Najnowsze wydanie 34

 

Okladki E Wydani Magazyn Pomorski 34

Redakcja

Prezes: Grażyna Anna Wiatr
Redaktor naczelny: Zbigniew Żukowski
Zespół redakcyjny: Ewa Judycka, Anna Umięcka, Alina Kietrys, Barbara Miruszewska, Cezary Spigarski, Jerzy Uklejewski, Paweł Janikowski, Tomasz Wróblewski, Ewelina Kroll

Skład: Maciej KREDA Jurkiewicz, www.produktart.pl

Dział foto: AJF Media, Maciej Kosycarz KFP, Radosław Michalak, Sławomir Panek, Fotogrupa, Marta Domańska, Krzysztof Lewandowski/KMArt Photo

Pozwól mi spróbować jeszcze raz…

IMG 4965

 

Z Ewą Błaszczyk rozmawia Alina Kietrys

 

Rozmawiamy przed spektaklem w Teatrze Muzycznym w Gdyni. Na zaproszenie Klubu Soroptymistek przyjechała Pani z monodramem o Orianie Fallaci pt. Chwila, w której umarłam według tekstu Remigiusza Grzeli. Gra Pani ten spektakl od kilku miesięcy z dużym powodzeniem. Czy to ważna dla Pani postać?


Bardzo ważna. I wybrałam ją nieprzypadkowo. Nie przepadam za monodramem, wolę mieć oczy partnera vis a vis, bo lubię się z kimś komunikować i się od partnera odbijać. To wydaje mi się ciekawsze teatralnie. Ale zrobiłam ongiś Rok magicznego myślenia – też monodram, bo musiałam ze względu na temat. A  spektakl o Fallaci chciałam po prostu zrobić, bo wydaje mi się ona bardzo współczesną kobietą, z bardzo indywidualnym tokiem myślenia, z odpowiedzialnością za podejmowane działania.

 

Ale Fallaci niechętnie szła na kompromisy, a Pani w życiu i w działaniach zapewne musiała brać różnego rodzaju kompromisy pod uwagę.


To nie jest do końca prawda o Fallaci, że nie potrafiła iść na kompromis. My obcujemy z jej wizerunkiem, a nie z człowiekiem. W związkach osobistych, intymnych potrafiła iść na kompromisy i godziła się na bardzo wiele ustępstw. Potrafiła kochać i wtedy wiedziała, że trzeba ustąpić. Fallaci podejmowała racjonalne decyzje, choć zachowywała się prowokacyjnie. W tym monodramie i autorowi tekstu i mnie zależało, żeby pokazać wrażliwość Fallaci, jej człowieczeństwo, a nie tylko ostrą dziennikarkę, której bał się niemal cały polityczny świat, a ona nie miała oporów, żeby mówić możnym władcom XX wieku, co o nich myśli. To naprawdę fascynująca postać o nietuzinkowej psychice. Do Fallaci przylgnęła powierzchowna naklejka, która była krzywdząca i nie do końca prawdziwa.

 

Nalepka dziennikarki – buldożera?


No właśnie, dokładnie tak. Uważano ją za ostrą kobietę, wręcz niedostępną, odpychającą, obojętną na różne codzienne sprawy. A jak to się ma do jej więzi rodzinnych, do związków z mężczyznami, w których bardzo często była nieszczęśliwa zapewne przez swój niełatwy charakter. Ale nie była buldożerem, który wszystkich gryzie i bez opamiętania prze naprzód. Jej Listy do nienarodzonego dziecka są tego najlepszym dowodem i też wielkim krzykiem płynącym z jej wrażliwości, czy sprawa Terri Schiavo i jej reakcje na amerykański sąd, amerykańskich lekarzy.

 

Co dla Pani w tym tekście było najważniejsze?


Tekst i ja sama. Zawsze to analizuję. Zastanawiam się, czy to co mam zrobić jest również dla mnie ważne. Czy to jest ten moment w moim życiu, żeby to robić i czy to też jest ten moment na świecie, żeby się takim tematem zająć. A tu się wszystko zgadzało. Posiedzieliśmy z Remigiuszem Grzelą nad tekstem, żeby zbudować dramaturgię wydarzeń. Z książki Podwójne życie reporterki – ostatniej, bardzo obszernej publikacji Remigiusza Grzeli, jeszcze wybraliśmy fragmenty i dołączyliśmy do monodramu. Zależało mi, żeby ten monodram zmieścił się w jednej godzinie i prawie się udało.

 

Jakie są reakcje publiczności? Pani jest wyczulona na reakcję sali.


No tak, to jest ten partner nieodzowny. I zawsze bardzo mi zależy na reakcji publiczności. W tym spektaklu ważna też jest ścieżka dźwiękowa i baza dokumentalna: filmy, fotografie. Spektakl jest bardzo dobrze przyjmowany. I niekoniecznie trzeba wiedzieć, kim była Oriana Fallaci, postać i osoba wynurza się z naszego monodramu. To ciekawe doświadczenie. Bardzo wiele osób po spektaklu mówi mi, że teraz na pewno będą czytać książki Fallaci. Zdarza się też, że osoby, które obejrzały spektakl, zmieniają zdanie o Fallaci – z obojętnego albo nawet niechętnego na akceptujące. Spektakl powstał w Teatrze Studio, ale wędrujemy z nim po Polsce, byliśmy już w kilku miastach. Po Gdyni jedziemy do Lublina. Wszystkie bilety są sprzedane, a więc może ludzie potrzebują takiej opowieści.

 

A może to magia Pani nazwiska?


Tego nie wiem. Ale cieszą mnie brawa, często na stojąco, a przecież niekoniecznie muszą takie być.

 

A w jakim momencie jest Pani teraz? W dorobku prawie 50 ról filmowych, 10 wydanych płyt, ważne role teatralne, prestiżowe nagrody od: telewizyjnego Wiktora przez Gloria Artis po medal solidarności społecznej Milito Pro Christo?


Ważny jest mój nurt dramatyczno-muzyczny, a w życiu pasmo doświadczeń indywidualnych i fundacja A kogo? I Budzik. Dostaję od ludzie bardzo dużo, czuję ich akceptację dla moich działań i zawodowych, i fundacyjnych. To dobra energia, za którą jestem bardzo wdzięczna, bo to wzmacnia. Zawodowo pomaga mi śpiewanie w różnych miejscach recitali, które przygotowuję sama.


W Sopocie w Teatrze Atelier też Pani śpiewa.


Tak, bardzo lubię być u André Ochodlo. Będę znowu w przyszłym roku. Zawsze kombinowałam, żeby moje plamy emocjonalne się zamykały i wchodziły w kolejną fazę. I tak tworzyłam kompozycję swoich recitali. Jest szereg piosenek, których nigdy nie zaśpiewam osobno. One muszą być ułożone w ciągu, bo mają służebną rolę w rzeźbieniu emocjonalnego przebiegu całego recitalu. To doświadczenie przydaje się też przy budowaniu napięcia w monodramie. Czuję, jeśli czegoś jest za dużo. Zależy mi na ciasnej więzi z widzem i na jego uwadze. I do śpiewania, i do teatru, i filmu bardzo przydał mi się ten cały zapis przeżyć traumatycznych. Może to stwarzać problem reżyserowi, bo ja mam swój przebieg i wiem, że on jest prawdziwy. I nie poddaję się, tylko dlatego, bo ktoś mi coś powie. Muszę mieć moją prawdę. A jeśli nie mogę tego osiągnąć, to następuje pauza. I czasami przestaję śpiewać. Mnie nie obchodzi jak powinno być, ja wiem, jak jest.

 

Śpiewa Pani teksty najlepszych: Jonasza Kofty, Jacka Kleyffa, Agnieszki Osieckiej, Wojciecha Młynarskiego, Jacka Janczarskiego. To są śpiewane opowieści o życiu. W Pani wykonaniu śpiewanie nie jest banałem.


Moje śpiewanie jest najbliżej ciała, tam nie ma roli, jest najbardziej osobiste i dlatego wybieram teksty, które na danym etapie mojego życia są tak blisko. A tekstów zawsze pilnowałam. Nie potrafię wyjść na scenę i śpiewać Mydełko FA, nawet za Bóg wie jakie pieniądze. Będę się wstydzić, bo nie mam nic do powiedzenia.

 

A który Pani recital jest najważniejszy?


Ostatni, bo aktualny, trafiony w mój czas. Pozwól mi spróbować jeszcze raz… Zrobiłam go dwa lata temu. Poprzedni za tekstem Kleyffa nazywał się I poczucie szczęścia nawet gdy wichura. To był wtedy czas walki, która już mija. Więc teraz chcę poprosić i… się pomodlić.


To modlenie się wynika z wewnętrznych przekonań, ale też z doświadczeń losu. Niespodziewana śmierć męża, choroba córki. Wpierw w roku 2000 stworzyła Pani fundację A kogo?, a potem dziesięć lat później Budzik. Choroba Oli, a także wszelkie starania, żeby pomóc młodym ludziom, którzy zapadli w śpiączkę – to jest Pani drugie życie?


Moja praca aktorki i działania w fundacji i w Budziku, to jest wszystko razem – system naczyń połączonych. Muszę utrzymać harmonię i poziom wyrównany tych dwóch „wód luster”. To daje szansę na przewidywalność i spokój. I wówczas można działać. Nie sposób tego oddzielić, bo mamy jedno życie. Wszystko się dzieje równolegle. Czasem jestem tylko zmęczona mnogością tematów. Ale też mój zawód stanowi cud-dar, bo to jest jednak iluzja. I ja mam wentyl. A tuż obok dzieje się naprawdę. Wiem tylko, że zawodowo nie mogę robić rzeczy bylejakich. Dobra robota teatralna daje mi siłę na chodzenie po urzędach, bo łapię dystans.

 

Na forach internetowych ludzie Panią podziwiają jako organizatorkę Budzika i jako matkę Oli.

 

Ten kontakt z ludźmi jest i w monodramie o Fallaci, i na premierze filmu, i na recitalu. Teraz szykujemy nasze wyjazdy zagraniczne, a to spore zamieszanie i organizacyjny trud. Zapraszający właśnie myślą o recitalu, monodramie i prezentacji fundacji w ramach spotkań z publicznością. Trzy w jednym.

 

A na jakim etapie jest Budzik?


Budzik przy Centrum Zdrowia Dziecka jest niezależną placówką. I przypominam, że Budzik jest za darmo, finansowany kontraktem przez NFZ. I rodzic i dziecko przebywają w Budziku za darmo. Podkreślam to, by czasami słyszę opowieści, że w Budziku trzeba płacić i nawet pojawiła się informacja, że w Budziku trzeba płacić 27 tysięcy złotych miesięcznie. Otóż nie! Nic nie trzeba płacić, musi być tylko wskazanie medyczne. W tym Budziku mamy do tej pory 45 odzyskanych żyć młodych ludzi i odzyskujemy też rodziny, bo tak ciężka choroba zawsze obciąża wszystkich najbliższych. W Olsztynie przywróciliśmy życie już pięciu osobom. Teraz chcemy stworzyć taki ośrodek w Warszawie. Do Budzika dziecięcego najdłużej czekało się tydzień, to do Budzika dla dorosłych leży 800 podań. Rozszerzyliśmy statut fundacji o działania naukowo-badawcze, bo nauka na świecie się rozwija. Do tej jednostki chorobowej – komy (śpiączki) – sprowadzamy jak najwięcej lekarzy do eksperymentalnych programów. Bo nie chcemy wysyłać chorego na antypody, chcemy leczyć w Polsce. Robiliśmy już stymulatory z Japończykami, teraz będziemy robić workshopy z Amerykanami i Włochami. I rzecz będzie dotyczyć nerwowej komórki macierzystej, która będzie służyć przy komie i przy innych chorobach neurodegeneracyjnych.

 

Pani córka Ola ma dostać te komórki macierzyste?


Tak, będzie w tym programie eksperymentalnym.

 

To się powinno udać?


Trudno powiedzieć, to jest eksperyment także na świecie. I są bardzo dobre sygnały z zagranicy. Ale nie wiadomo jak zareaguje indywidualny mózg. Ważna jest też odległość czasowa od urazu. Mamy informację z Glasgow, że nawet 70-latkowie, którzy mieli udar pięć lat temu, poddani takiemu leczeniu zdrowieją. Mózg przejął funkcje odbudowanych połączeń neuronowych, co do niedawna uważano za niemożliwe. Ale u każdego chorego mózg jest uszkodzony inaczej. Za mało jeszcze dzisiaj wiemy, by mówić o rokowaniach.


Od wypadku Oli minęło już 18 lat.


Tak, 11 maja.

 

Jak się żyje z taką traumą przez cały czas?


Nie wiem, jak się żyje bez takiej traumy. Żyję, staram się, żeby to nie zdominowało mojego życia i mojej drugiej córki Mani. Mania za chwilę ma dyplom aktorski. Będzie to spektakl na podstawie Trzech sióstr Czechowa i Czwartej siostry Janusza Głowackiego. Bardzo jestem ciekawa tego spektaklu, oczywiście pójdę obejrzeć. Mania uczy się grać na akordeonie, instrumencie z którym wcześniej nigdy nie miała do czynienia. To spore wyzwanie. Śpiewa też Biełyje rozy po rosyjsku, mówi tekst i chodzi na wysokich bardzo obcasach. Ja bym już nie dała rady paradować w takich szpilkach. Tyle na razie wiem, bo ten dyplom przygotowują jakieś dwie młode reżyserki. Mania robi swoje, ja też i dużo się dzieje w naszym życiu zawodowym i w fundacji.

 

Napisała Pani dwie książki: i Pozwól mi żyć po raz drugi. Czy powiedziała Pani w nich wszystko o sobie?


Jest jeszcze coś do powiedzenia, ale nie jestem na tym etapie. Teraz Magda Łazarkiewicz szykuje film fabularny inspirowany naszym życiem. Będzie to opowieść o tym, jak się przerabia stratę na wartość materialną , która służy dobru także innych ludzi.

 

Zdecydowanie nasze życie teraz jest w innym punkcie, w innych obszarach. Myślę, że najbliżej dzisiejszej naszej sytuacji jest recital Pozwól mi spróbować jeszcze raz… Zaczęło się od nowa.


W te wakacje jedziemy z Manią do Japonii. Odbędzie się tam wielki kongres poświęcony komie. Ja będę w panelu z rodzicami i rodzinami ludzi w śpiączce, a Mania, która dostała staż w portalu Palneta.pl ma zrobić reportaż z tego zdarzenia. A potem będę przygotowywała na 1 sierpnia, w  rocznicę powstania warszawskiego, spektakl z Natalią Korczakowską, a potem jeszcze Witkacy w języku angielskim w Los Angeles także w reżyserii Korczakowskiej, a pod koniec grudnia Wania, Sonia, Masza i Spike, współczesna komedia amerykańska, która odwołuje się do Czechowa. To inteligentnie napisana sztuka przez Christophera Duranga, taka „piankowa”, lekka i się dobrze kończy. Ten zawód przy tym trudnym życiu daje mi szanse. Mogę się odstresować, odpocząć.

 

Czy Pani się nigdy nie denerwuje i nie złości?


Złoszczę się. I jeśli ta moja złość ma sens, to się irytuję jeszcze bardziej. A jeśli nie ma sensu – odpuszczam. Bo nie przebiję głową muru. Uczę się czekać, ciągle od nowa. Cierpliwością trzeba umieć sterować. Kiedy jest mus czekania, trzeba przestawić klocki i do pierwszego rzędu wstawić te, które stały z tyłu. I wtedy powtarzam sobie: nie męcz się!

 

Trudno to się robi?


Oj trudno. Trzeba umieć zmieniać kierunki suwaków.

 

IMG 4966

© Magazyn Pomorski 2013

Tworzenie stron www megaweb.pl