiele się nauczyłam. Ale lubię aktywne działanie.

 

Teraz znowu zajmuje się Pani popularyzacją wiedzy.


Tak, bo pracuję jako zoolog w The University of Reading i także na Uniwersytecie Oksfordzkim na Wydziale Pediatrii i tam zajmuję się komunikacją i popularyzacją nauki, czyli piszę notki prasowe, umawiam spotkania dziennikarzy z naukowcami, organizuję festiwale nauki. Naukowcy często boją się sami opowiadać o swojej pracy w przystępny, popularny sposób, bo nie chcą być źle zrozumiani.

 

A jakie są Pani powroty do Gdańska?


Cudowne, bo do rodziców, a poza tym miasto pięknieje, jestem entuzjastką Gdańska. I jestem dumna ze swego miasta. Na nasze wesele, które było w Trójmieście, zaprosiliśmy gości z 18 krajów i było fantastycznie, bo Gdańsk bardzo im się podobał. To była moja osobista promocja mojego miasta.

 

Dziękuję za rozmowę.

 

Andrew1

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl